Jak odłamana gałąź : ELTeC edition Dmochowska, Emma (1864-1919) 50488 COST Action "Distant Reading for European Literary History" (CA16204) Zenodo.org ELTeC ELTeC release 1.1.0 ELTeC-$textLang ELTeC-$textLang release 1.0.0 Jak odłamana gałąź https://polona.pl/item/jak-odlamana-galaz,ODQ5MTEyODk/10/#info:metadata Jak odłamana gałąź Dmochowska, Emma Warszawa: s.n. 1914

Polish Converted by checkUp script for new release JR convert to ELTeC-1

Emma Dmochowska

JAK ODŁAMANA GAŁĄŹ

I

Północ dawno już wybiła, i cisza panowała w wielkim i ponurym gmachu seminaryjnym. A tylko Szymon spać nie mógł.

Ciasno mu było, źle na żelaznem łóżku, duszno w celi. Równy oddech śpiącego obok towarzysza drażnił go. Zielone światło nocy letniej męczyło mu oczy. Gorąco mu się robiło nagle, zrzucał z siebie przykrycie. I myśl jedna, jak gwóźdź, wbijała mu się w mózg, coraz głębiej, coraz głębiej. Jutro... na wieki! Jutro... na wieki!

Tak. Na wieki. Na życie całe, aż do godziny śmierci. I na wieczność całą, czy na królowanie w niebie, czy na piekielne męki ogniste — on kapłanem bedzie. Znaku, który na nim położą, nie zetrze już nigdy nic, nic.

Kapłanem będzie, Bożym pomazańcem, sola ziemi, światłością świata. Panem i królem nad wielu duszami.

Ale też i sługą, zaprzedanym sługą Kościoła. Niewolnikiem, który głosu nie podniesie, ani zdania nic wypowie, lecz któremu, gdy powiedzą: Idź — pójdzie, a gdy powiedzą: Wróć się! — to się wróci.

Niewolnikiem...

Przeleciały po nim dreszcze. War go oblał od stóp do głowy. I znowu ogarnęło go zimne drżenie.

Coś mu na dnie szepnęło: Zaprzedajesz duszę swą!

— Nie, nie! odrzekł zaraz. Przyjmuję dobrowolnie wielką godność, wpisuję się dobrowolnie w szeregi idę walczyć za Kościoł, matkę naszą. Będę mu służył z wolnej i nieprzymuszonej woli.

Z wolnej i nieprzymuszonej...?

I nagle roztworzyła się przed nim przeszłość. Powstały wspomnienia.

Oto małym kilkoletnim dzieciakiem, w koszuli i spodenkach, wygania gęsi na łąkę. A one mu się rozlatują niesfornie, z gęganiem, z wrzaskiem, z wielkim skrzydeł białych trzepotem, rozlatują się po opłotkach. A on biega, zapędza, woła i krzyczy, nie umie się do nich wziąć, nie umie ich w karności utrzymać. Aż zjawia się ojciec i łaje: Ty, do niczego, niedołęgo! Duży taki, a nawet gęsi paść niezdatny! Tfu, do licha! Co z ciebie wyrośnie? Maślane łapy! Chyba na księdza pójdziesz, czy co!

I patrzy na swoje maślane łapy, prawda, że jakieś drobniejsze i chudsze, niż u innych dzieci. I myśli: Chyba na księdza pójdę, czy co! Ot, pięknie byłoby! Śpiewałbym sobie przy ołtarzu i chodziłbym z procesją pod baldachimem. Ot, pięknie!

A oto od panienki ze dworu, dokąd na naukę przez zimę chodził, wraca po egzaminie do chaty i niesie nagrodę — zawiniętą w chustkę książkę do nabożeństwa, dużą i ciężką, w czarną skórę ze złoceniami oprawną.

A na pierwszej stronie napisano: Szymkowi Broniczowi za postęp i pilność w naukach pierwsza nagroda. Niesie książkę z uszanowaniem i na stole przed rodzicami kładzie. Ojciec bierze ją w obie ręce ostrożnie i ogląda. Matka spracowaną ręką gładzi, rodzeństwo młodsze usta otwiera i paluszkami dotyka. I tak, Szymek, całą, jak jest, przeczytać potrafisz? — pyta ojciec z odcieniem niedowierzania.

— O jej! — odpowiada śmiało.

— A na innej także potrafisz?

— Ja teraz to na każdej potrafię. Chwila milczenia.

On czuje, że coś się w powietrzu waży, że oto doj* rzewa jakaś myśl i słowem wnet wystrzeli. I coś mu wewnątrz zaczyna drżeć. Czuje, że rodzice patrzą na niego uważnie, długo.

Aż matka cicho się odzywa:

— A na księdza... chciałbyś...?

I oboje z ojcem czekają odpowiedzi.

— Na księdza? — powtarza on. I pod badawczemi spojrzeniami rodziców spuszcza oczy i milczy. Przesuwają mu się w wyobraźni chorągwie złote, szaty lite, białe welony i dymy kadzideł. Błyszczą w promieniach słońca monstrancje i krzyże, dzwony dzwonią pieśń wybucha, grzmi organ, wysoko nad głową wznoszą się sklepienia, i grają barwami malowane stropy. Pięknie, błogo, wspaniale.

— Chciałbyś, Szymek, na księdza? — słyszy znowu głos matki.

I znowu widzi wpatrzone w siebie oczy rodziców.

— Czemu... chciałbym... — odpowiada bardzo cicho. I nagle czuje na sobie ramiona matki, a na głowie ojcowską rękę.

I jest mu tak słodko i miło, jak nigdy.

Lecz za mały jest na księdza, więc idzie do narodnej szkółki. I przez cztery lata ślęczy nad obcą, niezrozumiałą książką, wtłacza usilnie do swej głowy formuły różne, wyrazy, określenia i wiersze. Kuje zawzięcie. Niema dla niego zabawy, niema odpoczynku, ani dziecinnej pustoty. Niech tylko głowę z nad książki podniesie, już słyszy głos ojca lub matki, mówiący: Ucz się Szymek, nie trać czasu, księdzem będziesz. I niedzieli niema, ani święta żadnego, bo wtedy idzie raniutko do parafjalnego kościoła i tam cały dzień, przy proboszczu służąc, przebywa. Czasem, gdy słońce świeci wesoło, i wróble na dachu ćwierkają a z nad strumienia, z łąki zielonej i pachnącej dochodzą wołania i krzyki chłopaków, jego porywa szalona chęć wylecieć na powietrze, na słońce i wytarzać się w zielonej trawie, i biec brzegiem szumiącej wody, i pędzić z wiatrem przez pola, i z chłopakami hukać i krzykać, jak oni. Lecz zaledwie się podniesie i za czapką obejrzy, już słyszy głos mówiący: Ucz się Szymek, księdzem będziesz. I głowa pochyla mu się znowu nad książką lub zeszytem, i znów majaczą mu w oczach obce litery, a mózg posłuszny wchłania formułki i wyrazy, i myśl usypia, ukołysana dźwiękami słów bez treści, bez znaczenia dla niego. Coraz lepiej pamięć się tresuje, coraz łatwiej wyucza się stronic całych, nieskończonych wierszowanych kolumn. I jest on pierwszym uczniem w klasie, ulubieńcem nauczyciela, wzorem dla kolegów.

A także pociechą rodziców, którzy, choć łożą na książki i na lepsze ubranie i kupować muszą zeszyty, atrament i pióra, choć wzdychają często i w głowę się drapią, nie żałują tego jednak, bo nie idzie to na marne i nie przepadnie, gdyż Szymek księdzem zostanie. A wtedy... O, wtedy...

I Szymek się uczy. Mętnieją mu źrenice i ciemnemi obwódkami są podkrążone. Pochylają mu się plecy, i skóra na twarzy robi się blada, mdła. Spać mu się chce ciągle, ale sen jego lekki i przerywany. Kończy jednak szkołę z odznaczeniem i przynosi do domu świadectwo.

Więc nazajutrz rodzice wkładają czyste koszule, myją się długo przy studni, przybierają się w najlepsze suknie i idą do proboszcza na naradę. Matka niesie pod pachą pięknego kogutka.

Stoi Szymek przy płocie i patrzy za nimi długo, długo. Wie, że o nim radzić będą, i ciekaw jest co też tam uradzą? Co z nim teraz zrobią? dokąd wyszlą? Bo wysłać gdzieś chyba muszą, jeśli ma na księdza się uczyć.

Ale spać mu się chce tak bardzo, że przestaje o tem myśleć, idzie pod grusza, wyciąga się na trawie w jej cieniu i zasypia. Muszki nad nim brzęczą, a jemu śnią się organów grania. Słońce przez liście wypuszcza na niego złote strzały, a on widzi w marzeniu jakieś malowane sklepienia i anielskie skrzydła.

A oto ciasny, brzydki pokoik w wielkiem mieście, huczącem turkotem powozów i dzwonkami tramwajów. Na ścianach, brudnożółtą farbą pociągniętych, wilgoć rozłożyła się w plamy szerokie. Przez małe okienko widać tylko mur stary i oślizgłe kamienie chodnika. Słońca niema, niema też zapachu kwiatów, ani brzęczenia owadów. Nudno, szaro i zimno w małym pokoiku, gdzie czterej aspiranci kują od rana do nocy. I nietylko ci czterej, bo na stancji jest ich kilkunastu, chłopskich przeważnie synów, przeznaczonych od maleństwa na księży. Przychodzą nauczyciele, przychodzi codziennie ksiądz, a czuwa nad nimi stale panna Apolońja. Chuda, długa, płaska, z szarą twarzą i przenikliwemi oczkami, prawie nie kobieta, dobra jest dla swoich chłopców. Karmi ich obrzydliwie, lecz obficie, nie gdera, nie zrzędzi, owszem, nawet pożartuje czasem i pogładzi, po krótko strzyżonej głowie. Pacierz z nimi odmawia rano i wieczór, w codziennym rachunku sumienia dopomaga, nawet czasem, nie czekając na księdza, niektóre wątpliwości sama rozstrzyga i niektóre grzechy odpuszcza. Budzi, co prawda, z niezłomną srogością o piątej, wodą oblewając tych, którzy się nie zrywają na rozkaz, o dziewiątej lampy gasi bez pardonu, papierosy prześladuje i na żadne książki, oprócz naukowych i pobożnych, absolutnie się nie zgadza, całą literaturę podciągając pod nazwę masonerji. Dla gazet ma również lekceważenie zupełne i gniewa się, gdy dojdzie tam czasem wiadomość ze świata. Ale za to niech który zachoruje, jakże czułą otacza go opieką! Niech któremu się co nie uda, jak umie mu szczerze współczuć!

Lubią chłopcy swoją pannę Apolońję, i ona ich lubi. Wolą ją stokroć od namaszczonego księdza, który ich codzień odwiedza i lekcje katechizmu daje.

Ach, ten katechizm! Cały w pytaniach niejasnych i w odpowiedziach niezrozumiałych! Cały splątany w jakiś motek oderwanych pojęć, w jakiś kalejdoskop figur i symbolów, gdzie wszystko co innego oznacza, niż to, na co wygląda, gdzie czarne jest białem, a białe okazać się może zielonem, gdzie idziesz myślą po trzęsawisku, w obawie, że lada chwila zapadniesz się w jakąś głąb, i gdzie jedynym ratunkiem i jedyną podporą są słowa. Tak, słowa, słowa...

Nie przerażały one Szymka bynajmniej. Mózg jego umiał już, odłożywszy na bok myśl wszelaką, wchłaniać w siebie tysiące i miljony słów. Umiał wyucząc się tak dokładnie, że ani jeden wyraz nie został opuszczony, ani jedna litera przestawiona. Stronice całe tkwiły w jego pamięci, jak na fotograficznej płycie.

Lecz inni nie umieli. — Kiedy ja nie moge, kiedy ja nie rozumiem, kiedy tu żadnego sensu niema — narzekał kolega jego, mały Antek Rolecki. A Szymek odpowiadał spokojnie: Co tobie do tego! Bylebyś wydał gładko.

On sam zawsze wydawał gładko i był znowu pierwszym w klasie. Ojciec, który co miesiąc przyjeżdżał ze wsi drabiniastym wózkiem i przywoził miesięczną opłatę, piętnaście rubli! — cieszył się z tego, co mu panna Apolońja o synu mówiła. Tak, była pociecha. I pieniądze nie szły na marne.

A pieniądze tak ciężko zdobyte! Jeszcze w pierwszym roku było troche zapasu, a i panienka ze dworu dała rubli, i tercjarki w parafji rubli złożyły. Jakoś wystarczyło. Ale w drugim — wypadło wieprza na święta ukarmionego sprzedać i nikt w domu przez całe święta ani mięsa, ani kiełbasy nie zakosztował. Dzieci aż płakały, a i matka troche pociągała nosem.

A potem było coraz trudniej i trudniej. Proboszcz dał wprawdzie raz rubli, niby pożyczki, ale więcej, dopóki Szymek w seminarium nie będzie, lękał się poźyczyć. We dworze nie było nikogo, a choć matka sprzedała trochę płótna, a i z jaj, i z grzybów i z masła coś tam zebrała, a tercjarki znowu kilkanaście rubli złożyły, to coż to znaczyło wobec tak wielkich potrzeb ! A tu czekały jeszcze egzaminy, oporządzenie na kleryka i choć pierwsza opłata w seminarjum.

I nie było innej rady, jak od Żyda na duży procent pożyczyć. Kiedy proboszczem zostanie, to wypłacić będzie miał z czego, myślał ojciec. I to samo powtarżała matka. Kiedy proboszczem zostanie... wzdychała w każdej ciężkiej chwili, gdy zarobione złotówki i miedziaki wysypywała z chusty na stół, licząc mozolnie, aby do miesięcznej opłaty dołożyć, gdy do krupniku lub zacierek coraz mniejsze, coraz cieńsze odkrawała słoniny plasterki, gdy, zmęczona całodzienną pracą, zapalała wieczorem lampkę i zasiadała do prząśnicy, aby cudzą wełnę uprząść i choć parę groszy zarobić. I w wieczornej ciszy owo probostwo syna stawało przed nią w marzeniu, jak żywe. Plebańja obszerna z dużym sadem, za nią pola, łąki, a w obórce krów kilka, a w stajence para koni rosłych, wypasionych. Proboszcz, choć młody, ale wszyscy go szanują, całują po rękach, kłaniają się, przynoszą podarunki, kurki tłuste, jaja, masła osełki, sery i miody. I ruble płyną, płyną ku plebańji i zapadają cicho w głąb szuflad. A ona, matka, przy nim mieszka sobie, przy synu, i gospodarstwem jego rządzi, dziewkę sobie trzyma do posługi i chodzi w białym czepku na głowie, i w kościele w pierwszej ławce zasiada. I reszta rodziny zabezpieczona. Siostry proboszcza znajdują łatwo mężów, braciom to i owo kapnie z dostatków, zabezpieczeni i szczęśliwi. — Ach! — wzdycha, kręcąc wrzeciono — kiedy proboszczem zostanie!...

I Szymek dobrze wie o tych marzeniach. Wie od ojca, który mu co miesiąc historję zdobywania pieniędzy opowiada szczerze, kończąc zawsze temi słowy: My staramy się dla ciebie i nie dojemy i nie dośpimy, abyś ty miał co trzeba. Staraj się i ty! A kiedy proboszczem zostaniesz, to już odpoczniemy sobie. Wie od braci, którzy, gdy go widzą podczas wakacji, co chwila mu mówią: Ot, Szymek, kiedy proboszczem zostaniesz, to kupisz nam konia i malowaną bryczkę, co? Prawda, że kupisz? Wie i od tercjarek, zbierających pomiędzy sobą składki na jego naukę, bo nie spotka żadnej, aby mu nie powiedziała: Naszym księdzem będziesz, naszym. Już my to innego nie chcemy. Będziesz nam piękne nabożeństwa odprawiał, a my przed tobą ołtarzyki nosić bedziemy na procesjach. I spowiadać nas będziesz i komunikować. I wie najbardziej od matki, która co chwila, przy każdej trudności pociesza się myślą, że przecie już niedługo tej biedy i niedostatku, bo Szymek proboszczem zostanie i wszystko będzie dobrze.

Wie Szymek i odczuwa to coraz wyraźniej, że jest dla rodziny swej jakby osią, około której obracają się wszystkie jej myśli, jakby czarą, napełnioną napojem uszczęśliwiającym, czarą zamkniętą jeszcze, lecz do której tęsknią usta, jakby lampą, która dziś jeszcze nie płonie, ale wnet, wnet zapali się i rzuci dokoła siebie ogromny snop ciepła i jasności. I, wiedząc o tem, czuje

czasem Szymek coś jakby obawę, czy ich nie zawiedzie, tych swoich, których z całej duszy kocha. Czy napewno zostanie proboszczem? Robi, co może. Uczy się i kuje do zupełnego zapamiętania, do wyczerpania niekiedy. Ale ostatecznie, nie od niego jednego to zależy. Może coś przeszkodzić, może coś się stać. A gdybym umarł nagle... myśli czasem, leżąc w łóżku, gdy światło zgaszone i koledzy śpią, a on jeszcze zasnąć nie może — a gdybym umarł nagle... I strach go ogarnia, Cóżby się stało z rodzicami? z pożyczonemi od Zyda pieniędzmi? z tem wszystkiem, co ma być, gdy on proboszczem zostanie? Boże! oto byioby nieszczęście!

Ale nietylko śmierć. Wszak mogą go nie przyjąć do seminarjum. To się zdarza. A wtedy co?

Ciężkie i niepokojące bywały strachy, które na Szymka napadały czasem. Ale to tylko czasem. Bo naogół i on miał jak najlepsze nadzieje. Zda egzamin, wstąpi do seminarjum, tam pięć lat przebędzie, wyświęci się i naznaczą go gdzieś na wikarego, a potem i na proboszcza. I będzie sobie panował w obszernej może i murowanej plebańji, będzie nabożeństwo odprawiał, będzie śpiewał u ołtarza i Pana Boga chwalił. A pozatem gospodarkę sobie porządną zaprowadzi, konie trzymać będzie piękne i jeździć resorowym wózkiem. Wszystko będzie dobrze i mogą rodzice być o niego spokojni, że im wstydu nie zrobi.

Dnie szły za dniami, podobne do siebie, jak paciorki tego różańca, który codziennie z panną Apolońją odmawiał. Wstawanie, pacierz, śniadanie, lekcje, pół godziny używania świeżego powietrza na podwórku, murami otoczonem, bo dalej nie wolno wychodzić, potem obiad, sprzątanie w stołowym pokoju, znowu pół godziny spaceru na podwórku, znowu lekcje, podwieczorek, przygotowanie zadań na jutro, wieczerza, pacierz — i do łóżka. Tylko w niedzielę i święta było trochę inaczej. W niedzielę wstawano później i robiono staranniejszą toaletę. A przed dziesiątą zjawiał się ksiądz i chłopców parami i trójkami wyprawiał do kościoła. Nie szli razem aby uwagi nie zwracać, lecz w kościele mieli wspólne miejsce, gdzie się wszyscy zbierali i ksiądz, siedzący opodal, miał ich ciągle na oku. Ale przejście przez parę ulic bez opieki i nadzoru sprawiało już niektórym bardzo wiele przyjemności. A i nabożeństwo w kościele, pełnym ludzi, brzmiącym muzyką, była to niemała rozrywka, i wszyscy aspiranci wyczekiwali jej z upragnieniem. Nawet Szymek, chociaż miał skrupuły, że gdy rodzina nie doje i nie dośpi, on tu przez cały dzień nic nic robi, lubił świąteczne dnie, a zwłaszcza przechadzkę we dwuch do kościoła. Szli zwykle z Antkiem Roleckim, i ten rozgadywał się wtedy.

— Jak będę dorosły — mówił — to sobie tak włożę ręce w kieszenie, albo nie, kupię laskę i będę nią wywijał. Wąsa podkręcę, o tak...

Jakiego wąsa! — przerwał Szymek — kiedy ty księdzem będziesz!

Antek robił drwiącą minę.

— A niech tam moje księdzostwo psy jedzą! Ani myślę.

— Co — ani myślisz ?

— Księdzem być.

Szymek przerażony spoglądał na niego. Taki bunt nie mieścił mu się w głowie. Antek nie zwierzał mu się z poważnymi zamiarami w jakimkolwiek kierunku, żartował i śmiał się tylko. A Szymek, myśląc, że może go zły duch do złego kusi, modlił się za niego. Wogóle w te niedzielne poranki, w rozśpiewanym i brzmiącym muzyką kościele, pod malowanem sklepieniem, wśród świateł i barw, dusza jego doznawała dziwnego wrażenia otwierania się i wzlotu. Kiedy ukląkł na zimnej posadzce, a dokoła widział pochylone plecy i gęste jedna przy drugiej głowy, on podnosił oczy do góry ku złoceniom, ku płomykom świec, ku postaciom, wyglądającym z obrazów. Podnosił oczy do góry i patrzał. Czasem promień słońca uderzył w kolorowe szyby, i powietrze całe, i święci i aniołowie, i głowy dokoła zaczynały się mienić szafirem, karmazynem i fioletem. Czasem z kądzielnic wyleciał obłok wonny i, jakby lekki duch, niósł się wysoko, coraz wyżej. A organy grzmiały. A chór śpiewał. A w duszy rozlewała się słodycz niezmierna. Zapatrzony, zasłuchany, Szymek nie mógł się modlić z książki, tak jak inni, i potem musiał z modlitwami śpieszyć i dopędzać, za co go też ksiądz strofował. Nie modlił się wcale i chociaż nieraz postanawiał prosić Boga o to i owo podczas mszy, jakoś nie wychodziło. Msza się kończyła, a on jeszcze o nic nie poprosił. Czuł jednak, że był blizko bardzo blizko Boga przez te chwile, czuł, że oto stoi w Jego obecności, milcząc, gdyż słów znaleźć nie może do rozmowy z Nim, lecz blizko Jego tronu. Czuł, że gdy ciało jego klęczy tu w dole na posadzce kościelnej wśród tłumu, coś zeń się wydziela: jakaś substancja czysta i lotna, i szybuje w górę wysoko, wysoko. I czuł się szczęśliwym.

Wracając z kościoła, nie mógł już słuchać tak uważnie żartów i uwag Antka, bo zdawało mu się, jakby go jeszcze otaczała mgła jakaś, czy senność, i jakby widział i słyszał przez zasłonę jakąś. Ale później rozpraszała się mgła, i wracał do porządku.

Pewnego razu jednak, było to wkrótce po powrocie z wakacji, Antek powiedział mu nagle bardzo serjo;

— Wiesz, nie powtarzaj tego innym, ale ja postanowiłem już sobie — księdzem nie będę.

Szymek się zdumiał.

— Więc jakże Antek? Nie będziesz! Dlaczego nie będziesz?

— A dlatego — odparł Antek bardzo stanowczo — bo przekonałem się już, że to wszystko, czego nas tu uczą — to kłamstwo.

— Kłamstwo, Antku!

— A tak. Teraz, kiedy byłem na wsi, to mi jeden student to wytłumaczył. I teraz wiem, że to wszystko kłamstwo. Nawet jest dużo księży, co tak samo myślą, ale nic nie mówią, żeby ludzie nie przestali ich słuchać. Bo oni chcą zawsze pierwszymi być i wszystkiem na świecie kierować.

— A jakże oni mogą nie być pierwszymi, kiedy ich sam Pan Jezus na to miejsce postawił i kazał, żeby papież i księża wszystkiem rządzili na świecie?...

Tu Antek uśmiechnął się szyderczo i zaczął tłómaczyć, że to wszystko właśnie wymyślili księża, aby ludzi tumanić i wyzyskiwać, a że to jest nieprawda, bo jeśli Pan Jezus był, to zupełnie czego innego chciał i mówił, niż to, czego dziś uczą, a że wogóle te wszystkie historje o grzechu pierworodnym i o odkupieniu to są bajki, w które uczeni dziś wcale nie wierzą.

Szymek był jak obuchem rażony. Pierwszy raz w życiu słyszał takie słowa, nie rozumiał ich, nie obejmował, i na razie nie znalazł żadnej odpowiedzi. Ale potem, gdy w ciszy nocnej zaczął nad niemi rozmyślać, wydało mu się, że Antek jest opętany przez djabła. Nic innego, tylko opętany. Wiadomo przecie, że djabeł czyha na dusze, krąży nieustannie i czatuje, i wysyła posłów swoich, niedowiarków i masonów, aby dusze mu łapali. Ten student to pewnie był taki poseł djabelski i złapał duszę Antka. Biedny Antek! pójdzie pewnie do piekła. I postanowił codzień na jego intencję zmówić trzy Zdrowaś Marja, a towarzystwa jego i gawęd wystrzegać się pilnie.

Jakoż nie rozmawiali więcej o tem.

Jednak w umyśle Szymka owo pierwszy raz usłyszane twierdzenie, że to wszystko kłamstwo, nie przebrzmiało bez śladu. Męczyć go zaczęła jakaś dziwna niepewność. A może? A gdyby?... Ale gdyby to wszystko było kłamstwem, jak mówił Antek, to cóżby było prawdą? Jakaś prawda być musi. Któż ją zna? Czy Antek ze swoim studentem, a poza nimi masoni i rewoiucjoniści? — Czy też księża, panna Apolońja, panienka ze dworu, wreszcie — ojciec i matka, ci wszyscy, ktorzy są dobrzy, zacni, a których on całą duszą kocha? Nie może tu być wątpliwości. Ci mają prawdę, a tamci są opętani. Ci mają prawdę jasną, prostą, w której jedno drugiego doskonale się trzyma, która już jest urządzona jak najlepiej i której trzymać się trzeba oburącz. Ci mają prawdę.

W ciszy nocnej wywoływał Szymek przed pamięć swą wszystkie słyszane argumenty katechizmowe i inne, na korzyść prawdy tej przemawiające. Powtarzał je sobie i w nich się utwierdzał, i postanawiał silnie, niezłomnie nigdy żadnych niedowiarków nie słuchać, lecz zatykając uszy od nich uciekać, a prawdę swoją przed nimi strzec i ochraniać, jak skarb najdroższy. I zdawało mu się, że idzie przez wązka kładkę ponad przepaściami bez dna, bez miary. Idzie i nie śmie głowy na bok odwrócić, i nie śmie spojrzeć ani w górę, ani w dół, aby się nie zachwiać i skarbu nie uronić. Idzie z oczami w skarb swój wlepionemi.

— I otom doszedł — rzekł prawie głośno Szymon, I zerwał się z łóżka.

Podszedł do okna, otworzył je i wyjrzał na seminaryjne podwórko. Spało jeszcze wszystko dokoła, lecz niebo paliło się już wschodniemi barwami, u góry zielone było, w dole coraz czerwieńszc i złote. Małe różowe obłoczki płynęły po nim leciuchno.

— I otom doszedł — powtórzył Szymon, i spojrzał w to niebo jasne. — Oto za godzin kilka kapłanem będę, namaszczonym nieodwołalnym, na wieki oddanym Panu. Na wieki... Tak! Na życie i śmierć, na wieczność całą. Otom doszedł do celu. Doniosłem wiarę niezachwianą i czystą, nie dałem jej zmącić nikomu, nikomu. Za kilka godzin kapłanem będę i już żadnym złym mocom niedostępnym. Doszedłem do celu.

A niezawsze droga była prosta i jasna. Były chwile, w seminarjum zwłaszcza, dziwnego zamętu w duszy, dziwnej ciemności dokoła. Chwile, gdy się zdawało, że przepaście, pod wązka kładką ziejące, ozwały się głosem tajemniczym a ponętnym i wołają, i ku sobie ciągną. Ze z ich głębi wysuwają się świetlane mary i wizje czarowne, i że ku sobie wabią. Ze tam na dnie płomień goreje i wielka się ściele jasność, i wre życie, i rodzi się moc, i wstaje czyn. Chwile, gdy on, niosąc wciąż ostrożnie skarb swój po ważkiej kładce, czuł, że szarpie go ciekawość i unosi tęsknota. Trzymał oczy na skarb zwrócone i, ostrożnie po ważkiej kładce stąpajac, szedł i szedł. Ale czasem ręce mu mdlały, nogi odmawiały posłuszeństwa, a oczy musiał gwałtownie zamykać, aby nic widzieć nie pragnęły. I czuł, że nie wytrzyma, i skarb swój ciśnie, a rzuci się głową w dół, w ziejące pod nim otchłanie, i lecieć w nie będzie, lecieć rozpętany, bez więzów, może szczęśliwy, może przeklęty, lecz wolny.

Na szczęście były to krótkie chwile, zapewne djabełskie pokusy. Odpędzała je modlitwa, spowiedź, komuńja, a może najbardziej wspomnienie rodziny. Jakto oni tam wszystkiego odmawiają sobie, oni tam i nie dośpią i nie dojedzą, na to, aby go prędzej księdzem i proboszczem ujrzeć, aby wreszcie przy nim odpocząć i trudy i biedę sobie wynagrodzić, a on by tu... Onby dla jakichś wizji i przywidzeń miał ich i swoje szczęście opóźnić? stracić może? Jakto! posiada skarb pewny, bezpieczny i ogromny, skarb, którym się zadawalnia tysiące ludzi, i to najlepszych ludzi, skarb, oceniony już i uznany od wielu wieków, i miałby go dla niepewnych mar porzucić? Co za niedorzeczność?

Więc odpędzał pokusy. Zatulał uszy, zamykał oczy na wszystko inne, a szedł prosto przed siebie, nie oglądając się na strony, nie tracąc czasu na prożne zaciekawienia, a cały jednej myśli oddany, ku jednemu wyprężony celowi. Szedł pilnie, niezmordowanie. Przez pięć przeszło lat seminaryjnego życia nie opuścił ani jednej lekcji, nie przekroczył żadnego przepisu, nie lekceważył żadnej zaleconej pobożnej praktyki. Był znowu pociechą nauczycieli i wzorem dla kolegów.

Znowu mózg jego, jak fotograficzna płyta, przyjmował na siebie stronice całe, tomy, znowu układały się w nim miljony słów, kolumny dat, nazwy, cytaty, paragrafy, figury, argumenty całe długie i skomplikowane rozdziały polemik, z wielu punktów złożone scholastyczne dowodzenia. Znowu umysł jego, na bok odsunąwszy myśl własną, pracował nad przyswajaniem sobie cudzej, nad przejęciem się z nią i zlaniem się z nią zupełnem. Pamięć przedziwnie się wyrabiała, ćwiczyła się w używaniu zasłyszanych zwrotów i zdań, w mówieniu stylem i słowami nie swemi, w przytaczaniu całych ustępów powag różnych. Cała istota jego przesiąkała pojęciami oderwanemi, nie mającemi nic wspólnego ze zwykłem życiem ludzkiem. Bez wahań, bez wątpliwości, bez cienia krytycyzmu brał i brał w siebie seminaryjną naukę, gorliwie, żarłocznie, jakby i okruszyny obawiał się uronić, jakby każdej straconej minuty żałował i z chłopską zawziętością chciał ją do dna wyzyskać.

Eijan. Jak odłamana gałąź.

Pociechą był dla nauczycieli i wzorem dla kolegów. A dla matki i ojca osłodą starości i nadzieją w życiu najdroższą. Podczas wakacji odwiedzał ich, szanowany już przez wszystkich. Przyjeżdżał zawsze na bardzo krótko, najwyżej na dni parę, bo kleryków na lato rozsyłano po probostwach, lękając się odmiennych wpływów, jakieby domy rodzinne wywierać mogły. Ale i tych dni parę, było to w chacie rodzicielskiej święto największe. Bo oto widziano ziszczające się marzenie, przekonywano się, iż pieniądze i ofiary nie poszły na marne, i błoga przystań z plebańją, gospodarstwem, obszernym sadem i zapewnionem jutrem zbliżała się coraz wyraźniej.

Biedni moi kochani rodzice! — westchnął Szymon, i rozczulenie ogarnęło go na myśl o nich. Tyle pracy, tyle poświęceń, ofiar, trudów i przez tyle lat! I tak cicho, wytrwale znoszonych! To wszystko na to, aby mu zapewnić szczęście i godność tu na ziemi, a sobie nagrodę w niebie. Bo oni to — przez swoje starania i pracę — zrobili z niego kapłana. Gdyby nie oni, pewnieby na równi z braćmi orał wązkie zagony, możeby za parobka gdzie służył, w najlepszym razie wykierowałby się na rzemieślnika.

Szymon drgnął. Spojrzał na swe białe ręce. Z luboscia na nie spojrzał.

— Tak, gdyby nie oni... Im po Bogu winienem wszystko — pomyślał. — I pamiętać o tem będę, i wynagrodzę, gdy tylko będę mógł... Tak, tak — ułatwiać im, wspierać, dopomagać... O, byłbym ostatnim z ostatnich, gdybym zawiódł takie nadzieje.

Nie, nie zawiedzie tych dobrych, kochających rodziców. A i przyrzeczeń Bogu składanych, i przysiąg, i ślubów nie złamie. Za łaski otrzymane, za tę najwyższą łaskę powołania, za tę królewską i więcej niż królewską godność, za to namaszczenie jego, niegodnego, na kapłana, on odda się Panu cały.

Każdą chwilę, każdą minutę dnia, każdą myśl i siły wszystkie, i woię, i serce, i rozum, wszystko, wszystko obróci na chwałę Kościoła świętego. To jedno, to jedyne przed nim będzie. Nic dla siebie, a wszystko dla Boga! Dusze łowić, zjednywać, do owczarni zapędzać, pasterzem dobrym być i rybakiem na burzliwem morzu tego świata. Owieczki paść, zbłąkane odszukiwać, sieć zapuszczać w głębokie fale, i zagarniać i brać, i zdobywać, i zapełniać owczarnię, zapełniać...

Nagle, jakby usłyszał nad sobą wyraźnie wymówionę zdanie: Ach, owczarnia! Tylko głupie owce tam idą. Lwów i orłów do niej nie zapędzisz — nie!

Zdanie to kiedyś wypowiedział jeden z kleryków, bo i tacy byli w seminarium. Wzbudziło ono gwałtowną dyskusję, a potem przebrzmiało i zapadło się w przeszłość.

Czemuż teraz, w takiej chwili, odezwało mu się w pamięci? I to tak wyraźnie, jakby je rzeczywiście któś tuż obok wymówił. Tylko głupie owce tam idą. Lwów i orłów do niej nie zapędzisz, nie!

I jakby tchnienie burzy powiało. Zapadły się obrazy piękne i uczucia wzniosłego oddania się Bogu i miłosci dla ludzi. I dusza Szymona jakby się nawpół rozdarła, ostrym bólem szarpnięta. A z tej rozdartej duszy wyjrzała Tęsknota. Tęsknota za czemś nieznanem, niewiadomem, dalekim. Tęsknota bolesna, jak dotknięcie rozpalonego żelaza, tęsknota, wysysająca jak wąż i jak orzeł spętany rwąca się do lotu. Jak orzeł... Jak orzeł...

A orłów przecie do owczarni nie zapędzisz, nie!

Orły mają swoje niebo bezgraniczne, po którem latają swobodnie, i burzy się nie boją, i oko w oko patrzą na siebie ze słońcem, i nie lękają się światła, i są wolne.

O! choć raz polecieć z nimi!

Szymon spojrzał na seminaryjne mury i ciasne między nimi podwórze. O! wylecieć stąd, zrzucić z siebie więzy i przepisy, strząsnąć łańcuchy, zrzucić czarne szaty, wyciągnąć ramiona do góry szeroko, szeroko, wyzwolić się z tych myśli, z tych praw, z tych zobowiązań, wyzwolić się i z ciała nawet, i lecieć w błękit! I spojrzeć na to wszystko, co się dotychczas widziało, z innej strony, z innego punktu. Wznieść się ponad ten gmach, którego wnętrze się tylko oglądało, i spojrzeć nań z góry. I z umysłu choć na chwilę strząsnąć ten ciężar i te okowy, co go tłoczą, i pomyśleć, zastanowić się, pomyśleć nie wedle wzorów i formuł, lecz własną myślą, tą wolną i niepodległą, co tam na dnie tkwi, co teraz z wysiłkiem i bólem w górę się rwie, co, gnębiona i zabijana, żyć jednak chce, i żyć ma prawo... Ach, orłem być!...

A on — czemże jest, czemże będzie przez życie całe? Niewolnikiem, sługą, zaprzedaną duszą, pionkiem w czyjemś ręku na szachownicy nieznanej, ustami, przez które któś inny przemawia, numerem, narzędziem, sługą, i niczem więcej.

Nie! nie! — próbował się bronić — przecie ja z wolnej i nieprzymuszonej woli...

Z wolnej i nie przymuszonej? O, kłamstwo, kłamstwo!

Gdzież była moja wolna wola, gdy mnie, małemu jeszcze, kładziono wciąż w uszy: księdzem będziesz, proboszczem będziesz? Gdzie była moja wolna wola, gdy mnie w zamknięciu i w odosobnieniu trzymano przez lata całe w jednej atmosferze, a do głowy wtłaczano to tylko, co księdzu, a nie człowiekowi, potrzebne! Coż ja mogłem wiedzieć? O czem mogłem sądzić? Alboż ja własny sąd mam? Albo ja mam własny rozum? A moja wola gdzie?

Wolna, nie przymuszona... O, Boże!...

A za godzin parę kapłanem będzie. I na wieki, aż w godzinę śmierci, i po śmierci nawet, na wieczność całą. Za godzin parę...

A tymczasem stoi tu bezradny, targany, jak liść jesienny, przez wicher. I wicher w nim straszny się zrywa, wicher buntu i nienawiści. I tęsknota go gna, gdzieś daleko, wysoko. Byle nie tu!... Byle nie tu!... I żal w nim wzbiera, żal nad sobą, nad młodem życiem swojem, nad dolą niewolniczą. I zbierają się w oczach wielkie jasne łzy, i toczyć się zaczynają po policzkach jedna za drugą, jedna za drugą...

I płacze...

O, dajcie mi jeszcze trochę czasu! Dajcie mi pomyśleć ! Niech sam się zastanowię. Nie mówcie do mnie, nie mówcie, nie przekonywajcie! Już wiem wszystko, co macie do powiedzenia wiem. Ja teraz tylko chcę odejść od was, i w ciszy pobyć, i posłyszeć, co moje własne serce mówi. Chcę siebie posłyszeć, nie was. Dajcie mi odejść. Czekajcie!

Załzawione oczy podniósł Szymon ku wiszącemu na białej ścianie krzyżowi. Patrzał nań chwilę, a potem ukląkł i, pochylony nizko, zaczął się modlić.

A w mjarę jak się modlił, ukojenie spływało mu na duszę. Zycie jest krótkie, a wieczność nieskończona. Dla tej wieczności zatem jedynie żyć warto. A jakież życie lepsze nad kapłańską służbę takiemu Panu! Nie ludziom przecie, lecz Jemu — Bogu na wysokościach — służyć będzie. Bogu, co go stworzył i odkupił krwią własną, kieruje nim i prowadzi, i sam go wzywa do służby swojej. Słyszy przecie głos Jego. Kapłanem mu być każe On, więc nie oprze się wołaniu Jego. Odda Mu siebie całkowicie i bez żalu, i wierny mu będzie do ostatniego tchu, do ostatniej kropli krwi. Z miłością i z oddaniem się Jemu poświęci. A On, ojciec miłosierny, wynagrodzi dobre chęci spokojem sumienia na tym świecie, wiecznem królowaniem na tamtym. On wynagrodzi, wesprze, i nie opuści.

Panie! Panie! — modlił się Szymon gorąco — idę... idę na głos Twój! Powołałeś mnie do służby Twojej, do ołtarza Swego kazałeś mi się przybliżyć. Chcesz mnie mieć kapłanem w świątyniach Twoich. Idę, Panie, na głos Twój! I przynoszę Ci dobrą woię moją. Chcę być Ci wiernym do śmierci. Chcę. Ale Ty, Panie, osłaniaj mnie od pokus, oddalaj odemnie złe myśli, abym wytrwał i nie uległ. Niech lepiej będę nieuczony i głupi, niżbym miał w myśli sprzeciwić się zasadom Kościoła Twego. Strzeż mnie, Panie od pokus!

Ukojenie coraz większe duszę jego ogarniało. I radość.

Tak, oto za godzin parę zawinie do portu, wejdzie w przystań cichą. Bo łaską sakramentu wzmocniony, namaszczony chryzmem świętem, obleczony w najwyższą godność, on, kapłan, stanie się już odpórnym na wszelkie pokusy. Gdyż pokusami są, i niczem więcej, te buntownicze myśli, i te tęsknoty, i te pożądania gwałtowne, i ta ciekawość, co go porywa. Pycha się w nim odzywa, djabelska pycha, co więzów nie lubi. Tak, znane to są rzeczy. Ale za godzin parę djabłu da odprawę i łódź swą do portu wprowadzi, i skarb, niesiony po ważkiej kładce, ponad przepaściami w bezpieczne doniesie miejsce. I w duszy jego zrobi się cisza wielka i zapanuje spokój.

I życie całe zejdzie zacnie, szczęśliwie, godnie, na służbie kapłańskiej najlepszemu z Panów, pracowite życie ale szczęśliwe.

Przed oczami Szymona obrazy przesuwać się zaczęły. Świątynie, od świateł jaśniejące, pochylone głowy tłumów, plebańja pod cienistemi lipami, a za nią sad kwitnący, matki twarz ukochana, pełna uśmiechów i radości, ojca stara głowa, bracia i siostry, długi łańcuch dni cichych i jasnych, a poza nimi wieczność w niebieskiem królestwie.

I wielka szczęśliwość napełniła mu serce.

A gdy wreszcie, wciąż pochylony przed krzyżem, usłyszał dzwon, wzywający do kościoła, żwawo z klęczek się porwał i, z ogniem w duszy i z płomieniem w oczach, szedł na przyjęcie swej wielkiej i nieodwołalnej godności.

Ksiądz Szymon Bronicz zaraz po swem wyświęcęniu powrócił do dawnego seminarjum i tam miał czekać, aby nim wyższa władza rozporządziła. Odprawił prymicję, na którą przyjechali rodzice. Widział ich wzruszone twarze, widział łzy radości, płynące z oczu matki, gdy, zbliżywszy się do niej, uświęconemi wielką ofiarą dłońmi dotykał jej skroni, a ona dłonie te całowała. Poczuł na swych palcach dotknięcie drżących ust ojcowskich. Czuł w sobie własne ich szczęście.

Aż naraz ogarnęła go słabość tak wielka, że, ledwie rozebranego z szat kościelnych odprowadzono do celi, upadł na łóżko i zemdlał. Długo nie można go było docucić. A gdy wreszcie ocknął, miał silną gorączkę. Sprowadzony lekarz przez kilka dni nie mógł zrozumieć choroby, aż po konsyljum okazało się, iż jest to wyczerpanie nerwowe, wskutek przepracowania i życia zbyt zamkniętego, że grozi neurasteńją i innemi jeszcze komplikacjami, jeśli nie będzie zaraz pilnie leczone. A leczęnie polega jedynie na wypoczynku absolutnym, na świeżem powietrzu, na dobrem odżywianiu i na tem, aby przez dłuższy czas ani mowy, ani wspomnienia nie było o żadnym obowiązku. Obowiązkowa bowiem, pilna praca, gwałtowne wtłaczanie do mózgu nauki i to pod ciągłym strachem — te właśnie przyczyny spowodowały chorobę. Więc teraz żadnych książek do ręki nie brać, brewjarz nawet, jeśli można, odrzucić, żadnych kapłańskich czynności nie pełnić, o ile podobna, zmienić otoczenie, niczego się nie uczyć, nigdzie nie śpieszyć, niczem się nie krępować, a jak najwięcej spać, jeść, wiejskiem powietrzem oddychać, powolnych i niemęczących przechadzek używać, i o niczem, ale to absolutnie o niczem nie myśleć.

Takim był wyrok lekarzy, który ksiądz Szymon przyjął obojętnie, gdyż leżał teraz nieruchomy, w półśnie pogrążony i niezdolny nic odczuć, ani myśleć. Prawie nie słyszał tego, co przy nim mówiono. Jedyną jego troską było, aby nie kazano mu wstać i gdzieś iść, i coś robić. Czuł bowiem w każdej kosteczce znużenie.

Ale przełożeni seminaryjni zatroszczyli się nie na żarty. Co z nim dalej robić? Seminarjum zamykało się na lato, gdyż wakacje już nadeszły, a rozpoczynały się coroczne remonty, malowania i reparacje. U rodziców nie miałby ani spokoju, ani wygód. Na każdem probostwie toż samo groziło. Najwłaściwszem było jakieś sanatorjum. Lecz gdzie i za co?

Biedzili się przełożeni, a tu pora wyjazdu nadchodziła, i gmach opróżnić należało. Aż jednego dnia ks. inspektor powrócił z miasta zadowolony.

— Wiecie — rzekł — bodaj że się coś znalazło dla Bronicza. Moi krewni, Głuszyńscy, założyli tu niedaleko u siebie na wsi pensjonat i letników przyjmują. Ich interesy nieświetne, pałac i park mają olbrzymie, więc w ten sposób się ratują. Właściwie — ona. Bo on to niedołęga skończony! Chętnieby przyjęli na lato Bronicza i dadzą mu wszelkie wygody.

— A drogo tam, pani moja? — spytał ks. rektor.

— Trzydzieści rubli miesięcznie ze wszystkiem. I droga niedaleka.

— No, to niedrogo. Ja, pani moja, daję na pierwszy miesiąc. Złóżcie się na drugi i coś mu tam na wydatki dajcie. I niech jedzie.

— Powinien oddać, gdy dostanie posadę — wtrącił ks. ekonom. I wyciągnął z kieszeni dziesięciorublówkę.

— Ma się rozumieć, niech oddaje.

— Ale tymczasem, niech jedzie. Właśnie Głuszynska jest w mieście i jutro wraca do domu. Może go zabrać z sobą.

— A to najlepiej. Bo tak samego, pani moja, wysyłać możeby i nie można jeszcze. Dziwny stan. I od czego mu się tak zrobiło.

— Nerwy, powiadają...

— At! jakie tam nerwy! Zeby taki, pani moja, prosty chłop miał chorować na nerwy, to doprawdy skończenie świata. Ale doktorowie — wiadomo — jak czego nie rozumieją, to zaraz mówią: nerwy.

— No, co tam jest, to jest. Niech jedzie do Głuszyna.

— Niech jedzie.

— Ale, ale — zaczął ks. rektor, i zamyślił się. — Czy jednak tam, pani moja, ręczysz, tak... co do morałności ? co ? a ? Bo żeby nie zepsuć człowieka. Dotychczas to on sobie niczego... owszem... A tam, kto wie, pani moja, kogo spotka, co posłyszy...

Ks. inspektor obruszył się. A cóż ja moge ręczyć !

Czy ja wiem, kto tam jest ? Na kogo może trafić ? Sama Głuszyńska nie wie, bo dziś ten, jutro tamten. Teraz, mówi, ma ze trzydzieści osób, porządni ludzie, mówi. Nauczycielki, urzędników paru z rodzinami z Warszawy, studenci, literaci, nawet i doktór jest. A jacy oni co do moralności — któż ich wie !

— I przyznam się — rzekł ks. ekonom — że to już do nas nie należy. Niech sam siebie pilnuje. Póki klerykiem był trzymaliśmy na pasku. Już, zdaje się, dość oni nasłuchali się. Teraz — basta.

No, tak, pani moja — tak. Juści prawda. Niech sam siebie pilnuje. No, ale że to zawsze strach o tych młodych. Ciało, pani moja, wiadomo, mdłe. A i rozum ich, to jeszcze niebardzo ubezpieczony. Broń Boże złego wpływu...

— My już na to nie poradzimy. Przez całe życie nie można ich pilnować.

I stanęło na tem, że na drugi dzień zrana ks. Szymon Bronicz pod opieką pani Głuszyńskiej wyjedzie na wieś. Gdy mu to zapowiedziano, trochę się zdziwił, trochę przeraził, ale przystał na wszystko obojętnie i wedle rozkazu wstał, aby swoje rzeczy zbierać do drogi.

Podróż kilkogodzinna odbyła się szczęśliwie. Zasunięty w głąb kanapy, ks. Szymon drzemał prawie przez cały czas, a pani Głuszyńska, widząc to jego osłabienie i niechęć do rozmowy, bynajmniej mu się nie narzucała i sama zatopiła się w czytaniu gazet. Dopiero w powozie, który ich unosił ze stacji kolejowej do Głuszyna, po drodze, wijącej się wśród zbożowych pól i łąk, otulonych już w wieczorne mgły, Szymon ożywił się trochę, i zawiązała się, urywana wprawdzie i długiemi pauzami poprzecinana, rozmowa. Gdy jednak powóz minął piękną murowaną bramę, na widok wspaniałych murów, zdobnych w wysoką wieżyczkę, ogromnych alei parku, wielkiej sieni i szerokich schodów, na widok kilku obcych postaci, które wyszły na spotkanie gospodyni, stropił się znowu i wpadł w nieśmiałe milczenie. Pewna zażyłość, która się wytworzyła między nim a panią Głuszyńską, znikła. I poczuł się ogromnie samotnym i nieszczęśliwym.

Dopiero gdy się znalazł w swoim pokoiku na górze, i drzwi się za nim zamknęły, odetchnął. Jakieś miłe uczucie bezpieczeństwa ogarnęło go za temi zamknietemi drzwiami.

Rozejrzał się dokoła. Pokój był malutki, oklejony jasnem obiciem. W rogu stało zasłane łóżko szerokie z biało polakierowanego drzewa, dalej takaż szafka, umywalnia, zastawiona mnóstwem dzbanków, miseczek większych i mniejszych, a nad nią wielkie zwierciadło w białej ramie. Pod oknem biurko, dwa przepaściste fotele i mały między nimi stoliczek, na którym paliła się lampa, osłonięta różowym, kwiecistym abażurem. Od tego różowego abażuru światło padło na cały pokoik wesołe i do zorzy podobne. A w głębi otwierały się drzwi szerokie, prawie całą ścianę zajmujące, na balkon. Otwarte były właśnie na ciemniejący w dole ogród, na gładką i cichą taflę jeziora i na niebo, roziskrzone gwiazdami. Szedł przez nie zapach skoszonej trawy, zmieszany z wonią lewkońji.

Szymon nigdy w życiu podobnego mieszkania nie widział. Jakże się różnił ten mały i jasny pokoik od rodzicielskiej chaty, i od kwatery u panny Apolonji, i od seminaryjnych cel, i od wszelkich nawet plebańji, które kiedykolwiek oglądał.

— Będę tu mieszkał przez całe dwa miesiące, — pomyślał, zasiadając w fotelu i wyciągając się wygodnie. — Będę w tem łóżku spał, i pisał przy tem biórku, i mył się w tych miednicach. I będę sobie siedział na tym balkonie. Przez te dwa miesiące żyć będę, jak człowiek cywilizowany. Bo tak mieszkają ludzie cywilizowani. I wszystko to się nazywa komfortem.

Słyszał czy czytał kiedyś ten wyraz, i teraz mu się przypomniał. Komfort, z komfortem — powtórzył. I oczy jego zaczęły krążyć po przedmiotach i zatrzymywać się na drobiazgach. Obeszły raz i drugi cały pokój, aż wywędrowały przez otwarte drzwi balkonu ku gwiaździstemu niebu. I tam już zostały.

Długo w noc paliła się lampa w małym pokoiku na górze. A ks. Szymon, jak zahypnotyzowany, siedział nieruchomo na balkonie i patrzał. Ogarnęła go piękność i cisza letniej nocy i oczarowała. Gwiazdy nań mrugały i krążyły mu nad głową. Porwały z sobą jego duszę. I poleciała ona wysoko, ponad gwiazdy i słońca, i leciała coraz wyżej, szczęśliwa i wolna. A gdy z za światów na ziemię wróciła, pokochała tę ziemię, śpiącą pod mgłami i rosa, te zboża i trawy pachnące, te drzewa ciemne, w których ptaszęta spały po gniazdach, te nizkie chatki, kryjące spracowane istnienia, te wody jeziora, lśniące w ciemnościach, i te białe u stóp jego lewkońje, które mu woń swą dawały. I nigdy może jeszcze dusza jego nie odczuła takiej wielkiej, wielkiej miłości, nigdy tak się nie roztworzyła szeroko, i w takie dalekości się nie porwała, nigdy jeszcze nie czuła w sobie takiej mocy, i potęgi, i lotu, i nie czuła się tak blizką Bóstwa i tak Jemu pokrewną, jak w tę cudną noc letnią, gdy wszystko dokoła spało, a ona, samotna i wolna, rozwijała do lotu skrzydła swe młode.

Świtało już, gwiazdy zaczynały gasnąć na bielejącem niebie, i z za drzew przeglądała różowa zorza, gdy ks. Szymon wstał i wyprostował się. Podchodziła don fala życia, młodości, siły, podchodziła potężna, urocza, porywała go i podrzucała wysoko, wysoko. Dawał się jej unosić z rozkoszą, dawał się porwać i leciał z nią w górę. Nieznana dotychczas radość życia, nieznana potęga kipiały we krwi jego. Otworzył ramiona, pierś naprzód wystawił i szeroko się roześmiał.

— Zdrów jestem, młody jestem! I tak mi dobrze, dobrze żyć na świecie ! — zawołał.

Ale choroba nie była jeszcze zupełnie zwalczona. Nazajutrz odezwała się osłabieniem tak wielkiem, że okazało się rzeczą niemożliwą wstać i ubrać się. Na szczęście wśród letników głuszyńskich był i lekarz. Ten zajął się Szymonem. Skazał go na leżenie w łóżku, na forsowne odżywianie, na bezwzględny spokój. Drzwi od jego balkonu jak najszerzej otworzył, aby i w dzień i w nocy ożywcze powietrze wiejskie działało i nosiło siłę swą i słodycz. Szymon nie opierał się. Znowu ogarnęła go obojętność i znużenie takie, że nawet wyciągnięcie ręki z pod kołdry i podniesienie do ust podawanej szklanki wydawało mu się pracą olbrzymią. Leżał więc nieruchomy wśród białej pościeli, drzemiąc prawie dzień cały, a nad oknem jego ćwierkały jaskółki w gniazdach, a z grządek na dole dolatywał zapach lewkońji.

Aż po tygodniu takiego leżenia uczuł się nagle zdrów i silny. I wchodzący zrana lekarz zastał go przy urnywalni, oblewającego plecy, pierś i ramiona wielkiemi strugami zimnej wody.

— O! a któż to pozwolił? — zaśmiał się doktór.

— Przepraszam. Ale nie mogłem wytrzymać — rzekł Szymon. — Dziś obudziłem się z tem uczuciem, że muszę wstać, ruszać się, biegać, krzyczeć. A woda w miednicy tak mnie do siebie ciągnęła, ciągnęła! — Mówiąc to, podnosił do góry głowę, pokrytą czarnym, krótko ostrzyżonym włosem i wystawiał naprzód młodą pierś błyszczącą jeszcze kropelkami wody.

— To i dobrze, spodziewałem się tego, — Doktór był zadowolony. — Ale jeszcze przez dni kilka — dodał — trzeba być ostrożnym i nerwy szanować. Nie wdawaj się, ksiądz, z towarzystwem, bo jak zaczną gadać, to i w głowie się przewraca. Książek też tymczasem żadnych. Ot tak, pospacerować trochę, posiedzieć pod drzewami, ale bez wrażeń, bez żadnych wrażeń, cicho, spokojnie...

I tak we dwa tygodnie dopiero po swym przyjeździe do Głuszyna ks. Szymon zapoznał się z całem towarzystwem.

Przed obiadem przedstawiła go pani Głuszyńska zebranej na werendzie gromadzie gości, jako: naszego rekonwalescenta. Mnóstwo rąk wyciągnęło się do niego z powitaniem, ujrzał mnóstwo twarzy nieznanych, sumiaste wąsy, błyszczące guziki mundurów studenckich, jasne suknie pań, warkocze podlotków. Ten i ów zapytał go o zdrowie, wyraził radość z polepszenia. I wszyscy przeszli do ogromnej sali jadalnej.

Pałac głuszyński, budowany przez jakiegoś pradziada dzisiejszych dziedziców, choć mocno już zrujnowany i wielu przeróbkami zepsuty, nosił jeszcze ślady dawnej wspaniałości. Freski, stiuki, prześliczne gipsatury zdobiły ściany i sufity. Posadzki były dobierane z rzadkich i cennych materjałów drzewnych. Kominki marmurowe, a nad nimi wielkie zwierciadła lub płaskorzeźby. Meble, prześliczne kiedyś, najwięcej ucierpiały i niewiele z dawniejszych służyć mogło do użytku. Zastąpiono je z biegiem czasu tanimi i brzydkimi wyrobami dzisiejszymi — i ze sklepień malowanych boginie i amory patrzeć musiały teraz na wiedeńskie krzesełka i na kanapy tandetne. Pani Głuszyńska, postanowiwszy ratować interesy majątkowe, które mąż jej zaniedbywał z iście pańską nonszalancją, wpadła na myśl zużytkowania niepotrzebnych murów pałacowych, a także i produktów olbrzymiego ogrodu i gospodarstwa kobiecego, zakładając płatne letnisko. Wiedziała dobrze, ile pracy i trudu własnego włożyć w to będzie musiała.

Ale ona trudu i pracy nie lękała się nigdy. Na nogach od świtu do późnej nieraz nocy wszędzie była sama i sama do wszystkiego się dotknęła. Wiedząc jednak, że widok zapracowanej gospodyni jest dla gości i domowników nieznośny, gdy przychodziła do towarzystwa, miała zawsze minę damy, która tylko co wstała od gotowalni i o niczem innem nie myśli, jak o miłej i wytwornej konwersacji. Jej ładne rączki, zdobne w pierścionki, nie zdradzały nigdy przed nikim swych pokątnych zajęć, a twarz biała i różowa, dyskretnie przypudrowana, nigdy — zdawałoby się — nie nachylała się nad kuchenną płytą.

I teraz, gdy po przejściu całego towarzystwa do jadalnej sali zajęła swoje miejsce przy stole i, rozkładając serwetę na kolanach, pytała uprzejmie profesora Szulca, czy otrzymał wreszcie z poczty te broszury, o które mu chodziło, mogło się zdawać, że kwestją ta jest dla niej jedynie ważną i blizką.

Jakoż profesor Szulc z zapałem powiadać zaczął o tem, co w otrzymanych broszurach wyczytał, o nowych odkryciach wśród tabliczek glinianych, wykopanych w gruzach dawnego Babylonu. Zawiązała się rozmowa z panem Głuszyńskim, który wyjątkowo dnia tego był na obiedzie. Naogół bowiem nie lubił pensjonarzów swojej żony, traktował cały ten interes lekceważąco, pogardliwie patrzał na tych mieszczan, dopuszczonych do panoszenia się w jego gnieździe rodzinnem i, o ile mógł, unikał z nimi zetknięcia. Ale dzisiaj był w dobrym humorze i raczył się zainteresować assyrjologią i jej odkryciami, a gdy poetka Liniecka poprosiła profesora o trochę szczegółów i zaczęła się pytać z zaciekawięniem, do jakich rezultatów dochodzą uczeni w odczytywaniu klinowego pisma, profesor Szulc ożywił się i piękną mową rozpoczął wykład. W tej stronie stołu towarzystwo zamilkło i słuchało.

U drugiego końca, gdzie się młodzież przeważnie skupiła, rozmowa odrazu przybrała ton bardzo żywy. Młody Andrzej, najstarszy syn państwa Głuszyńskich, przyniósł wiadomość o jakiejś nowej uchwale parlamentu angielskiego o długości dnia roboczego w kopalniach węgla. Uchwała ta była wedle niego z krzywdą robotników. Skąd powstała dyskusja, w którą zaraz wmieszała się wielka, chuda i płaska osoba, o wieku nieokreślonym, o brzydkiej lecz dobrej twarzy, panna Marja Dorszówna, z ogniem dowodząc, że tam, gdzie mogą istnieć związki robotników i jawne organizacje, gdzie robotnicy są oświeceni, to żadne uchwały nie są zbyt groźne, gdyż na niekorzystne i niesprawiedliwe zawsze moge oni odpowiedzieć strajkiem, lub układami, lub wreszcie tworzeniem syndykatów, kół, i t. d. W organizacji leży siła niezwyciężona. Zaczęła też zaraz cytować przykłady z dziejów walki kapitalizmu z proletarjatem w Belgii, we Francji, we Włoszech i w Ameryce. Ale Andrzej Głuszyński nie zgadzał się na jej wywody. Strajki? — zapewne — była to broń tymczasem jedyna. Ale dopiero ogólna rewolucja i gruntowny przewrót społeczny mógł rzeczy postawić tak, jak stać powinny, mógł zburzyć twierdze burżuazji i kapitalizmu i wyzwolić lud. Pogląd ten zyskał poklask kilku młodzieńców i prawie wszystkich panienek, któremi ten koniec stołu był obsadzony. Dorszówna napróżno siliła się przekonywać i przytaczała coraz to dobitniejsze argumenty, rewolucja zwyciężyła na całej linji. Powstał też stąd niemały hałas, który chwilami zagłuszał nawet piękny wykład profesora. Nie przeszkadzało to jednak, że olbrzymie półmiski pieczeni, obnoszone dokoła stołu przez dwie fertyczne pokojowe i przepaściste salaterki z sałatą wypróżniały się szybko i dokładnie.

Szymon został posadzony przez gospodynię mniej więcej w środku stołu, pomiędzy niemłodą, czarno odzianą panią a wysokim i chudym panem, który wydawał się chory, znudzony, kwaśny, i do rozmowy nie mieszał się wcale. Naprzeciw siedziało rzędem kilka młodych panien. Były tam jasne bluzki, odsłonięte białe szyje, śmiejące się buzie i fryzury staranne, a szczególniej błyszczące życiem oczy czarne, szare, niebieskie, i spojrzenia, kierujące się wciąż ku przeciwnej stronie stołu, gdzie zaraz za znudzonym panem rozsiadła się studenterja z młodymi Głuszyńskimi na czele. U szczytu w głębi zajmowała miejsce Dorszówna.

Trochę onieśmielony, trochę odurzony ks. Szymon z początku wpatrywał się zawzięcie w swój talerz i rad był, że nikt do niego nie mówi. Starzejąca się pani z prawej strony rozpoczęła bowiem odrazu szeptaną rozmowę ze swoją sąsiadką, a znudzony pan nie zdradzał żadnych towarzyskich zachcianek. Po chwili, gdy się cokolwiek z gwarem dokoła oswoił, zaczął Szymon łowić uchem strzępy rozmów, tu i tam prowadzonych. Profesor Szulc mówił:

— Zwłaszcza ciekawe są zestawienia prawa Hamurabiego z prawem Mojżeszowem. W wielu miejscach są one prawie identyczne i co do treści i co do porządku w układzie. A ponieważ powstały one około roku przed Chrystusem, wszelkie więc prawdopodobieństwo, że był pierwowzorem prawa Mojżeszowego. Wogóle ostatnie odkrycia w Assyrji dokonane, rozjaśniają nam pochodzenie podań biblijnych. Odnajdujemy tam też same legiendy o raju utraconym, o Adamie i Ewie, o potopie. Jest to zapewne źródło, z którego czerpał autor, czy też autorowie Pięcioksięgu.

— Jakież to ciekawe! — ozwała się Liniecka. Aż w głowie się mąci, gdy myśl zagłębi się w takie odległe czasy!

— Tak, tak! Trzy i pół tysiąca lat przed Chrystus sem. I już istniały państwa, przemysł, handel, prawa plsane, świątynie bibljoteki... Ileż lat potrzeba było na wytworzenie tego? na przejście od pierwotnego stanu do tak wysokiej cywilizacji!

— Od małpy do człowieka, wedle szanownego Darwina — zaśmiał się ironicznie pan Głuszyński.

— Tak, właśnie — od małpy do pierwotnego człowieka, a potem od tego pierwotnego człowieka do takiego, który pisał kodeksy praw i układał hymny na cześć Bóstwa. Ileż to lat! Ile lat!

— I jak bledną wobec tego nasze niewzruszone pojęcia! Jak się chwieją powagi wszelkie ! — szepnęła Liniecka.

— Chociażby i ten Mojżesz — wtrącił doktór — inaczej się nam przedstawia. Trudno już go wyobrazić sobie, mówiącego z Jehową wśród błyskawic i grzmotów, gdy się wie, skąd czerpał swoje wiadomości.

— Nie przestaje on, o ile istniał, być wielkim prawodawcą.

— Tak, ale brał mądrość z drugiej ręki.

— O! to niezawodnie.

— A ja państwu powiem — przerwał p. Głuszyński — że to wszystko są bzdurstwa. Dziś jeden uczony odkryje to, a jutro drugi wręcz przeciwną rzecz. Co oni wiedzą ! Blaga, proszę państwa, duża blaga! Woię ja wierzyć w Mojżesza i w objawienie Boskie, niż we wszelkich Hamarabich. No, nie ?

— Święte słowa! Święte słowa! — zawołała siedząca obok Szymona starzejąca się dama.

Ale dokoła nastała chwila ciszy i na kilku twarzach pojawiły się uśmiechy. Szymon podniósł oczy. I oto spotkał się ze wzrokiem siedzącej naprzeciw dziewczyny.

Dziewczyna była młoda, szczupła i blada, ani ładna, ani brzydka. Tylko oczy miała prześliczne, czarne, głębokie, tonące w cieniu rzęs aksamitnych, pełne dziwnej melancholji, strwożone jakieś i pytające, czegoś szukające, czegoś pragnące, niespokojne, głodne oczy.

Teraz spoczęły one na twarzy Szymona i przez chwilę on w nie się wpatrywał. Było w nich zapytanie, była ciekawość, było jakby wahanie. Ciągnęły ku sobie.

Lecz oto obok siedząca pani wprost do niego się zwróciła i, chcąc potwierdzenia dla wyrzeczonych przed chwilą słów swoich, spytała :

— Prawda, księże dobrodzieju? Prawda? Lepsze objawienie Boskie od wszelkich uczonych ? — Zaśmiała się ostro i czekała na odpowiedź.

Szymon się stropił.

— Ależ tak... zapewne... — zaczął — objawienie... tak, ma się rozumieć...

Nagle przypomniał sobie gotowe, może nieraz słyszane zdanie i, jakby ciesząc się, iż znalazł lapidarny i stanowczy argument, wypowiedział głośno:

— Nauka o tyle jest coś warta, o ile się zgadza z objawieniem.

Tu i owdzie przy stole wybuchnął śmiech. Profesor machnął ręką lekceważąco, a Liniecka obrzuciła młodego księdza badawczem spojrzeniem. Nikt lapidarnego argumentu nie podniósł. Tylko pan Głuszyński okazał zadowolenie.

— O, to, to! — zawołał — Nauka! Teraz wszyscy tą nauką wojują. A co ona warta, jak Boga kocham ! Nauka nie zastąpi nam nigdy tradycji, zasad, tych fundamentów mocnych... tego, tego, cośmy od przodków naszych otrzymali w spadku... — Spojrzał po ścianach pięknej sali, na których wisiały portrety uzbrojonych rycerzy — Tak, tak, od antenatów... — dodał z lubością i umilkł.

A pani Głuszyńska, czując jakiś dysonans wśród obecnych, zaczęła ratować sytuację.

— Ach, mój Boże ! — rzekła — przecież to takie różne rzeczy! Nauka nauką, ale wszakże wierzyć możemy we wszystko, czego nas Kościół święty naucza. To, ze istniał Hamurabi, coż to przeszkadza ? My powinniśmy słuchać katechizmu. Nieprawdaż? Przecież to bardzo łatwo pogodzić.

— Ach, proszą pani, nie tak to łatwo, niestety — zaczęła Liniecka. — Przecież to jest jak ogień i woda. To się z sobą kłóci.

— Więc — odezwał się nagle głos młody, trochę drżący jakby stłumionem wzruszeniem — więc jakże? Kto szanuje naukę, ten musi... odrzucić... zupełnie odrzucić Objawienie ?

Ks. Szymon zwrócił się ku młodemu głosowi. I znowu spotkał się ze wzrokiem przepaścistych, czarnych oczu dziewczyny. Ona to rzuciła stanowcze pytanie. I czekała odpowiedzi!

A w tem oczekiwaniu czuć było wyraźnie mękę i ból. Czuć było, że pytanie to, rzucone teraz ludziom, nieraz już w samotności nad jej młodą głową zawisło, i że te oczy, które teraz nieśmiało przesuwały się po twarzach obecnych, wyczytując z nich odpowiedź, już nieraz same zapatrywały się w nieskończone tajemnice bytu.

Była przy stole chwila ciszy. Nikt nie śpieszył z odpowiedzią. Aż z przeciwnego końca, z pośród młodzieży, padła odpowiedź:

— Musi.

Andrzej Głuszyński odpowiadał na pytanie dziewczyny.

I nagle — w jej twarzy coś się zmieniło. W smutnych oczach rozgorzały iskry, na usta wypłynął uśmiech i cała pochyliła się w stronę, skąd jej przyszła odpowiedź, i przylgnęła wzrokiem do jego oczu, a czoło jej i policzki pokrywać zaczął świeży, jak zorza, rumieniec. Ładną była w tej chwili, pięknością otwierającego się ku słońcu kwiatu.

I tak się w tamtego zapatrzyła, tak się ku niemu całą swą istotą podała, iż nie słyszała jak starzejąca się pani, sąsiadka ks. Szymona, zaczęła na nią wołać z nieukontentowaniem:

— Ot, Hela! także sens! Pytać jeszcze będzie! Tu niema pytania wierzyć i słuchać, a nie decydować. Skończenie świata! Jeszcze od ziemi nie odrosną, a już sądzą i krytykują. Hela ! słyszysz, co ja mówie...?

Hela niechętnie oderwała oczy od Andrzeja i przykryła je powiekami. Rumieniec powoli znikać zaczął z jej twarzy i zwykły wyraz powagi i smutku na nią powracał. Spokojnie lecz zimno odrzekła:

— Słyszę, marno. — I zamilkła.

A matka jej zwróciła się do Szymona i, korzystając z wrzawy, jaka się znów przy stole podniosła, zaczęła półszeptem do niego mówić.

Bardzo, ale to bardzo była nierada z tego, co tu w Głuszynie znalazła. Przyjechała tu dla Heli, której zdrowie potrzebowało wypoczynku. Mieszkają w Warszawie, Hela daje lekcje i sama jeszcze coś studjuje, chodzi na jakieś tam kursą. No, i wyobrażała sobie, że znajdzie tu trochę miłego towarzystwa, że Hela będzie miała rozrywkę, ale godziwą rozrywkę, odpowiednie, porządne, dystyngowane towarzystwo. Tymczasem — Boże odpuść ! cóż to za młodzież! Same socjalisty! I nietylko młodzież ! Taki profesor, taka Liniecka, taka Dorszówna! Doprawdy, niema do kogo słowa przemówić. Mniejsza już o rozrywkę. Ale jakiż to wpływ mieć może na Helę ! Ona, co nigdy na złe wpływy narażoną nie była, nigdy! Już to przyznać sobie musi, czuwała nad dzieckiem, jak nad okiem w głowie, chroniła ją, osłaniała tę duszyczkę, którą jej Pan Bóg powierzył, sama dla niej wyrzekała się wszystkiego, młodość swą i życie całe jej poświęciła. I dochowała się pociechy. Tak niewinnej, czystej i nieświadomej dziewczyny trudno spotkać w naszych zepsutych czasach. Tak pobożnej, tak przesiąkniętej pobożnością ! Wprost anielska duszyczka ! Ale teraz co będzie ? Czy te wszystkie paplaniny nie przewrócą jej w głowie? Bardzo o to się niepokoi. Ale coż robić! Heli wieś służy. Zresztą w Warszawie udało się na cały kwartał mieszkanie odnająć, wrócić niema możliwości. Wprawdzie zapraszali je blizcy krewni, hrabiostwo Wyżynieccy... Ach, czemuż tam nie pojechały! Ale teraz zapóźno. A coraz to przykrzejsza robi się atmosfera. — Dziwię się nawet — dodała — że ksiądz dobrodziej zdecydował się tu przyjechać. Kościół oddalony o całe pięć wiorst, koni dostać nigdy nie można. Będzie ksiądz zmuszony obchodzić się bez mszy świętej.

— Chory byłem. Kazano mi wypocząć. A że tu mieć mogłem wszelkie wygody...

— Wygody! Jakież to wygody, proszę księdza! Za tak drogie pieniądze karmią nas ohydnie, zalokowani jesteśmy, jak śledzie w beczce. Służby dowołać się nie można.

— Doprawdy? A ja znajduję, że tu wszystko doskonale...

Matka Heli uśmiechnęła się pobłażliwie.

— Znać, że ksiądz jeszcze bardzo młody! Przecież ta dzisiejsza cielęcina — tu bardziej jeszcze głos zniżyła — toż na szmalcu pieczona. Za tak drogie pieniądze mogliby nam na maśle dawać. Ja, proszę księdza, znam się na tem, bo sama miewałam stołowników, gdy po śmierci męża wdową zostałam z małem dzieckiem i musiałam jako tako sobie pomagać. Ale nigdy, nigdy nie byłabym im dawała szmalcu. O ! to — to nigdy! Ale coż, ta pani woli wydawać na stroje. Bo ja, proszę księdza, nie ratowałabym swoich interesów kosztem cudzego zdrowia, jak to robią niektóre osoby... Nie, nie — tegobym nie potrafiła — nie!

Szymon nie miał nic do odpowiedzenia. Ale okazało się, że odpowiedź nie jest konieczna. Starzejąca się pani na nią nie czekała, lecz wdała się w szerokie omawianie interesów państwa Głuszyńskich i w wyczerpującą krytykę ich postępowania.

Tymczasem jednak uwaga Szymona oderwała się od niej i znowu zaczął słuchać tego, co mówiono przy stole.

— I ja się z tem nie zgadzam — mówiła Dorszówna — odrębności narodowe oparte są na przyrodzonem prawie, mają źródło swoje w fizycznych właściwościach człowieka. Czemużby miały z czasem znikać?

— A chociażby dlatego, że silniejszym węzłem dla ludzi jest wspólność interesów — odparł jeden z młodych mężczyzn.

— Nie wszystko się opiera na chlebie i dobrobycie. Są także idealne bodźce.

— A nawet bodaj, że te idealne bodźce ludzkością miotają silniej od realnych potrzeb.

— O, chyba nie!

— Ależ tak. Miewaliśmy przecię takie wojny krzyżowe, takie wojny religijne.

— O ! to dawniej!

— A wyprawy do bieguna — czemże są ? Tam dobrobytu się nie znajdzie, a idą jedni za drugimi.

— To wyjątki. To dobre dla sytych. Ogół dba najprzód o chleb. I dlatego walka klas ma rację bytu. A walka narodów — to nonsens i szczątkowy zabytek barbarzyństwa.

— Ubi bene, ubi patria.

— O, nie, nie! I właśnie nasze dzieje są dowodem, że tak nie jest.

— Bośmy głupi.

Kilka głosów razem zaczęło mówić. Powstał hałas. A gdy się wreszcie uspokoiło trochę, poetka Liniecka zaczęta deklamować :

Obca ziemia to macocha, niby pieści, niby kocha, lecz te wszystkie polne kwiatki nie zastąpią serca matki. Nie przytuli cię do łona, ni lubości nie obudza — bo to bracie, obca strona, bo to, bracie, ziemia cudza.

I naraz, przed obiadowym stołem, ponad rozgrzanemi głowami, przeleciało tchnienie jakieś dalekie z lepszej krainy. Zjawił się duch wielki. I zrobiło się cicho.

IV

Gdy Szymon po obiedzie wrócił do swego pokoju, w głowie mu się kręciło. Przez tę jedną godzinę, którą z ludźmi spędził, jakież nieznane całkiem krainy przed nim się otworzyły! Istnieją więc obce mu całe światy, on o nich nic nie wie. Assyrja, Babylon, starożytność tajemnicza, która teraz z grobowców swoich wstaje i mówić o sobie zaczyna! Setki, tysiące lat, państwa dawno wymarłe, ludy, prawa, tradycje! Inne światy, inne światy!

A tu znów proletarjat, walka klas, kapitalizm, narodowość, realne potrzeby, czy też idealne bodźce?... I Co silniejsze? I czem się ludzkość bardziej kieruje? I jak być powinno? I jak jest?

A Mojżesz... Więc on od ludzi mądrość czerpał, nie od Boga samego? Więc gdzież objawienie, gdzie pewność? Więc to wszystko, co zawierają księgi jego, byłoby jedynie tylko powtórzeniem dawnych podań?...

, Boże!

Przecież musi istnieć jakaś prawda pewna, stała i raz na zawsze postanowiona. Bo inaczej... jak żyć? Przecie Bóg, stwarzając człowieka, musiał mu dać prawidła do życia na tym świecie. Przecież go stworzył na obraz i podobieństwo Swoje i na to, aby Go znał, kochał, wiernie Mu służąc, żywota wiecznego dostąpił. Więc objawienie być musi. A jeśli człowiek naprawdę pochodzi od małpy.

E, bzdurstwo! — jak mówi pan Głuszyński. Przecież wiadomo, bo to i ks. inspektor nieraz powtarzał, że ten Darwin, który to wymyślił, to był niedowiarek skończony.

Gdyby człowiek pochodził od małpy, toby nie mógł się wznieść na takie wysokości, do jakich niektórzy dochodzą, święci zwłaszcza, poeci, bohaterowie. A chociażby i ten, co napisał ten piękny wiersz: Obca ziemia to macocha...

Szymon wstał i półgłosem zaczął wiersz powtarzać. I ogarnęła go dziwna słodycz, jakby promień piękna w duszę jego uderzył i rozgrzał ją, i coś w niej roztopił. Zbliżył się do otwartych drzwi balkonu i, patrząc na zielone w polu trawniki, na drzewa poważnie nad nimi zadumane, na gładką szybę stawu, w której się odbijało niebo, a dalej na zorane pola, na wioskę, szarzejącą w cieniu sadów, na lasy przesłonięte już niebieskawą mgłą oddalenia, mówił znowu pocichu: Obca ziemia to macocha...

— Ciekawym, kto to napisał? — pomyślał — może sama Liniecka? — I postanowił ją o to zapytać. Ale potem przyszło mu na myśl, że może napisał to któś bardzo znany i że wstyd tego nie wiedzieć. I zaniepokoił się. Przykro okazać swą niewiadomość, a księdzu to nawet nie wypada. Ksiądz, kapłan, przecież u samego źródła wiedzy stoi i czerpie. On to powinien naprawdę wiedzieć wszystko. On, powołany do nauczania innych, on sędzia, prawodawca, który ma moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi, on, przed którym otwierają się najskrytsze tajniki dusz ludzkich, aby mógł niezbite swe wyroki nad niemi wydawać, on, pan nad sumieniami, on, kierownik, wódz, sól ziemi, światłość, co w ciemnościach świeci, on, którego niebo słucha, on miałby... pytać!

A tymczasem, od pierwszego zaraz dnia, tyle rzeczy nowych!

Aż w głowie się mąci...

Ks. Szymon przeszedł się po pokoju i postanowił wakacji swych użyć na czytanie. Niech sobie doktór mówi, co chce, a on codzień po śniadaniu pójdzie do ogrodu, daleko nad staw, do świerkowego lasku, i czytać będzie aż do obiadu.

Ale co wybrać, aby się jaknajprędzej, najkorzystniej oświecić? Zapytać kogo o radę... Czy to wypada... księdzu? Jeszcze gotowi pomyśleć, że w seminarjum nic nie uczą. A przecież sam ks. rektor czytywał klerykom kawałki z Mickiewicza, z Syrokomli, nawet Sienkiewicza ustępy całe. I literatury potrochu uczono się przecie.

Pytać... księdzu... nie wypada.

O! gdyby nie ta suknia kapłańska, byłoby łatwiej! Ale tak, trzeba sobie samemu radzić.

Nagle, pod balkonem usłyszał Szymon skrzypiące na żwirze kroki. Szła Hela powolnie, bawiąc się trzymaną w ręku wiązanką kwiatów, a przy niej Andrzej Głuszyński.

On ku niej się pochylał, ona podnosiła na niego swe przedziwne oczy, w których znowu paliły się iskry. Znać było, że w tej chwili poza nim świat cały dla niej nie istnieje.

— Zakochani... — pomyślał ks. Szymon, przeprowadzając ich wzrokiem, gdy się zagłębili w cienisty szpaler i tylko biała bluzka Heli od czasu do czasu migała wśród drzew.

— Zakochani... — powtórzył. I nagle gniew go porwał, jakaś straszna złość. — Głupcy, głupcy! — powtarzać zaczął. Pięście mu się zaciskały i rumieniec czoło mu oblewał. Był zły! ach, taki zły!

A potem, równie nagle ogarnęła go tęsknota. Uczuł się samotnym, ach, tak zupełnie samotnym wśród tych ludzi obcych, myślących o nieznanych mu sprawach, żyjących w innym, wcale nie jego, świecie. Byli to inni, różni od niego ludzie, nic, nic, go z nimi nie łączyło. Myśleli o kapitalizmie, o Assyrji i Babylonie, o jakichś poezjach, wreszcie o... miłości. Tak, tak! o miłości! Tu, pod jego oczami! Zakochani, szli gruchać w cieniste szpalery. Patrzali sobie w oczy z bezczelnem pożądaniem. Bezwstydni!

Ach! wstrętne! wstrętne!

I tych kobiet tu tyle! Tych otworów nieczystych, tych piekielnych podwoi, tych istot, które, chociaż same pełnymi ludźmi nie są, o, jakże ludziom szkodzić umieją. A jakie pewne siebie, jak zabierające głos, nawet te najmłodsze, jak śmiało rozprawiające z mężczyznami !

Tam, w seminaryjnych wysokich murach jakże było inaczej! Tam człowiek, gdy swoje zrobił spokojny był. I wszystko było wiadome, pewne, ustanowione od wieków. Żadnych wątpliwości! A tu, mój Boże! zaledwie godzina rozmowy, a już w głowie się kręci. A jednak wrócić tam czyby chciał?...

Ks. Szymon podniósł oczy na świat przed nim rozesłany we wspaniałej krasie letniego dnia. Czyby chciał powrócić do ciasnego podwórza, otoczonego murem, gdzie się rozwijają w miejskim kurzu biedne, suchotnicze drzewka? Do smętnej celi, do refektarza, do tych klas twardych ławkach, do tego klasztornego zamknięcia, do rygoru?

Tak, było tam spokojnie. Ale on teraz czuł, że nie spokoju pożąda jego dusza. Czuł, że się ona rwie do ruchu, do życia, do walki, że się namiętnie rwie naprzód. Czuł, że dotychczas była więziona i układana w formy, że jej nie dano rozrosnąć się i wybujać po swojemu, a że teraz powstaje w niej chęć gwałtowna wzięcia za przeszłość odwetu...

Więc myśl jego tylko przez mgnienie oka cofnęła się ku dawnemu życiu i zatęskniła do tego, co było. Lecz zerwała się wnet i poleciała naprzód.

Ciekawa, żądna, młoda jego myśl.

Przez kilka dni następnych przysłuchiwał się ks. Szymon w milczeniu rozmowom, które się koło niego toczyły. Zaczął też pilnie czytywać gazety. Ale jakże wiele i tu i tam spotykał rzeczy zupełnie dla siebie niezrozumiałych! Chciał pytać, ale się wstydził. Ksiądz nie mógł przecie wobec ludzi świeckich okazywać swej ignorancji. Suknia kapłańska obowiązuje.

Ale coraz jaśniej widział jedno. Dotychczas uczono go i żył w tem przekonaniu, iż Kościół katolicki dlatego zwie się powszechnym, że w sobie mieści wszechświat cały, całokształt wiedzy, mądrości, dobra, że wszystko to ogarnia, czego dusza ludzka zapragnąć może, że wszystkie jej pragnienia jest w stanie zadowolić, że od chwili grzechu pierworodnego, t. j. prawie od stworzenia świata, jest obiecany ludzkości i przez nią oczekiwany, że ludzkość ta przygotowywała się do jego przyjęcia przez całą starożytną erę, a teraz jedynym jej celem jest zlanie się w nim w jedną wiarę, w jeden Kościół, w jedną katolicką rodzinę, aby była, jak obiecuje Pismo Św., jedna owczarnia i jeden pasterz — Ojciec święty. Poczem już ziemia nasza, a może i świat cały istnieć nie będą miały powodu ani potrzeby. Nadejdzie ciał zmartwychwstanie, sąd ostateczny i albo szczęście w niebie, albo piekielne męki na całą wieczność. Niebo dla dobrych katolików, piekło dla odszczepieńców. Tak go uczono i tak wierzył. Teorja ta była zbudowana mocno, tworzyła doskonałą całość, i nie było w niej miejsca na żadne wątpliwości, gdyż wszystko miało swoje znaczenie, wszystko było ułożone i uporządkowane, zdecydowane i zatwierdzone.

Tak więc katolicyzm był wiarą powszechną, na wszechświat cały! na przeszłe, na teraźniejsze i przyszłe wieki, na wszelkie ludy! na wszelkie warstwy, na wszystkie dusze. Dla niego jedynie świat został stworzony, gdyż w nim jedynie Bóg może być należycie chwalony. Dla niego świat istniał, a z chwilą jego tryumfu tracił rację bytu. Tak go uczono.

A więc, dlaczegóż tak niewielu obejmuje ten Kościół katolicki, dla którego stworzonym został świat cały? Dlaczegóż tak znacznie więcej jest i było tych, którzy nigdy o nim nie słyszeli nawet? Dlaczegóż przez setki i tysiące lat czekała nań świadomie tylko mała garstka ludzi, żydowski naród wybrany, a inni tworzyli państwa, kulturę, nadawali prawa, Bogu i bogom składali cześć, wznosili dusze swe do ideałów i tęsknili do prawdy, i szukali jej wytrwale i szczerze, a znaleźć nie mogli? Czemuż dziś jeszcze Kościół powszechny obejmuje zaledwie dwieście kilka miljonów dusz — i to ile wśród nich obojętnych lub nawet zbuntowanych! kiedy buddystów samych jest na świecie przeszło siedemset miljonów, a innych — mahometan, pogan, izraelitów, a chrzęścijan schizmatyków! Czyż być może, aby dla tej garstki — bo garstką są katolicy wśród tej nieskończoności wieków, wśród tych ludów teraźniejszych i przeszłych, na szerokich przestrzeniach ziemskiej kuli — czyż być może, aby dla tej drobnej garstki był stworzony świat!

Tak go jednak uczono. I więcej jeszcze. Uczono go, iż tylko w jednym katolickim kościele zbawienie być może. A zatem ci inni, ci mędrcy, ci poeci, ci prawodawcy, ci pracownicy, którzy spędzili życie w znoju i w trudzie, ci ludzie, może dobrzy i zacni, te tłumy nieprzebrane cichych, cierpiących, prześladowanych, dla tych zbawienia niema? Tylko dla tej małej garstki? dla tych nielicznych wybranych?

Więc gdzież jest Sprawiedliwość i Miłość?

I dlaczego te całe tłumy, te pokolenia liczne nawet tem nie wiedzą! Przychodzi na świat jakiś Chińczyk czy Hotentot, żyje jak się trafi, dobrze może i poczciwie, nie poczuwa się do żadnych obowiązków względem katolickiej wiary, bo o niej nigdy nie słyszał, umiera —

zostaje na wieki potępiony. Gdzie tu sens. Czemuż go coś nie ostrzegło?

Czemu, jeśli to jedynie dać może zbawienie, i jeśli to zbawienie naprawdę jest, czemuż nic dana człowiekowi od przyrodzenia dążność ku temu? Tak, jak niemowlęciu od przyrodzenia dany jest instynkt szukania matczynej piersi. Czemu? ach! czemu?

W tem jest coś... Tu jest jakaś szpara, jakiś w doskonałym gmachu błąd. Tu się coś jedno drugiego nie trzyma i coś się chwieje.

Bóg dał człowiekowi rozum i wolną woię, aby świadomie wybierał i dążył do zbawienia.

Ach, wolne żarty! Jakąż miał w tym kierunku wolną woię Hamurabi, który żył na lat przed Chrystusem? Jakaż jest wolna wola dzisiejszych Chińczyków lub Hotentotów?

Tacy winni nie są, więc potępieni nie będą tłómacza liberalni katolicy. Bóg nie może karać za grzechy niepopełnione. Jeśli Chińczyk, luter, Hotentot, Zyd są w sumieniu swojem pewni, że ich religia jest prawdziwa, i przykazania jej wypełniają, to Bóg ich karać nie może i będą zbawieni.

A więc — Kościół katolicki nie jest jedyny? A więc i inne religje, jeśli uczą dobrze żyć i mogą dać zbawienie, są dobre?

A więc świat nie dla religji katolickiej stworzony? I w cóż się zatem obraca idea Mesjanizmu? Więc wiara w Boga, stającego się człowiekiem, aby odkupić ludzkość i dać jej kościół jeden prawdziwy, niema już racji bytu, bo można otrzymać zbawienie w każdym innym Kościele, a nawet — jak jakiś tam poczciwy Hotentot — i bez żadnego Kościoła?

Więc coż to wszystko znaczy? Gdzie sens? Gdzie logika? Gdzie prawda?

Ks. Szymon biedził się z myślami temi, które go teraz napadać zaczęły, jak natrętne muchy. Postanowił, gdy wróci do miasta, porządniej się wczytać w dawne swe seminaryjne książki. Tam pewnie będzie wszystko dobrze wyłożone i wszelkie wątpliwości rozstrzygnięte.

Postanowił bronić się przeciw tym myślom, a zająć się bardziej realnemi kwestjami. Znalazłszy na stole w salonie parę książek treści społecznej, zabrał się do ich czytania. Ale często spotykał się z czemś, czego zrozumieć nie mógł. To go drażniło. Czuł, że są wiadomości elementarne, któreby poznać powinien, chcąc iść dalej. Ale nie wiedział, skąd je wziąć. A pytać było tak niezręcznie.

Dorszówna przyszła mu na ratunek. Pewnego dnia, gdy w głębi parku biedził się nad jakąś Historją Cywilizacji, którą był sobie wybrał z bibljoteki, ona usiadła przy nim na ławce i, spojrzawszy na książkę, rozpoczęła od niedyskretnego pytania :

— A czyż ksiądz to rozumie wszystko? Szymon zaczerwienił się po uszy, jakby na gorącym uczynku złapany. I zaraz przyznał się do winy. Nie, wszystkiego nie rozumiał, nawet bardzo mało. Mnóstwo było wyrazów, których znaczenia dokładnie nie pojmował, no, i myśli ogólnej jakoś uchwycić nie mógł.

— Bo to na początek za trudne — zdecydowała Dorszówna.

— Na początek! Ależ ja skończyłem seminarjum — zaprotestował ks. Szymon.

Ona machnęła ręką dość lekceważąco. I zaczęła mówić, że, chcąc dojść do jakiegoś wykształcenia, trzeba zaczynać od początku. Są przecież doskonałe, przez najuczeńszych ludzi ułożone Poradniki dla samouków, za pomocą których każdy może sobie zastąpić szkołę, a nawet zdobyć uniwersyteckie wiadomości w każdej gałęzi wiedzy, byleby miał wytrwałość i pilnował się wskazówek. Dodała, że ponieważ te książki posiada, chętnie niemi służyć będzie.

Szymon z radością przystał na to. I rozpoczęły się jakby wykłady, jakby pogadanki, w których ona z zapałem wzięła na siebie rolę profesora. Elementarne to było bardzo, ale właśnie tego mu było potrzeba.

Powoli zaczynało się trochę rozjaśniać i porządkować w jego głowie. Z dziedziny cudów schodził na zie mię i uczył się widzieć ją taką, jaką jest, i uczył się odnajdywać naturalne przyczyny wszelkich zjawisk, a nie szukać ich w tajemniczych i nadziemskich krainach. Dorszówna gorliwie mu w tem dopomagała. I po niejakim czasie godziny z nią spędzane pod cieniem starych drzew, nad gładką szybą jeziora, w ciszy i ukojeniu letnich poranków, stały się dla ks. Szymona najmilszemi w ciągu dnia całego. Myślą przygotowywał się do nich, układał zapytania, argumenty, czytając, notował trudniejsze rzeczy, aby o nie nazajutrz zapytać. Pozbył się względem niej wszelkiego krępowania i zapominał o kapłańskiej powadze. I było mu z tem dobrze, coraz lepiej i swobodniej.

Pozatem spróbował Szymon zawiązać bliższą znajomość z gromadą młodych i parę razy zbliżył się do nich, gdy grali w tennisa lub w krokieta. Siadał na ławce przy odpoczywających i chciał rozmowę zawiązać. Ale uważał, że za jego zbliżeniem się śmiechy milkły i, chociaż bardzo grzecznie mu odpowiadano, rozmowa przestawała się kleić w jego obecności.

— Czy to moja sutanna ich odstrasza ? — myślał —

Czyż oni tego nie widzą, że ja przecię także jestem młody ?

Ale oni tego nie widzieli.

Jedna Hela Kranicka nie czuła się przy nim skrępowana i rozmawiała chętnie. A że Andrzej Głuszyński najczęściej był z nią razem, więc i z nim doszło wreszcie do bliższej znajomości i naturalnie do rozmowy o kwestjach społecznych, które go interesowały mocno. Ale po kilku pierwszych słowach Szymona o socjalizmie, Andrzej zaczął się śmiać, błyskając z pod młodego wąsika białymi jak śnieg i zdrowymi jak u wilka zębami i zawołał:

— Aj! aj! co ksiądz wygaduje! Ależ ksiądz nie ma tem najmniejszego pojęcia! A, B, ksiądz nie zna. Jakże można twierdzić, że socjalizm a anarchja to tosamo ! Albo co tu robi Rewolucja francuska? Groch z kapustą! Dziś każde dziecko wie...

— Jeszcze za Rewolucji francuskiej kapitalizmu w dzisiejszem znaczeniu nie było — wtrąciła Hela — a więc socjalizm nie urodził się jeszcze.

— Kapitalizm... — powtórzył ks. Szymon zaniepokojony nowem dla niego pojęciem.

— A tak, przemysł fabryczny jeszcze się nie był rozwinął. Para, elektryczność dopiero znacznie później odkryte zostały. Tam była walka wprost o prawa człowieka, nie o podział zysków, tak jak teraz.

I Andrzej mówił dalej, krótkiemi słowy rysując historyę socjalizmu.

Szymon słuchał z zaciekawieniem. Nie wszystko jednak rozumiał. Podaż, popyt, nadprodukcja były to wyrazy nic jeszcze nie mówiące do niego. Chciał pytać, ale znowu zawstydził się.

To przecież takie elementarne — mówił Andrzej. — Ale co ja mam to tłómaczyć — przerwał sobie nagle — to lepiej przyniosę księdzu kilka książeczek. Tam wszystko to stoi jak wół wyraźne.

Zerwał się i pobiegł ku domowi.

— A pani zna się już dobrze na tem wszystkiem? — spytał Szymon Heli Kranickiej, gdy zostali sami.

— Dobrze — jeszcze nie. Ale czytałam trochę. Pan Andrzej mi dawał, a czego nie rozumiałam, to tłomaczył. Tylko że ja się do socjalizmu nie nawróciłam, nie ! Mojem marzeniem byłaby — ksiądz się przerazi — byłaby anarchja, taki świat bez królów, bez urzędników, takie braterstwo wszystkich ludzi na miłości oparte. E, zresztą, co tam gadać! ksiądz tego nie rozumie. Jeszcze dobrze tych rzeczy nie znam, ale już rozróżniam — dodała z uśmiechem — socjalizm od rewolucji francuskiej...

— Pani się ze mnie śmieje. Widać, że grubego bąka palnąłem. Ale proszę pamiętać, że nie miałem czasu jeszcze...

Hela spojrzała na niego życzliwie.

— Wiem, wiem — rzekła. — Ale o takich rzeczach trzeba wiedzieć. Dziś to konieczne. Pan Andrzej chętnie wszystko księdzu wytłomaczy.

Zamilkli.

— Dziwne — myślał Szymon — jak ja mało umiem. Ta dziewczyna, naprzykład, młodsza ode mnie, a o tylu rzeczach ma pojęcie. Już nie mówię o profesorze, o tych, którzy są specjalnie oddani nauce, a nawet ci młodzi, coż za porównanie ze mną!

Wrócił Andrzej z paczką książeczek i broszur.

— Oto cała kupa — rzekł — proszę czytać. Ale wedle porządku. Te najprzód, to będzie najłatwiejsze do zrozumienia, to się daje zupełnie prostym robotnikom, którzy ledwie czytać umieją. Tu już wszystko wyłożone jak łopatą w głowę. A potem, dalej po kolei, wedle numerów. A jak ksiądz to przeczyta, ale tak, żeby dobrze zrozumieć, to wtedy pomówimy. Dobrze ? — Zaczął się śmiać i znowu zabłysły białe zęby. — I jak się zabierzemy do księdza, ot tak, razem z panną Helą, to go jeszcze przerobimy na socjalistę — co ?

— Ja socjalistą! — zawołał Szymon.

— A czemu nie? Wszakże i wasz Kościół, chcąc sparaliżować robotę prawdziwych socjałów i zachować w swem ręku panowanie nad ludem, wymyślił jakiś tam socjalizm chrześcijański. Takie to podobne do prawdziwego, jak pięść do nosa. Ale dowodzi to, że nasz jest siłą, jeśli już pojawiają się imitacje.

Szymon wziął książeczki i poszedł do siebie. Do czytania zabrał się skwapliwie. Ale, choć popularne zupełnie, niełatwo je zrozumiał. Jego umysł, przyzwyczajony do pamięciowych ćwiczeń, a nie do rozumowania, z trudnością mógł przyswajać sobie to, co potrzebowało indywidualnego myślenia. Tu nie chodziło o to, aby wydać gładko, lecz o sens. Nie zawsze umiał ten sens uchwycić. I w głębi jego duszy zaczynało świtać podejrzenie, iż go źle uczono i nie nazbyt mu potrzebnych rzeczy. Chłopski jego rozum zaczął tak kombinować: Jeśli ja, jako ksiądz, nie moge nawet odeprzeć najprostszych argumentów takiego Andrzeja, jeśli wobec jego twierdzeń nie mam nic do powiedzenia i muszę milknąć bezradnie, to jakież ja moge wpływy wywierać na ludzi ? i jak ja potrafię nad duszami panować i ku prawdzie kierować ? Taki Andrzej, nawet taka panna Hela, wprost mi się śmieją w oczy. Co mi pomoże, że ja teologję dogmatyczną, homiletykę, kazuistykę, i t. d. umiem na pamięć ? Na to jednak podnosiła w nim głowę kapłanska duma i pojęcie o własnej godności i mówiła: Przy nas jest Prawda i Mądrość, od samego Boga dane, oni nas słuchać powinni. — Może i powinni — odpowiadał chłopski rozum — ale że nie słuchają, to fakt. I coż z nimi zrobić ?

Ze nie słuchali, to był fakt coraz bardziej oczywisty. Z Andrzejem i z Helą udało się Szymonowi parę razy zawiązać rozmowę, w której jednak zawsze jakoś tak się stawało, że on schodził do roli słuchacza, a Andrzej prowadził wykład i stawiał z wielką pewnością siebie niezbite dowody, sypiąc nimi ze swadą fachowego propagatora.

Inni młodzi wprost księdza unikali. Szymon czuł, że między nim a nimi stoi coś wpoprzek, coś ich od niego odstrasza.

— Czy tak będzie zawsze? — myślał ze smutkiem, bo rwało mu się serce młode ku młodym. — Czy to moja wina? Czy ich? Czy tej mojej czarnej sukni...?

— Czy moge prosić o chwilę rozmowy? — spytała dnia jednego Hela Kranicka, wstając po rannem śniadaniu od stołu i zbliżając się do księdza Szymona. Mówiła półgłosem, troche onieśmielona i ze spuszczonemi oczami.

W ogromnej jadalnej sali było prawie pusto. Jeszcze niewiele osób zeszło na śniadanie. W głębi doktór i profesor Szulc, odcięci od świata olbrzymimi arkuszami świeżo przybyłych gazet, dopijali kawę. Pani Głuszyńska, w eleganckiej matince, zawsze jasna i strojna, krzątała się około stolika z samowarem, układała porcje śniadaniowe na tackach i wydawała rozkazy pokojowej. Drzwi od kredensu otwierały się i zamykały cicho. Kawę i herbatę roznoszono tym, którzy nie chcieli przyjść do ogólnego stołu. Przez otwarte okna dochodziły głosy dzieci, bawiących się już przed gankiem w krokieta.

— Czy moge prosić o chwilę rozmowy? — powtórzyła Hela. I podniosła na Szymona swe czarne, aksamitne oczy, w których był smutek.

— Owszem, służę... — odparł. A przez myśl mu przeszło straszne przypuszczenie: a, broń Boże, zechce się wyspowiadać! Bo perspektywa, że przecież kiedyś będzie musiał zasiąść w konfesjonale, i słuchać wyznań, i sądzić, i wyroki wydawać, i wzrok zapuszczać w głębie, żadnemu innemu wzrokowi niedostępne — ta myśl oddawna przejmowała go dreszczem. Uspokoił się teraz jednak, że o to by go w ten sposób Hela nie prosiła.

— Może wyjdziemy do ogrodu. Tam będzie najspokojniej — rzekła Hela i wzięta parasolkę.

Wyszli razem i skierowali się do tego samego cienistego szpaleru, do którego w letnie popołudnie szła ona niedawno u boku Andrzeja Głuszyńskiego, patrząc w niego rozkochanemi oczami.

Teraz oczy miała spuszczone i wyraz zakłopotania na twarzy. Czuć w niej było wielką jakąś rozterkę, jakieś wahanie czy namysł, jakąś wewnętrzną walkę i udręczenie. Szymonowi żal się jej zrobiło. Czem moge pani pomóc? — zapytał głosem tak serdecznym, iż ją naraz ogarnęło wzruszenie. Widać, że struna żalu była w niej mocno napięta, bo, usłyszawszy ten dobry głos, pękła od razu. Hela odwróciła się i, twarz w dłonie chowając, rozpłakała się.

Gwałtownie z głębi duszy płakała. Ksiądz Szymon stał bezradny. Patrzał na jej wątłe ramiona, podnoszące się w szlochaniu, na jej pochyloną głowę, bujnym, kasztanowatym włosem zdobną, na zaczerwienione policzki, które w dłoniach swych kryła, na całą tę postać dziewczyny, targaną wielkim, okrutnym bólem, drżącej w męce jakiejś ponad jej siły. I żal go ogarniał. O! takby ją wziąć na ręce, i nieść biedactwo gdzie daleko w zakątek cichy, i na miękkiem ułożyć posłaniu, i gładzić te rozwichrzone włosy, i ukoić, i uśpić, i ciszą otoczyć, i jak małe dziecko pocieszać...

Zaczął mówić do niej cicho:

— No nie... nie... nie trzeba! Płakać nie trzeba... Proszę powiedzieć, może się co poradzi. No nie... już nie... — I dodał nagle: — Bóg taki dobry, trzeba do Niego z ufnością, z wiarą.

Hela odrzekła cicho :

— Kiedy ja... kiedy ja w Jego dobroć już przestaję wierzyć! Ach, nie, nie! I, odjąwszy ręce od twarzy, prędko, przełykając łzy i tłumiąc łkanie, mówić zaczęła — Bo gdyby On był dobry, toby nie stawiał tu przeszkód, toby pozwolił nam się połączyć, toby nikomu nie zaszkodziło... Owszem, razem bylibyśmy oboje lepsi... A tak, zmarniejemy... i zginiemy oboje...!

Porwało ją znowu szlochanie. Ale opanowała się zaraz i oczy zaczęła wycierać.

Ks. Szymon jeszcze nie rozumiał dobrze. Ale już nie czuł chęci wziąć ją na ręce i unieść gdzieś daleko, w cichy, szczęśliwy zakątek. Wśliznęło się w jego serce coś zimnego.

— Usiądźmy — rzekła Hela — i ja wszystko powiem. Bo właśnie pomyślałam, że jeśli kto, to ksiądz może mi poradzić. Nikt inny, nikt inny... Ksiądz choć młody przynajmniej.

Usiedli na ławce i przez chwilę namyślała się.

— Proszę mi powiedzieć — rzekła wreszcie — jakie są obowiązki dzieci względem rodziców?

— Dzieci względem rodziców... — powtórzył ks. Szymon, ależ zawierają się one w czwartem przykazaniu Boskiem: Czcij ojca twego i matkę twoją.

— Tak, tak, wiem. Ale jakże daleko sięga ta cześć ?

Czy obowiązek każe dla rodziców własne szczęście — szczęście całego życia — poświęcić?

— Rodzice nie powinni stawać dzieciom na drodze do godziwego szczęścia.

— A jeśli stają? — Heli oczy wilgotne jeszcze od łez rozbłysły nagle i utkwiły w oczach księdza. On milczał. — A jeśli stają? — potworzyła. I czekała odpowiedzi.

Szymon głowę spuścił. Czuł, że wchodzi na ślizką i odpowiedzialną drogę, a zawrócić nie może. On, kapłan, nie może rady swej odmówić duszy, która się do niego zwraca i od niego ratunku czy światła żąda. Nie może choćby sam wcale nie wiedział, co radzić i co mówić.

— O Boże! — westchnął i w myśli wezwał Ducha św. — „Veni Creator Spiritus"...

Zwrócił się do Heli.

— O co chodzi? — zapytał — widzę, że pani ma jakiś wielki smutek na duszy, chciałbym dopomóc, proszę mi wszystko powiedzieć.

— Dobrze, powiem wszystko. I niech ksiądz sam osądzi. Ja... ja kocham Andrzeja Głuszyńskiego z całego serca, z całej duszy. Ja dotąd nikogo nie kochałam. Mam jat dwadzieścia dwa, i wśród ludzi ciągle się obracam, a nigdy, nigdy nikt.., ani przez chwilę! Nigdy! Nawet, przecież moge to powiedzieć, jeden młody inżeńjer starał się o mnie, a nie chciałam. A w zeszłym roku także... Ieden pan... Ale mnie się nikt nie podobał, ani na chwilę... A tu, gdy przyjechałam, od pierwszego słowa, od pierwszego wejrzenia, poczułam coś... Ach! tego nawet nie można wypowiedzieć! I on także, on kocha mnie także bardzo... bardzo... Więc coż? to jasne. Wszakże to wyraźnie wola Boska. Ja czuję, ja wierzę, że Bóg nas przeznaczył dla siebie, że tylko razem możemy być szczęśliwi i dobrzy. My powinniśmy się połączyć. My się kochamy. My chcemy. I nikt! nikt bronić nie ma prawa.

Podniosła głowę do góry. Lzy obeschły już, wyraz przygnębienia znikł. Wyzywająco patrzała przed siebie, gotowa walczyć o miłość swoją.

Jakże inną teraz była niż przed chwilą, gdy, taka wątła, drobna, pochylała głowę w smutku i płakała bezradnie. Jakże inna! Już nie biedne dziecko, które pieścić i uspakajać trzeba, lecz kobieta świadoma swej woli mówiąca: ja chcę i mam prawo.

Szymon patrzał na nią i milczał. A do duszy jego wślizgało się coraz głębiej uczucie chłodu. Nie! Taka... mogła sobie radzić sama, nie potrzebowała opieki. A żresztą, miała swego opiekuna, Andrzeja Głuszyńskiego. Czegóż jeszcze chciała!

— Proszę księdza, czy mam rację? — przerwała Hela milczenie.

Ks. Szymon ominął pytanie.

— A któż pani broni? — spytał troche lekceważąco. Ale ona tego nie zauważyła i odrzekła:

— Moja matka. Jego rodzice zgadzają się, chociaż ja jestem zupełnie biedna dziewczyna i nie mam żadnego posagu. Ale mama nie zgadza się. A bez jej zgody... sama nie wiem... Ach Boże, Boże, sama nic wiem, co robić...

Załamała ręce na kolanach i wpatrzyła się w zieloną dal ogrodu.

— Dlaczego matka pani się nie zgadza! — spytał Szymon po chwili.

— Bo Andrzej jest socjalista i niedowiarek. Tak przynajmniej mówi, że to dlatego. Ale ja myślę, że mama chciałaby dla mnie lepszej partji. Zeby Andrzej miał ze sto tysięcy majątku, toby i ten socjalizm i to niedowiarstwo łatwo się połknęły.

— Czy pani mówiła już o tem stanowczo z matką?

— O, bardzo stanowczo. I ja i Andrzej. Ale to właśnie najgorzej się stało. Mama wzięła go na egzamin z wiary i zasad, a on nie umie kłamać, co myśli to mówi, żeby tam nie wiem co. Więc i mamie odrazu powiedział, że nie wierzy w Boga, że katechizm cały uważa za księżowski wymysł, że nie chodzi do spowiedzi, że jest socjalistą, no, i tak dalej. A mama powiedziała, że woli trupem paść, niż pozwolić na to, aby taki zatraceniec został moim mężem.

— A pani co nato?

— Ja..! coż? wpadłam w wielki gniew i powiedziałam, że mama nie ma prawa zgadzać się albo nie zgadzać się, bo ja jestem pełnoletnia i co zechcę, to zrobię. A Andrzeja nie przestanę kochać nigdy, nigdy, nigdy!

I to mówiąc, Hela z ławki się zerwała i w rumieńcach cała, nie patrząc na Szymona, z wyciągniętemi w górę ramionami, jakby ku wizji jakiejś, naprzód się rzuciła.

Aż naraz opadły jej ręce, głowa schyliła się nizko, i rumieńce z twarzy zbiegać poczęły. Zwróciła się znów do księdza.

— I co począć teraz? — spytała.

Przez długą chwilę milczeli oboje. Hela w zadumie. Ks. Szymon w dziwnej wewnętrznej niepewności. Sam nie wiedział co myśleć, jak radzić i czyją brać stronę. Czy tej miłości żywiołowej, gwałtownej, co jak huragan spadła na serca i zmysły młode ? Czy tego rodzicielskiego autorytetu, który sam czcił przez życie całe na równi z wolą Boga ? Miłość ? Och ! miłość ! Wiadomo przecie, czem jest ona. A już zwłaszcza miłość do bezbożnika, socjalisty... Ale te jej oczy zapłakane, to znowu pałające, te wyciągnięte ramiona, co zda się, chciałyby objąć, i tulić, i pieścić... Dać jej to ukochanie, niech je sobie ma. Ale matka? Czcij ojca twego i matkę twoją! A przytem, ona ma słuszność za sobą, nie chcąc dla córki człowieka bez wiary. Czemże jest człowiek bez wiary! Co warta jego przysięga ! Dziś kocha, jutro porzuci. Cóż dziwnego, że matka zgodzić się na to nie może? Małżeństwo — nie zabawka na dni kilka. Małżeństwo — to skucie dwuch istot na życie całe. Tu tak zwana miłość nie wystarczy. Tu trzeba łaski Bożej, bo bez tego nic. A czy taki niedowiarek łaskę Bożą posiąść może? A ona? I Szymon spytał:

— A pani? Czy pani podziela poglądy pana Andrzeja? Czy pani także jest niewierzącą?

Podniosła głowę i namyślała się przez chwilę.

— Ja — odparła — nic ! Dotychczas jestem wierząca. Owszem, wszystko we mnie do tego się skłania. Byłam wychowana nadzwyczaj religijnie, byłam zawsze otoczona ludźmi wierzącymi, a i natura moja potrzebuje kochać, wierzyć, czuć nad sobą Ojca miłosiernego, który się opiekuje mną i prowadzi. Owszem, owszem ! Dla mnie za ciężko byłoby żyć bez wiary w inne życie i bez nadziei... tak jak Andrzej. On... taki silny! Ja nie, Ja potrzebuję kochać i wierzyć.

— Dobrze. Lecz jeśli tak, to jakże się mogła rozbudzić między panią a nim — miłość ?

— Jak... — I Hela podniosła oczy ku niebu, jakby tam szukała wytłómaczenie. Milczała chwilę, aż nagle, spłonęła rumieńcem i, rozkładając ręce, odparła cicho: Nie wiem.

Więc ks. Szymon zaczął mówić o ważności małżeństwa, o powadze dozgonnej przysięgi, o ciężkich obowiązkach, jakie ta przysięga wkłada, a których wypełnienie jedynie może okupić grzech ciała, o wytrwałości, pobłażaniu i stałości potrzebnej, o tem, że cnot tych bez łaski Bożej, spływającej przez Sakrament na małżonków, osiągnąć niepodobna, o słabości natury ludzkiej, nie podtrzymywanej przez wiarę, o niebezpieczeństwie współżycia z człowiekiem tak kardynalnie różnych przekonań, o konieczności strzeżenia własnej duszy przed złym wpływem...

Tu Hela przerwała:

— Ach ! o to jestem spokojna ! Gdybyśmy byli z soba szczęśliwi, tobym ja go powoli przekonała, nawróciłabym go... I ja sama, gdybym była z nim szczęśliwa, tobym także jeszcze lepiej wierzyła w Boga...

— Więc pani chce z Panem Bogiem wejść w kompromis. Jeśli mi dasz czego pragnę, to będę ci służyła, jeśli nie, to nie. Tak się nie robi, proszę pani. Bogu służyć trzeba i obowiązek swój spełniać bez targów i bezwarunkowo.

— To nie są targi. Ale ja w takiego Boga wierzyć nie moge, który bez potrzeby i bez sensu przeszkody stawia godziwemu mojemu szczęściu ! — zawołała Hela. — Ja kochać mam prawo! Ja czuję, że ja na to jestem stworzona. Wybrałam sobie człowieka, chcę z nim żyć, przyjmuję wszelkie płynące stąd obowiązki, nikogo przez to nie krzywdzę, owszem, wiem, że jego bardziej jeszcze uszlachetnię i jeszcze lepszym uczynię. To powołanie święte! Bóg nie powinien pozwalać, aby mi ktokolwiek stawał na drodze. Jeśli On światem rządzi, to takich jak my powinien wspierać, a nie rozdzielać... Tak! Tak!

Odetchnęła głęboko. Znać było, że zmęczyło ją to szamotanie się, to rwanie. Czuła zaciskające się pęta dokoła nóg, czuła więzy na rękach, rozerwać, rozplatać ich nie umiała. Miotała się bezradnie. Jeszcze raz spytała:

— Czy nie mam racji ?

— Nie — odparł ksiądz — bo wyroki Boże są dla naszego rozumu niezgłębione.

Poruszyła się niecierpliwie. Machnęła ręką, jakby powiedzieć chciała, że nieraz już ten frazes słyszała wtedy, gdy rozumnej odpowiedzi na pytanie dać nie umiano. I zamilkła. Zdawało się nawet, że zapomniała o obecności Szymona, i że myśl jej odleciała daleko.

I znowu milczeli długo.

Szymon czuł, że coś tu zdziałać musi, w czemś dopomóc i poradzić. Ale jak — nie wiedział. Nie wiedział nawet właściwie co lepiej, czy iść przebojem przeciw woli matki za głosem miłości? czy ulec matce i szczęścia się wyrzec ? Miłość — to jeszcze nie obowiązek. A posłuszeństwo rodzicom — to powinność święta, przez Boga samego uznana. Więc, jeśli matka się nie zgadza, to niema rady. Wyrzec się należy tej miłości. A tembardziej, że matka zabrania dla ważnych powodów.

Nagle Hela otrząsnęła się ze swych myśli, podniosła głowę, rękami po twarzy przesunęła i zwróciła się do księdza Szymona.

— Czy ksiądz byłby tak łaskaw — zaczęła, patrząc w oczy — pomówić o tem wszystkiem z moją matką ? Tak dodała, widząc wyraz zakłopotania na twarzy księdza — ja bardzo o to proszę. Mama w księży ogromnie wierzy. Pomyślałam więc, że mogłoby to ją przekonać, gdyby od księdza posłyszała, że... że ostatecznie ja swoją duszę niekoniecznie zatracę, gdy wyjdę za niedowiarka . A przytem, że przecię mam prawo... Ze przecię i szczęście coś znaczy... Czy ksiądz zechce to zrobić ? Ks. Szymon zawahał się.

— Pomówić jestem gotów. Ale czy matkę pani przekonam, ja, który sam nie jestem przekonany... aby dla takiej sobie miłości warto było...

Nie mógł dokończyć. Bo Hela zerwała się z ławki i stanęła przed nim, wyzywająca, oburzona. Oczy jej błyszczały, nozdrza otwierały się szeroko, ledwie dyszała powstrzymywanym gniewem.

— A, to ksiądz myśli — zawołała — że to jest taka sobie miłość ! że na nią nie warto zwracać uwagi! Ze to jest drobiazg, bagatela, fantazja panieńska ! Nie będzie ten, to będzie drugi. Tak ? Ze miłość to głupstwo! Jak przyszła, tak przejdzie. Tak? A ja księdzu mówię, że w życiu to jest pierwsza, jedyna, jedyna rzecz ważna. Wszystko inne — to nic nie jest. Wszystko inne — to wprost nie istnieje wobec miłości. To jedno coś warte na świecie. Dlatego jednego warto żyć, a poza tem niema nic, nic! Kto nie kocha, ten nie wie. Ksiądz tego zrozumieć nawet nie może. Ksiądz nie wie, i niema prawa o tem sądzić. Bo kto nie kochał, i nie był kochany, ten jest ciemny, głuchy, ślepy, biedny, ten jest jak nędzarz ostatni, ten jest jak liść oderwany, jak odłamana gałąź, która usycha i więdnie... Taki sądzić o tem nie ma prawa. Nie ! Nie ! — Urwała, odetchnęła. I po chwili rzekła smutnie : — Ach, jak ja żałuję takich, którzy nigdy nie kochali!

I prędko, jakby lękając się powiedzieć za dużo, Hela odwróciła się od księdza — i odeszła. A Szymon został sam.

Słońce świeciło przez liście i złote, ruchome plamy kładło na piasek szpaleru. Wśród ciemnych pni lipowych zieleniła się trawa, usiana kwiatkami złotymi i srebrzystym puchem. Nad nią brzęczały pszczoły, kręciły się muszki, dwa białe motyle goniły się wzajem, a ptaki śpiewały, gruchały, nawoływały się, gwizdały i gwarzyły w gałęziach drzew. Wszystko dokoła żyło, odradzało się i rozradzało, i szło wielkim pędem naprzód, naprzód, ku wiecznemu trwaniu, przez miłość...

A Szymon był sam. Sam, jak liść oderwany z drzewa, jak odłamana gałąź, która usycha i więdnie... Sam głuchy, ślepy, ciemny i biedny.

Ach, jakże biedny w tej chwili!

Ks. Szymon poprosił tego dnia panią Kranicką o chwilę rozmowy, i najuczciwiej, najsumienniej przedstawił jej sprawę Heli, starając się kłaść nacisk na to, że sam Bóg żąda od niej może, aby ratowała tamtą duszę, że kto wie, czy nie jest to głos powołania, i że często zona cnotliwa wpływem swoim cudu dokonywa. Chciał jeszcze dalej mówić mądrze i przekonywująco, gdyż ułożył sobie cały szereg argumentów i logicznych dowodzeń na korzyść swej klientki, ale pani Kranicka przerwała mu gwałtownie;

— Chyba po moim trupie Hela z nim pójdzie do ołtarza. — I lunęła takim potokiem słów, sypnęła takim gradem wykrzykników, zaklęć, złorzeczeń, zdumień, urągań i nawoływań, że ks. Szymon zrozumiał, iż argumenty swoje i logiczne dowodzenia musi schować na inną okazję. Teraz mógł tylko od czasu do czasu robić usiłowania ku przerwaniu potoku, mógł tylko powtarzać raz po raz: — Ależ, proszę pani... Ależ, przecie... Pani pozwoli... Pani Kranicka jednak na nic nie pozwalała, nawet na wymówienie słów paru, nie słuchała niczego, swoje dalej mówiła, wypraszała sobie wszelkie wtrącanie się, nawet księże, w jej stosunki z córką, tłomaczył, że jeśli zabrania tego małżeństwa, to ze względu na duszę Heli, nie dla żadnych poziomych przyczyn, że tę duszę nie na to wychowywała i piastowała na macierzyńskiem łonie, aby ją oddać w masońskie szpony, że nie wie, nie rozumie i pojąć wprost nie może, skąd przyszła ta głupia jakaś miłość, że Hela może doskonale poczekać jeszcze z zamążpójściem, że tu chyba sam djabeł kusi ją do złego, a wcale nie żaden głos Boży, i chce jej duszę, tak dotąd pilnie strzeżoną, zapomocą tego socjalisty zdobyć i zatracić na wieki. Ale, że ona, matka, walczyć będzie o tę duszę dziecka swego do ostatniego tchu i nie da jej, nie da na zatracenie !

Tu rozszlochała się donośnie, ale mówić nie przestawała. I szlochając i wciąż mówiąc, do okna się rzuciła.

— Ona tu gdzieś blizko, zawołam ją, i przy księdzu, tak, tak! przy księdzu powiem... Hela ! Hela! — zawołała do ogrodu. — Powiem, ostatnie moje słowo, stanowczo, powiem... A za dwa dni kończy się tu nasz miesiąc, opłacony już, więc zabiorę ją i wywiozę. Wprawdzie jeszcze mogłybyśmy ze cztery tygodnie zabawić i mieszkanie w Warszawie odnajęte. Ale ta nieszczęsna historja... Boże drogi, któżby się spodziewał takiego ambarasu ! Na odpoczynek przyjechałyśmy, a tu — także przyjemność I Już to, trzeba przyznać, w złą godzinę doradzono nam ten Głuszyn. Hela ! Hela ! chodźże prędzej! Trzeba raz z tem skończyć !

Ks. Szymon czuł się nieszczęśliwym. Może panie wolą... same...? — spytał, chcąc się ratować ucieczką.

— Nie, nie! ksiądz pozostać musi — zaprotestowała pani Kranicka — Ja chcę przy księdzu.

I zwróciła się do wchodzącej córki. Stanowczo oświadczyła jej, że nigdy, nigdy nie da pozwolenia swego na małżeństwo z Andrzejem Głuszyńskim, że o nim i słyszeć nie chce, że uważa to za przelotną fantazję i za djabefską pokusę, gdyż tak wychowana panna nie może i nie powinna kochać się w takim człowieku, socjaliście! masonie! Ze ma nadzieję, iż to wszystko prędko wywietrzeje i przejdzie, a wreszcie, że wolałaby sama tu, tu, na tem miejscu — wskazała określony punkt na podłodze trupem paść, niż na to się zgodzić.

Hela staią nieruchoma ze spuszczonemi oczami. Była bardzo blada i usta jej drżały. Nie drgnęła nawet, ani się poruszyła, gdy mówiła matka. Lecz gdy ta skończyła, podniosła na nią wielkie swe smutne oczy, z których teraz padały jakieś zimne i złe błyski, popatrzała na matkę i na księdza Szymona, i spytała.

— Czy to mamy ostatnie słowo?

— Ostatnie, nieodwołalne, niecofnięte ! — zawołała pani Kranicka. — Woię umrzeć, woię tu... tu... trupem paść, niż...

— Wiem, wiem, już słyszałam. Zastosuję się do mamy rozkazu i odmówię Andrzejowi. Ale — dodała z mocą — to powiedzieć muszę : wiem i widzę bardzo dobrze o co tu mamie chodzi. Niby to o moją duszę, a naprawdę o to, że Andrzej nie jest bogaty i że mama ma jeszcze wciąż nadzieję, że się na tamtego, na tego pana Szulnera, zgodzę. Otoż, uprzedzam, że z tego nic nie będzie. Ja nigdy za nikogo nie pójdę. I przyjdzie taka chwila, że mama pożałuje Andrzeja...

Odwróciła się, nie widząc wyciągniętych do niej ramion pani Kranickiej, która wśród łez wołała:

— Dziecko moje... dla twego dobra... dla twego szczęścia...

I jeszcze ode drzwi powtórzyła:

— Mama tego pożałuje. — I wyszła.

Pani Kranicka z lamentem zapadła się w fotel. A ks. Szymon wysunął się z pokoju.

Czuł się wewnętrznie wzburzony. Czuł rozdrażnienie, niesmak, gniew i żal. A zarazem i coś jeszcze innego, jakaś dziwna a nieznana udręka w nim się zbudziła, coś, co na samem dnie duszy, gdzieś tam w głębi, odezwało się teraz jakimś cichym głosem tęsknoty i bólu, coś, co tam rzewnie zapłakało.

W pokoiku na górze było jasno, cicho i słonecznie. Ale i strasznie jakoś samotnie. Tu głąb duszy otwierała się szeroko i nieznana udręka głośniej się odzywała. Tu sam na sam z duszą swoją nie chciał pozostawać.

Wziął kapelusz, wziął brewjarz i postanowił pójść gdzieś daleko, daleko, zmęczyć się, nachodzić, aby przestać myśleć.

Przechodząc obok werendy na dole, zobaczył część towarzystwa, zebraną dokoła poetki Linieckiej. Jeden z panów czytał coś głośno, panie robiły robótki. Dalej, pod drzewami, młodzież grała w tennisa, dzieci biegały tu i owdzie, jak barwne motyle wśród zieleni. Przez park i ogród, boczną furtką wydostał się ks. Szymon na pola, i poszedł miedzą pośród zbożowych fal. Przed paru dniami rozpoczęto żniwo, i zdala widział dworską żniwiarkę i pracujące za nią wślad kobiety. Pan Głuszynski na gniadym arabie objeżdżał poletki. Ekonom coś wykrzykiwał donośnie.

Szymon poszedł prosto miedzą ku lasowi. Chciał po wrażeniach dnia wypocząć na łonie natury, ktorą od przyjazdu do Głuszyna coraz czulej, coraz namiętniej kochał. Chciał być sam na sam z niebem błękitnem i z chmurami, co wolno po niem płynęły, z ziołami, co mu się słały do stóp, ze zbożem, co szerokim rozmachem kłaniało się na prawo i na lewo, i z tymi skowronkami, co tam wysoko cudną swą piosenkę śpiewały. Chciał być sam na sam z sosnami ciemnemi i z uciekającą z pod olch wodą strumienia. Chciał lec na świętej ziemi, zatonąć w jej zielonych trawach, wzrok wypuścić w wysokie nad sobą niebo, jej szeptu słuchać, i tak leżeć cicho na łonie matki, nie myśląc, nie czując, z nią w jedno zlany, kość z jej kości, cząstka jej istoty, atom i pyłek we wszechświecie.

Robił tak już nieraz. I zawsze to bezpośrednie zetknięcie z ciałem rodzicielki przynosiło mu dziwny spokój, uciszenie wielkie i siłę.

Lecz dziś, gdy się wyciągnął w pachnącej i rozkwieconej trawie, i, ręce pod głową ułożywszy, spojrzał wprost w błękit nad sobą i chciał duchem cały się w tym błękicie zatopić i duchem wylecieć wysoko, i poszybować z białemi chmurkami, a ciałem przylgnąwszy do ziemi, spoić się z nią, i tylko jej piersią oddychać i jej czuciem odczuwać, i zapomnieć o własnem istnieniu — dziś nie mógł.

Z chmur jasnych na niebie wychylała się wciąż ku niemu bolesna twarz Heli, widział oczy jej to smutne i pełne łez, to ciskające gniewne błyski, to zimne i złe. I czuł idący od jej miłością wezbranej istoty jakby magnetyczny prąd, który mu się w żyły wkradał i nieznany ogień rozpalał. Ogarniała go słabość jakaś nagła, dziwnie luba i słodka, a potem krew mu zaczynała kipieć i warem od stóp do głów się oblewał. I nikła twarz Heli, ale prąd magnetyczny nie przerywał się, i już nie od niej szedł, lecz od ziemi, od traw i kwiatów, od sosen, szumiących mu nad głową, od szemrzącego strumienia, od muszek tańcujących w słońcu, od robaczków lichych, od ptasząt, ćwierkających nad gniazdkami, od tej całej natury, żyjącej szerokiem, bujnem życiem, sama dla siebie, dla wiecznego swego trwania, dla rozradzania się i mnożenią w nieskończoność przez Miłość.

Prąd go ogarniał, porywał, przepajał nawskroś, przepływał przez jego ciało, rozlewał mu się po żyłach, po niteczkach nerwów przebiegał. Zapalał w nim płomienie, budził w nim utajoną dotychczas moc, wyprężał jego ramiona młode, i z samego dna jego istoty wywoływał nowe pragnienia i żądze...

Lecz nagle przypomniały mu się słowa Heli : Jak odłamana gałąź, która usycha i więdnie...

Zerwał się, wstał i z trwogą się obejrzał...

Tak. Jak odłamana gałąź... nie był on już cząstką tej wielkiej natury, nie miał on już prawa do jej szerokiego, bujnego życia, ani udziału w jej rozrodczej, potężnej i w wieczność dążącej miłości.

On był na jej drzewie odłamana gałęzią.

Matkaziemia na świat go wydała, żywiła go czarna rola, ogrzewało słońce, orzeźwiał wiatr po polach latający, obmywały mu głowę deszcze i rosy, kołysały do snu słodkiego zachodnie zorze. I miały go za swego. Lecz gdy wyrósł na męża i pora zapłaty nadeszła, i czekała ziemiamatka, aby jej złożył daninę potu swego i rozrodczej siły — on już do innego świata należał i długu spłacić nie mógł.

Szymon spojrzał dokoła. Ach, jakże było pięknie!

Ale nie, nie! On tego widzieć nie powinien. On musi odejść precz i iść w swoją drogę, w tamten inny świat, do którego należy. Od tych widoków pięknych, i od tych słodkich szeptów, i od tych czarów, i nawoływań, i od tych żądz i tęsknot, co się na dnie jego istoty budzą, i od pieszczot matkinatury, i od samego siebie, on musi uciekać, uciekać... On nie z tego już świata. On, odcięty, odłamany od macierzystego pnia. On ma świat inny, wyższy, lepszy od tej marnej ziemi, która mu tylko chwilowym przytułkiem być winna, przejściowym etapem w drodze do tamtego życia, do tego nieba, które właściwie jest jego ojczyzną.

Więc uciekać i gardzić wszystkiem co ziemskie. Więc wzrok utkwić w niebo i tam dążyć, i wszelkie pokusy odpędzać, i walczyć, walczyć ze zmysłami, co chcą się rozpętać, i z tkliwością co serce ogarnia, i z marzeniami, i z poetyczną miłością do ziemi. Bo tam, tam w niebie cel. A tu tylko popas chwilowy.

Wielkiemi krokami zaczął iść z powrotem do domu. Próżniactwo jest niebezpieczne i dla duszy i dla ciała — myślał. — Stąd i złe myśli się rodzą. Jak będę zajęty, to wszystko przejdzie. Obliczać zaczął, wiele mu jeszcze czasu zostaje do wyjazdu, i gdy wyliczył, że ma jeszcze dni przed sobą — dni swobody! — pomimowoli uśmiechnął się wesoło.

Ale skarcił się wewnętrznie za tę radość i pomyślał, że lepiej teraz brewjarz odprawić. Otworzył więc książkę i zaczął czytać; Dominus firmamentum meum et refugium meum, et liberator meus. Deus meus, adjutor meus, illumina occulos meos...

I myśli jego uspokojone zwróciły się ku górze, i z coraz większą uwagą i nabożeństwem w brewjarzu wym się zatopił.

Słońce zatoczyło się już za las, żniwiarze zeszli z pola, ptaki do gniazd wracały, a bydło porykując do obór. Aż doleciał ode dworu głos dzwonka, zwołujący głuszyńskich pensjonarzy na wieczerzę. Ks. Szymon zawrócił znów na miedzę i, kończąc pacierze, ku domowi poszedł. Był już zupełnie spokojny. Duszę i serce wzniósł ponad tę ziemię, ponad jej wszystkie rozkosze, i pokusy, i mamidła, te odegnał precz, a w modlitwie pokornej i gorącej znalazł ukojenie. Powtarzając dalej z pamięci psalm pokutny i starając się utrzymać myśli w skupieniu, wszedł przez małą furtkę do parku, już szarzejącego w zmroku, i posunął się naprzód o kilka kroków.

Aż nagle stanął i zdrętwiał.

Przed nim, tuż blizko, lecz od niego odwróceni, Hela i Andrzej, spleceni w uścisku, całowali się. Ona całą drobną postacią przylgnęła do niego i ręce mu zarzuciła na szyję. On pochylił się nad nią, objął ją ramionami i mocno, mocno do piersi przyciskał i garnął do siebie, i tulił, i ustami wpijał się w jej usta. I była w ich uścisku taka siła, taki ogień, takie namiętne, potężne i żywiołowe parcie, i taki ból, iż zda się, nie byli to już ludzie, nie był to już Andrzej z Helą, lecz był to jakby wykwit tej ziemi rozkochanej i wiecznie pieszczot słońca łaknącej, jakby obraz tego lata gorącego i pieściwego, jakby sama treść tej wybujałej wszędzie miłości, jej uosobienie i synteza.

— Nie zapomnisz... nigdy? nigdy? — mówiła ona.

— Nigdy... — on odpowiadał.

— I czekać będziesz ?

— I czekać będę... choćby do śmierci... Do śmierci! Jakiś dreszcz przebiegł po ciemniejącym ogrodzie, jakiś zimny oddech przeleciał, i zadrżały listki i trawki. I zmrok stał się głębszy.

A oni silniej jeszcze przywarli ustami do siebie... Ks. Szymon stał, jak w ziemię wrośnięty, i patrzał. Spleceni ramionami, przytuleni do siebie, powoli Andrzej i Hela iść zaczęli w głąb alei. Ona głowę na nim oparła, on ku niej się pochylił. Szli bardzo wolno, ociągając się, jakby wiedzieli, że na końcu tej drogi czeka ich rozstanie, że tu jeszcze w cieniu tych drzew starych, okryci wieczornym zmrokiem, jak płaszczem dobroczynnym, mogą się poić miłością swoją i zatapiać się w sobie wzajemnie, i pić, pić długimi haustami z kielicha rozkoszy i bólu. A tam — czekał ich zgrzyt życia, twarze ludzkie, powszedniość i krwawe rozdarcie.

Raz jeszcze, u wylotu alei, widział ich ks. Szymon, jak się zatrzymali, raz jeszcze złączyły się ich dwie postacie w długim uścisku, usta w pocałunku się zwarły. I Hela sama już poszła ku domowi. Coś się porwało i z boiu zawyło w sercu Szymona. Z bólu nad tą dziewczyną i tym młodzieńcem, z bólu nad światem, z bólu nad samym sobą. I z oburzenia. Więc marne ptaki po gniazdkach swoich są szczęśliwe i kochać mogą.

A oto tych dwoje rozdzielonych — idzie każde w drogę inną.

A oto on... on sam... skazany na wieczną samotność... I czyja to ręka działa? I dlaczego? Dlaczego...?

Noc, która po tym dniu, pełnym wrażeń, nastała, była dla Szymona straszna.

Zaledwie zamknął za sobą drzwi pokoiku na górze, rozpętała się w nim burza, o jakiej dotychczas nie miał pojęcia. Zmysły, krew, wola, rozum — wszystko to razem podniosło w nim krzyk. Zbuntował się sam przeciw sobie. Powstał przeciw losowi, przeciw obowiązkom, przeciw obietnicom i przysięgom, przeciw ludziom i Bogu. Wyrwały się z głębin jego istoty potwory, wypełzły gady, i z wyciem i wściekłością szalały.

Ból fizyczny, ostry ból zatargał jego wnętrznościami. Gniew i żałość duszą jego zatrzęsły. Widma ohydne go otoczyły, powaliły bezwładnego na łóżko i zaczęły męczyć go i pieścić. Wstrząsał się ze wstrętem przed niemi, lecz poddawał się im z lubością. Pot zimny występował mu na czoło, serce biło głośno, krew kipiała, ciało się prężyło w dziwnej męce, ramiona same się rozwierały, ogień w nim płonął. Wił się w udręczeniu, a zarazem w rozkosznej tęsknocie.

A dusza wciąż płakała.

— To pokusa — myślał. Wiedział, że przyjść ona kiedyś musi. Lecz nie wiedział, że przyjdzie taka potężna i że go tak odrazu w swe szpony pochwyci. Pokusa! I święci przecie kuszeni byli. Bronili się modlitwą.

— I nie wódź nas na pokuszenie — wyszeptał. Lecz nagle ujrzał w pamięci obraz, gdzieś niegdyś widziany. Pokusa śgo Antoniego. Trzy nagie, przepiękne kobiety zbliżały się w uśmiechach do starca pustelnika. I oto przed sobą, tuż blizko je zobaczył. Trzy piekne, nagie kobiety... Pochylały się nad nim i z błyskami białych zębów śmiały się... I ramiona ich, białe atłasowe ramiona ku niemu się wyciągały, czuł miękkie dotknięcie ich rąk, czuł na ciele pieszczotę ich dłoni, czuł ciepło i zapach od nich bijące... Weźcie mnie...! — zawołał — I jedna z nich położyła mu się na piersi. Ujrzał tuż blizko przepaściste oczy czarne, i usta czerwone, ust jego szukające. Wyprężył się w ostrem, aż bolesnem uczuciu rozkoszy, już, już miał w niej utonąć... Aż znikło wszystko...

Mara była naga kobieta o przepaścistych oczach czarnych i czerwonych ustach.

I on był sam, sam jeden ze swem rozkołatanem sercem i płonącą w żyłach krwią.

Gdy się rozwidniło trochę i świtać zaczęło, Szymon wstał i wyszedł na balkon. Był zmęczony, rozbity i smutny. I wstyd mu było, jakby po dokonaniu jakiej wielkiej a tajemniczej zbrodni. I miał do siebie wstręt, jakby się czemś zbrudził. Zdawało mu się, że coś złego, bardzo złego popełnił, że cięży na nim grzech. Coś się z nim stało, coś w nim przełamało się i runęło w ciągu te nocy samotnej. I nie mógł już on tak spokojnie patrzeć w to niebo przed sobą i słuchać głosu budzących się ptasząt.

Było mu źle, strasznie źle i ciężko. Czuł w sobie obecność grzechu.

Ale jednocześnie nie czuł ani żalu, ani chęci poprawy. Dawniej w seminarium, gdy zgrzeszył, z całego serca za grzech swój żałował, korzył się przed Bogiem, o przebaczenie błagał, obiecywał sobie i Bogu, że już nigdy... nigdy...

A teraz nie.

Czuł w sobie myśli grzeszne i brudne. Lecz zarazem mówił do siebie : Inaczej być nie może! Po co mnie na to skazali ? Ze świata mnie wykluczyli, okuli w kajdany przysiąg, bronią żyć życiem ludzkiem i zwykłem. A oto natura głos swój podnosi.

I oto chcę, chcę żyć !

I tej chęci, tego parcia ku życiu nic już... nic nie ugasi. I będzie to pragnienie paliło go i żarło we dnie i w nocy, przez lata całe. Aż starość chyba je ukoi, starość niedołężna.

I młodość przejdzie w walce, na zgnębianiu w sobie tej żywiołowej siły, o której Hela mówiła: To jedno coś warte na świecie, dla tego jednego warto żyć, a poza tem niema nic, nic !

Och ! zrzucić kajdany — i żyć !

Ks. Szymon sam się przeraził myśli swojej. Jakto, więc on, świeżo wyświęcony kapłan, już żałuje? I dlaczego? Wiedział przecię, dzieckiem nic był, szedł z wolnej i nieprzymuszonej woli.

O, Boże ! O, Boże ! ratuj!

I znowu, jak dawniej, zdało się Szymonowi, że idzie wązka kładką ponad przepaściami, a przepaście bez dna, bez miary. Idzie i niesie w obu rękach skarb swój jedyny. Ale ręce mu drzą i nogi odmawiają posłuszeństwa. A głosy z przepaści wołają na niego, i nęcą, i wabią, i ściele się tam jasność, i wre życie, i rodzi się moc i wstaje czyn, i miłość — miłość cudna rozkwita. A on, samotny iść musi dalej i skarb nieść, aż do bezpiecznego portu... Ale gdzież ten port? Miał nim być sakrament kapłaństwa. A namaszczenie otrzymał, przysięgę złożył, łaski obiecane spłynęły, ale na dnie człowiek pozostał. Więc gdzież ten port? W niebie chyba... Aż w niebie ? Ach, tak daleko ! a kładka taka wązka, a głosy, wzywające z otchłani, takie słodkie i wabne ! O, Boże! O, Boże! ratuj!

Nagle postanowił: pójdzie do miasteczka, uklęknie przed proboszczem, wyspowiada się, wyzna wszystko i otrzyma rozgrzeszenie.

Rozebrał się, zimną wodą oblał się obficie, ubrał się na nowo, wziął kapelusz i poszedł.

Miasteczko było odległe o pięć wiorst, lecz Szymon znał drogę, bo raz jeździł tam z panią Głuszyńską na mszę. Poszedł więc śmiało przed siebie przez budzące się pola, pod pierwszymi promieniami słońca wschodzącego, a gdy na gościńcu spotkał wózek chłopski, ku miasteczku dążący, przysiadł się i za złotówkę prędko dojechał.

W plebańji zaledwie się budzono. Powszedni był dzień, żniwa w całej okolicy, więc i pewność prawie, że nikt księdza nie zapotrzebuje i do żadnych nabożnych praktyk nie zatęskni. A proboszcz rad był wyspać się dłużej. Człowiek to był lat średnich, który wygodę lubił. Gdy się jednak dowiedział od gospodyni, że przyjechał młody ksiądz z Głuszyna i chodzi koło kościoła, czekając widać, aż otworzą, poruszył się żywo, nogi z łóżka spuścił, przetarł oczy zaspane i krzyknął na całą plebańję :

— Wicek ! dawaj, błaźnie, buty ! a prędzej! I niech zakrystjan rusza otwierać kościół! Nie marudź! Zy wo!

Po chwili do kościoła szedł, ziewając jeszcze i resztki senności otrząsając po drodze. Ale do spowiadania zasiadł uprzejmie, jak gościnny gospodarz.

Zdziwił się jednak trochę, gdy mu Szymon swój grzech nocy ubiegłej wyznał. Zrazu nie zrozumiał.

— Aha... więc tego... do dziewczyn chodziłeś, co?

— Nie, nie ! Tylko gdy ogarnęła mnie pokusa, gdy nadeszły jakieś obrazy, wyobrażenia grzeszne, ja... ja się przed niemi nie dosyć broniłem. Owszem, rozkoszowałem się niemi... zatrzymywałem się myślą zbyt chętnie...

— E, duszo moja, to jeszcze nic. Bywa gorzej. Bywa gorzej. Cóż dalej?

Szymon zawahał się.

— A potem, myślałem... żałowałem, że kapłanem jestem... i to dlatego żałowałem, że... że ciężko mi wytrwać... w czystości... gdy widzę koło siebie zwykłych ludzi, naturę całą.

— Aha! Tak... Więc zazdrościsz im, duszo moja? No, coż robić ! cóż robić ! Bywa to, duszo moja, z niejednym z nas. Bywa. Ot tak, na innych ludzi popatrzysz, kobieta... dzieci... dom rodzinny... zdaje się, raj na ziemi! A nam, nie można. Tłucz się, duszo moj., samotnie, jak ten palec, przez całe życie. No, cóż robić! cóż robić! Przywykniesz z czasem, ot, sobie to owo obmyślisz, i przywykniesz. Póki młody jesteś, duszo moja, to tak zdaje się, nie wytrzymasz. Bo i prawda, trudno nam, trudno! I mało który wytrwać może. Wiadomo, duch ochotny, ale ciało mdłe. Ale choć tam czasem co się i trafi, to i tak niema czego desperować. Pamięta;, duszo moja, wszyscyśmy grzeszni, co tu gadać, wszyscy, co do jednego! Więc nie robić z byle czego wielkich rzeczy. Pan Bóg miłosierny, nad siły nie wymaga. A żałować, żeś kapłaństwa dostąpił, duszo moja, nie trzeba. Toż najgodniejszy stan, piękne powołanie, piękne!

Ale Szymon nie był zadowolony. Widział, że jego grzech zbyt lekko jest traktowany, a on go wciąż miał jeszcze na sumieniu, jak kamień olbrzymi.

— Ojcze — wyszeptał — ja się czuję takim grzesznikiem wielkim... Te zmysły moje... I żale, i bunty... i tęsknoty... To przecież także są grzechy.

— Skrupulat, widzę, jesteś, duszo moja. A to bardzo źle. Ksiądz nie powinien bawić się w skrupuły. Tak to tak, a nie to nie. I sprawa skończona. Gdzie niema złego czynu, tam niema i grzechu. Bądź spokojny, bądź spokojny! Gorzej bywa na świecie, gorzej! No, nie rozmyślaj nadaremnie. I jeśli nic więcej sobie nie przypominasz, duszo moja, to i dobrze. Mszy mojej wysłuchasz, a potem możesz sobie także odprawić. Wzbudźże teraz żal za grzechy. No, absolvo te...

Ks. Szymon nachylił się i gorąco się modlił. I nagle uczuł, że mu wszelki ciężar spada z duszy pod rozgrzeszającą dłonią kapłana, że znów staje się lekki, czysty i dobry, i może znowu wznieść myśl i serce do Boga. A gdy ukląkł w ławce przy ołtarzu i z twarzą, w dłoniach ukrytą, słuchał odprawianej przez proboszcza mszy świętej, coraz większy ogarniał go spokój, radość, i miłość, i wiara. A gdy wreszcie stanął sam u ołtarza, i nad kielichem i nad hostją pochylony, własnemi usty wywoływał cud, Boga z wysokości na ziemię sprowadzał, i z Nim się łączył przez Ciało i Krew, zdało mu się, że już nie jest człowiekiem, lecz czystym duchem, który wprost od tego ołtarza wzniesie się wysoko, wysoko, i u stóp tronu Bożego zasiądzie, i tam już pozostanie na wieki. I zdało mu się, że szczęście i miłość serce mu rozsadzą i wyzwolą go z ciężaru tego ciała i z ciężaru życia. Umrzeć w takiej chwili! Ostatnie wydać tchnienie i ulecieć w górę, jak ptak ! Ulecieć wprost na ojcowskie łono!

Ach! umrzeć...!

Ale nie był tego godny. Więc gdy, zdjąwszy szaty kościelne, odmawiał w zakrystji dziękczynne psalmy i modlitwy, co chwila przerywał sobie i bił się w piersi, mówiąc :

— Domine, non sum dignus...

I nie mógł modlić się przepisanemi słowy, lecz sam własnemi modlił się do Boga:

— Chcę, chcę, Panie, ci służyć przez całe życie, i kapłanem być ci wiernym. Nie chcę grzeszyć nigdy ani czynem, ani myślą nawet. Ale Ty, Boże, zmiłuj się i nie pozwalaj na tak straszne pokusy! Bo ja słaby jestem i czuję, że ulegnę. Nie próbuj moich sił, o Boże, bo się boję... A nie chcę Ciebie zdradzić, i chcę być czystym i uczciwym. Więc daj mi Boże spokój i siłę. A pokusę oddalaj. Niech odejdzie odemnie... niech odejdzie.

I odeszła. Ks. Szymon wrócił do Głuszyna uspokopny zupełnie, pogodzony z losem i pełen dobrych postanowień. Obawiał się samotności i nocy. Ale nie! przyszła noc. Żadne mary się nie pokazały, zasnął cicho w swoim pokoiku, pod promieniami gwiazd, które przez szeroko otwarte drzwi balkonu w oczy mu zagłądały. I tak tez było dalej. Złe myśli, złe żądze odleciały na dobre i już nie wracały.

Tymczasem wśród pensjonarzy głuszyńskich zaszły zmiany. Pani Kranicka z Helą wyjechały. Doktór z rodziną musiał wracać do miasta, studentów paru znikło. Kółko zmniejszyło się tembardziej że i Andrzej Głuszyński do jakiegoś egzaminu zaczął się przygotowywać, zamknął się u siebie i nawet na obiady przestał przychodzić. Na opróżnione miejsce przybyło parę rodzin, spragnionych wsi mieszczuchów, ale dawni trzymali się razem.

Popołudniowe czytania trwały w dalszym ciągu, ale były już mniej liczne. Stale im przewodniczyła poetka Liniecka, profesor Szulc, Dorszówna i parę pań brało w nich udział. Ale nowi goście woleli co innego. Szymon do tych czytań się przyłączył. Przyjęto go uprzejmie. Liniecką oddawna interesował ten młody ksiądz milczący i samotny, który zdania wygłaszał szablonowo-teologiczno-seminaryjne, ale którego oczy bardzo ciekawie i jakoś indywidualnie przyglądały się światu i ludziom, a uszy nastawiały się ciekawie do każdej nowej kwestji. Poza księżowskim szablonem odczuwała w nim coś... coś ludzkiego, coś młodego, coś co się rwało naprzód. Starała się go ku sobie przyciągnąć i skłonić go do poufnej rozmowy. Dorszówna, z ktorą stosunek jego stawał się coraz bliższym z powodu owych pogadanek i porad naukowych, okazywała mu również wiele życzliwości. I on coraz bardziej lgnąć zaczął do tych dwu kobiet, i coraz mniej czuł się względem nich skrępowanym. Aż pewnego dnia, gdy o zachodzącym zmroku siedzieli we troje na werendzie, Liniecka rzekła nagle, patrząc na niego dobremi oczami:

— Tak niby blizko się znamy, a ksiądz nam nigdy o sobie nic nie powiedział. Proszę nam coś powiedzieć o sobie.

On się wzruszył tą prośbą. Mówie o sobie... Ach, jakże tego potrzebował! Jak mu się chciało przed jaką życzliwą duszą wylać wszystkie swe myśli I Więc zaczął mówić, zrazu nieśmiało, potem coraz szczerzej, o dzieciństwie swem, o rodzinie, o wsi, o młodości i latach seminaryjnych, wreszcie i o rodzicielskich dla niego marzeniach, o owej piebańji, której obraz majaczył przed oczami rodziny, jako przystań szczęśliwa i nagroda za poniesione wysiłki.

— Ale mnie — kończył swe opowiadanie — nie to w głowie. Przyznaję, radbym zapewnić ojcu i matce starość spokojną za to wszystko, co zrobili dla mnie. Ale przedewszystkiem, ja dziś... kapłanem jestem. I chcę... chcę z całej duszy być kapłanem prawdziwym, godnym i uczciwym sługą mojego Pana. — Zamilkł. Głowę podniósł, wzrok wypuścił w niebo daleko — i nagle wyrwało mu się z piersi głębokie, smutne westchnienie. Chwilę trwała cisza.

Liniecka wgłębiona w fotel, z nizko pochylonem czołem, muskała leciuchno palcami trzymane na kolanach kwiaty. Dorszówna, z brodą na ręku opartą, milczała posępnie.

Aż nagle zerwała się.

— Och ! nie moge, nie moge słuchać takich rzeczy! — zawołała gwałtownie. — Toż jest zbrodnia ! Wziąć duszę dziecka, i gnieść, i uciskać, i gwałtem w tę formę pchać ! I związać na życie całe, i otumanić, i skrępować tak, aby już nigdy, nigdy wolna nie była. Ach, Boże ! i to dziecinne, nieświadome dusze... do życia zrodzone, do wolności...!

Tchu jej zbrakło. Zamilkła.

Liniecka przemówiła powolnym głosem:

— Tak. To bardzo smutne.

— Niechby dorośli ludzie szli na księży — zaczęła znów Dorszówna — tacy, co wiedzą, co rozumieją, co poznali już życie. Ale dzieci! Dzieci gwałtem do tego pchać !

— Ależ proszę pani — ujął się Szymon — tam niema żadnego gwałtu. My z wolnej i nieprzymuszonej woli... Jeszcze z seminarjum, kto chce, wystąpić może... Gwałtu niema...

— Ach, tak? gwałtu niema? A to wmawianie od lat najmłodszych: księdzem będziesz, proboszczem będziesz! A to odgrodzenie murem wysokim od świata, od młodości, od ludzi zwykłych? A ten dozór przez dzień i noc, aby się jaka myśl obca nie wślizgnęła? A to seminaryjne więzienie przez całych długich pięć lat, najlepszych lat życia, gdy się umysł rozwija, rozciekawia i szuka prawdy ! To więzienie dla ciała, i dla duszy, i dla umysłu, do którego nie dopuszcza się ani promyka światła zzewnątrz! Ach, to nie gwałt? To nazwać można dobrą i nieprzymuszoną wolą? tę waszą woię ku kapłaństwu, was, którzy niedomyślacie się nawet, czem jest wolność I Biedne duszyczki!

— Proszę pani — zaczęła powoli Liniecka — tak brać rzeczy arbitralnie nie można. Zastanówmy się, czy na tej biednej naszej ziemi nie oni właśnie są najszczęśliwsi, ci kapłani wierzący, żyjący zgodnie ze swoją wiarą i pewni nieśmiertelności, pewni wiecznej i niezrównanej nagrody w niebie. Pomyślmy! Któż z nas, inaczej wierżących, pochwalić się może takiem szczęściem, takim spokojem ?

— Tak, tak! — przytwierdził ks. Szymon!

— Ależ tu chodzi o prawdę! Przecież oni żyją w błędzie, w utopji! Łudzą się jakiemiś nadziejami, wierzą w nagrodę i t. d. A to wszystko czemże jest? Bańką mydlaną!

Liniecka smutno pokiwała głową.

— Czy pani to wie napewno? Może pani dowieść, że oni się mylą, a że pani zna prawdę? Może pani?... A co ! widzi pani. Dowieść i tego nie można. Tak, tak! Wszystko na tym biednym świecie może być prawdą, i wszystko może być kłamstwem. Niema nic pewnego.

— Jednakże... nauka... postęp wiedzy... — zaczęła Dorszówna. Lecz urwała. I była między tymi trojgiem siedzącymi na werendzie długa chwila milczenia.

— Tak, tak! — zaczęła wreszcie Liniecka, jakby mówiła do siebie, a palcami pieściła trzymane na kolanach kwiaty — dobrze któś tam powiedział: Nie Bóg nas stworzył, lecz każdy z nas stwarza sobie Boga. A jeśli ci — wskazała ręką na Szymona — stworzyli sobie takiego Boga, który im daje spokój i szczęście, to czegóż więcej potrzeba?

Dorszówna nie odrzekła nic. Wyprostowana, z rękami w tył założonemi, ze spuszczoną głową, przebiegała werendę wzdłuż i wpoprzek. Pod jej wielkiemi stopami, w ciężkie buciki obutemi, podłoga głucho stękała.

Ks. Szymon patrzał na jej wielką, kościstą figurę, na jej dobrą twarz, na jej gładziutko i biednie uczesaną głowę, na szarą suknię, codzień tę samą, której jedyną ozdobą był biały kołnierzyk i mankiety, na te ręce trochę czerwone, grube i niezgrabne, na tę całą postać nie piękną, nie kobiecą, od której wiało jakimś ascetyzmem prawie zakonnym, i myślał: Jeśli ona nie wierzy w Boga i w życie przyszłe, to pocóż się poświęca? pocóż sobie odmawia wszystkiego ? Dlaczego tak żyje, jak rzadko który kapłan ? jak dążąca do doskonałości istota ! I nie rozumiał tego.

Spojrzał na Liniecką. O, ta była inna ! Poetka, filozotka, duch smutny, zniechęcony i niepewny. Czytał już niektóre jej utwory. Bólu pełne były i łez. Ale co za wzniosłość ! Jaki wysoki lot! Ta przecież wierzyć musiała. Bo inaczej... jakżeby...

I nagle spytał:

— Proszę pań, proszę mi powiedzieć wyraźnie. Bo ja nie rozumiem. Panie obie są zacne, dobre, poświęcające się, cnotliwe, słowem, panie żyją po chrześcijańsku, nawet cnotliwiej, niż wielu chrześcijan, prawda? Więc... jakże? Czy panie wierzą w Boga i we wszystko, czego nas Kościół Święty naucza, czy nie?

Oczy jego niespokojne i trwożnie pytające utkwiły w twarzy Dorszówny, która stanęła przed nim poważna, prosta, silna. Milczała chwilę.

— Czy panie wierzą, czy nie? — powtórzył ks. Szymon pytanie, a głos mu drgał dziwną męką.

— Ja — stanowczo nie — rzekła Dorszówna.

— Ja... nie wiem... — szepnęła Liniecka, i rozłożyła ręce bezradnie. — Długie mam życie za sobą i dużo w niem przemyślałam. A teraz, stoję u jego kresu, nic nie moge powiedzieć innego, jak: nie wiem. Nie wiem nic, nic nic...

I znowu zapadło milczenie długie i ciężkie.

Ksiądz ukrył twarz w dłonie i myślał. Dziwne mu myśli przez głowę przechodziły. Wszakże oto ma przed sobą dwie dusze niewierne, a zatem potępione, a zatem skazane na ogień wieczny. Dwie ofiary szatana. O ile przed śmiercią się nie nawrócą, ma się rozumieć. Jedna mówi: stanowczo nie. Druga mówi: Nie wiem. Więc coż? Potępione są, nie inaczej. One, te dobre istoty, sercach kochających i myśli szerokiej. Potępione, bo nie wierzą w to, czego uczy Kościół Święty, Nie wierzą, a więc łaski nie mają, i wszystkie ich uczynki cnotliwe słowa dobre, i starania, i poświęcenia, i życie bez skazy, wszystko to nic nie jest warte. O one są już szatańskim łupem. Boże ! Boże ! Czyż taką niesprawiedliwość dopuścić można? Czyż wierzenie w taki absurd nie jest największą obrazą dla Twojej mądrości i dla dobroci Twojej? A jednak... Ks. Szymon porwał się za głowę. Myśli zda się, rozsadzały mu ją, jak podłożone miny rozsadzają skałę.

— Nie moge... nie moge... — wyjęczał. A w tej chwili poczuł, że miękka, stara dłoń Liniećkiej spoczęła na jego ramieniu.

Podniósł głowę i ujrzał nad sobą dobre jej oczy. Zdało mu się, że ona wszystko w nim dostrzega i wszystko rozumie. Chciał wziąć tę jej dłoń starą, która na jego ramieniu leżała, i do ust ją ponieść, tak, jak się matki rękę do ust niesie. Ale tego nie uczynił, i nawet zawstydził się sam przed sobą, że mu taka myśl przyszła do głowy. I wogóle, poczuł niezadowolenie z siebie i z rozmowy swej z temi kobietami. Poczuł, że on, ksiądz, niewłaściwie postąpił, dając im wglądnąć do głębi swojej duszy, pozwalając im przypuścić, iż miotają nim jakieś zwątpienia czy zniechęcenia. Im — kobietom świeckim, niewiernym, może już potępionym na wieki.

Nie, nie ! Precz z rozrzewnieniem ! On, kapłan, nie potrzebuje ludzkiej, a zwłaszcza kobiecej pomocy, ani współczucia, ani zrozumienia, ani roztkliwiań się żadnych. On, silny i świadomy, sam stać powinien, jak filar granitowy przed obliczem Pana. Sam... zawsze sam...

— Jak odłamana gałąź — zadźwięczał mu w głębi głos Heli.

— Nie! Jak filar granitowy — odpowiedział.

I wstał z krzesła, i ku wyjściu parę kroków postąpił. Lecz nagle, opanowała go trwoga przed tą samotnością, trwoga tak wielka, że zwyciężyć jej nie mógł. Ach! mieć kogoś swojego, kochającego! jakąś duszę sobie oddaną, jakieś miłujące serce, jakieś ramiona otaczające a troskliwe, w które by mógł ukryć swą zmęczoną głowę! O, i nie być sam! sam jeden na szerokim świecie.

Jak liść oderwany z drzewa. Jak odłamana gałąź... Wrócił na miejsce swe i milczał... Aż Dorszówna mówić zaczęła.

— Ze stanowiska społecznego — mówiła — pewnie, że szczęśliwsi są ci, którzy wierzą, i odbierać im wiary nie trzeba i nie godzi się. Chodzi tylko o jedno. Oto, aby moralności nie utożsamiać z wiarą, bo z tego wypływają zatargi, fanatyzm i nienawiść. Gdyby raz uznali ludzie, że są prawa ogólne, z ludzkich potrzeb i natury wypływające, obowiązujące tu na tym świecie, a niezależne od tego, czy się wierzy, czy się nie wierzy w życie przyszłe, toby odrazu usuniętą została jedna z wielkich między ludźmi różnic, i od razu zapanowałaby większa między nimi zgoda. Wiara w to lub owo i wykonywanie tych lub owych przepisów przez wiarę nakazanych, stałoby się sprawą prywatną każdej oddzielnej duszy, nie widzielibyśmy tego monstrualnego gwałcenia ludzkiego ducha, jakie widzimy teraz, i miłość braterska z pewnością zapanowałaby na świecie. A teraz co?

— Ależ, moja pani! — odezwał się nagle gruby głos męski. — Banialuki pani prawisz, jak Boga kocham!

Pan Głuszyński stał we drzwiach, z cygarem w ustach. I, korzystając z przerwy, sam zabrał głos :

— A to mi piękna byłaby moralność, słowo daję! któraby się nie opierała na religii. Więc pocóż wtedy człowiek ma być uczciwym, jeżeli za to nie czeka go żadna nagroda? A! pani moja! Żeby nie strach piekła tożby każdy szedł kraść, mordować, rozbijać! Ja pierwszy, jak Boga kocham!

Dorszówna zaśmiała się trochę lekceważąco i usunęła się od dalszej dyskusji, jakby się jej zdawało, że z panem Głuszyńskim mówić poważnie nie warto.

Ale Liniecka podniosła z nad kwiatów zmęczone swe, wyblakłe a dobre oczy i rzekła :

— Nie, panie, to nieprawda. Marna mrówka ma już w sobie wrodzone uczucie braterstwa i jedności z gromadą, umie pracować nie dla siebie i życie swoje nawet oddać w ofierze, gdy trzeba. Jaskółki siostry swe bronią z narażeniem własnem. Bociany i żórawie mają swe prawa i swoją moralność. A człowiek by jej nie miał! Nie, panie ! Nie groźba piekła i nie wiara w niebo powstrzymuje nas od mordów i kradzieży. Lecz owo tkwiące w nas, w najlichszym z nas dążenie do doskonałości, do postępu, do ideału, owa tkwiąca w nas z przyrodzenia — Miłość.

Wakacje miały się ku końcowi, i pensjonarze głuszyńscy rozjeżdżali się na gwałt. Wracały nauczycielki do swych lekcji, uczniowie i uczenice do szkół, matki i ojcowie do codziennych trosk i do pracy. Jeszcze pieknie było na świecie, jeszcze cudna jesień polska zaledwie zaczynała malować drzewa i niebo wspaniałemi farbami swemi, a już wracać trzeba było do murów miast, do ciasnych horyzontów i do codziennego deptaka. Wzdychając, wracano.

Tylko ks. Szymon Bronicz czuł ulgę na myśl, że wraca. Tu mu było coraz milej. Przez czytanie i rozmowy, przez lekcje z Dorszówna, umysł jego oświecał się i jakby się rozszerzał z każdym dniem bardziej. Ale też sumienie miał coraz bardziej niespokojne. Zdawało mu się chwilami, że doprawdy skarbu swego nie dość już pilnie strzeże.

Więc gdy po wielu pożegnaniach i obietnicach powrotu, i grzecznych słowach, i szczerze wzruszonych uściśnieniach dłoni, usiadł w kącie wagonu i znalazł się sam, gdy pociąg ruszył, on z głębi piersi westchnął, przeżegnał się pobożnie i szepnął: Chwała Bogu, skończyło się!

Skończyło się dziwne, grożące, a jednak czarowne niebezpieczeństwo, które w ostatnich dniach pobytu wzrastało stale. Skończyła się ciągła pokusa dla umysłu, który się na wolność rwał i nie chciał, wprost nie chciał już starych formułek, tylko pędził sam na nowe drogi, i szukał, i badał, i głodnym zaczynał być tak, jakgdyby mu nie wystarczała dotychczasowa strawa. Pokusa dla serca, które się rozszerzało i ogarniało coraz więcej, więcej i nie chciało kochać tylko — swoich, lecz owszem i cudzych, i obojętnych, i odpadłych nawet objąć pragnęło, i tych, którzy żyli, i tych, co umarli przed wiekami, i tych, co się jeszcze urodzić mają, i to bez względu na to, kim są lub kim byli, i jakiem się znamieniem odznaczali, i jakie odprawiali obrządki, lecz wprost przez nagle zrodzony w nim kult dla ludzkości, dla jej siły rozrodczej, dla jej wszystko łamiącej energii, dla jej wspaniałego postępu, dla jej zwycięzkiego przez szeregi wieków pochodu naprzód, wciąż naprzód. Pokusa ogromna. Niebezpieczeństwo groźne... Chwała Bogu ! skończyło się ! powtórzył. I zaraz uczuł żal. I zdało mu się, że tam w cienistym ogrodzie głuszyńskim, w lipowych szpalerach, nad brzegami jeziora, na polach szerokich i nad strumieniem, co pod olchami szemrał, i w małym pokoiku na górze, gdzie pachniały lewkońje i gwiazdy nocami zaglądały, zdało mu się, iż wszędzie tam zostawił część swej duszy. I to nie tej, dobrze mu znanej, przez całe życie towarzyszącej mu duszy — lecz jakiejś nowej, młodej i świeżej, a ciekawej i jak ogień płomiennej, co się niedawno w nim narodziła, i wyrosła, i wybujała już, i chciała żyć, żyć, i wiedzieć, i czuć, i sama naprzód iść.

A teraz część tej duszy została tam, pod lipami głuszyńskiego parku.

Żal mu jej się zrobiło. Ale rozumiał, że zabrać jej ze sobą tam, gdzie teraz będzie, nie może. Ze mu tam taka dusza byłaby nietylko zupełnie niepotrzebną, lecz stanowiłaby ciężar. Ze wystarczy mu tam najzupełniej ta dawna, posłuszna, wyuczona, karna i porządnie w forme ulana dusza. Tak, wystarczy najzupełniej. Bo teraz, wakacje się skończyły, robota czeka i nie do marzeń, rozmyślań i niepotrzebnych badań pora, lecz do pracy. Wiedział, że go teraz przeznaczono na wikarego do jednego z kościołów miasta, a potem pewnie na wieś gdzie wyszlą, a potem...

Proboszczem będziesz... przypomniały mu się słyszane od dzieciństwa słowa.

Tak, proboszczem będzie. Będzie spowiadał dewotki, chrzcił i śluby dawał, i nieboszczyków chował, i z parafjanami targował się o każdą złotówkę, o każdą świecę, każdą odśpiewaną modlitwę, o każdą prośbę do Boga, będzie za miłe ruble łaski z nieba sprzedawał i wiecznymi losami swych owieczek rozporządzał. A owieczki garnąć się będą do niego skwapliwie i bić mu pokłony, i przynosić mu w dani swe serca naiwne, i sumienia, i kieszenie otwarte, i zapasy gospodarstw swoich, i poddańczą pokorę. A on będzie brał i spożywał, będzie zbierał i zgarniał, gdyż panem ich będzie na tej ziemi i na tamtym świecie, przełożonym i królem nad nimi.

Nie, nie! nie chcę! zawołał nagle w głos. I zerwał się z miejsca.

Obejrzał się, zawstydzony. Sam jeden był w przedziale, ale stropił się jednak i usiadł znowu nieśmiało. Zawstydził się. Skądże ten wyskok nagły i nierozsądny? Co to jest, nie chcę — kiedy rzecz już się stała ! Już jest kapłanem i tego już żadna na świecie moc przerobić nie potrafi. Więc i konsekwencje wszelkie przyjąć musi, zgodzić się z niemi i zżyć.

A najlepiej zapomnieć, co najprędzej zapomnieć o tych wakacjach głuszyńskich. Zapomnieć o wszystkiem, co tam słyszał, o wszystkiem, co go rozciekawiło i wzbudziło w nim myśli nowe, myśli niedozwolone... O tych światach innych, które mu się ukazały, jak miraż... Zapomnieć ! Ująć w karby umysł śwój, nie dać mu szukać i szperać. A wprzęc w jarzmo i iść wytkniętą drogą,tą jedynie bezpieczną i pewną drogą, która tu na ziemi daje spokój sumienia, a tam w niebie — szczęśliwość wieczną. I już nie myśleć, nie szukać...

Wzrok jego padł na leżącą obok niego paczkę. Spojrzał na nią i odwrócił głowę.

Były to książki, które mu Dorszówna ofiarowała przy wyjeździe, książki naukowe, przeważnie podręczniki najelementarniejsze. Przypomniał sobie jej słowa, przytem wyrzeczone : Niech mi ksiądz obieca — mówiła, patrząc mu w oczy przyjaźnie — że codzień choć godzinę poświęci nauce, nie byle jakiemu czytaniu, lecz nauce prawdziwej, tej, która sama dla siebie istnieje, bez żadnego ubocznego celu. Ksiądz, choć ma umysł wypaczony fatalnem uczeniem, mógłby jednak przy staraniu pójść dzielnie naprzód. Zdolności są, pamięć ogromna i niezłe, wcale niezłe objęcie. Szkoda byłoby takiej roli, żeby tylko chwastami miała zarosnąć. Niech mi ksiądz obieca. Ja w każdej chwili służę radą, czy pomocą dodała. A gdy on, biorąc książki, rzekł poważnie: — Przyrzekam. Będę się uczył. I pani dziękuję... za wszystko... widział w jej oczach wzruszenie. I proszę koniecznie zajść do mnie czasem rzekła jeszcze — Porozmawiamy spokojnie, o wszystkiem tak, jak tu.

Dobra — ach, jaka dobra — myślał teraz Szymon. I rękę położył na paczce z jej książkami. Niech tam będzie co chce, a uczyć się będę, rzekł nagle do siebie. Będę. Bo ona ma rację, ja nie umiem jeszcze nic z tego, co mi prawdziwie potrzeba. Nic! kapłanem jestem, a więc niby kierownikiem dusz i filarem społeczeństwa. No i tak dalej!: A czy ja znam ten świat i tych ludzi, którymi to mam kierować? Czy znam chociażby tak, jak znają tamci, młodsi, odemnie? Czy ja wiem, co się dzieje, już nietylko gdzieś; dalej, ale w moim własnym kraju? Kiedy czytam gazetę, to zaledwie coś nie coś rozumiem. Czy ja wiem, czego u nas ludzie chcą, do czego dążą, czego się obawiają, o czem marzą? Czy ja wiem, co jest dobre, a co złe? Co popierać, a co nie? Nic nie wiem, nic! I dlatego taki Andrzej Głuszyński, nawet taka Hela śmieje się z moich argumentów I mają rację.

Wstał i wyprostował się. I przyszło mu na myśl, że jednak przed dwoma miesiącami tego nic byłby powiedział. Była więc w nim zmiana. O, była zmiana głęboka!

Zmianę tę w sobie uczuł wyraźniej jeszcze, gdy się znalazł wśród dawnego otoczenia. Wysokie mury, ciasne podwórza, zimne i stęchłe powietrze korytarzy poklasztornych, brak słonecznego światła, brak szerokich powiewów od pól, brak szerokiego na niebo widoku, to wszystko rzuciło na niego jakby obłok czarny. Rozmowa z księżmi, dziś kolegami swymi, zdała mu się zrazu dziwnie nudną. Jednych zajmowały drobiazgi, głupstwa, pieniądze, posady, jakieś marne kwestyjki miejscowe, niesnaski, zmiany. Drudzy, korzystając ze sprzyjających okoliczności, puszczali się na pole działań społecznych. Nikt z nich nie mówił i nie myślał o tych wielkich zagadnieniach, które stanęły teraz jak znak zapytania. Nikt o nich nie myślał i myśleć nie potrzebował, gdyż były przesądzone od dawna. Po cóżby kto miał się nad niemi głowić! i wybijać otwarte drzwi, i Amerykę odkrywać? A jednak... A jednak...

Z początku czuł się ks. Szymon Bronicz strasznie samotny między nimi.

Ale powoli to uczucie zaczęło ustępować. Powoli atmosfera kościołów i zakrystyi ogarnęła go znowu, uśpiła rozbudzone w nim życie. Dawna dusza się zbudziła, a ta nowa zaczęła drętwieć. Wyspowiadał się z grzechów i myśli złych, otrzymał absolucję i przy codziennej swej mszy zaczął usilnie prosić Boga o oddalenie od niego pokus.

Rozpoczęło się też wkrótce życie pracowite i pełne po brzegi rozmaitych obowiązków. Został wikarym przy jednej z parafji, a nad sobą miał proboszcza starego, mocno już schorowanego, który pracy podołać nie mógł i rad był jak najwięcej jej zepchnąć na młode barki. Chrzty, śluby, spowiedzie, chorzy, pogrzeby, śpiewanie sumy i nieszporów, wszelacy interesanci, prośby i gospodarskie nawet zarządzenia więc zaczął załatwiać ks. Szymon, pod kierunkiem swego proboszcza. Dzień okazał się krótkim, coraz krótszy. Czas wypełnił się, jak czara po brzegi. Na sen, na wypoczynek, na książkę, na myślenie — coraz mniej, coraz mniej było miejsca. Czynności wciąż te same, giesty, sprawy, wyrazy do siebie podobne, myśli utarte już, przeżute po tysiąc razy, na których osiadła pleśń wieków, koło rozpędzone i kręcące się równo jak w maszynie.

Jak w pierwszej lepszej maszynie... powtarza! sobie smutnie ks, Szymon, śpiesząc od jednej czynności do drugiej.

I wciągał się w swe życie — i godził z niem. I chodził w kółko, jak koń w kieracie, bez zapału, ale i bez buntu.

Czasami tylko, późnym wieczorem, gdy pokończył wszystkie dzienne sprawy i zamknął się w swych skleptonych celkach, gdzie jeszcze jakby się tułały widma dawnych mnichów, otwierał okno i patrzał na podwórze poklasztorne w dole, otoczone renesansową kolumnadą,na którem rosło kilka suchotniczych drzewek, i na kwadrat nieba w górze, gdzie świeciły gwiazdy. I wtedy myśl jego odrywała się od drobiazgów dnia i leciała w przestrzeń. I wtedy w ciszy nocnej, w samotnsci, wobec nieba gwiaździstego, dokonywało się w nim dziwne rozdwojenie. Duch wyzwalał się z ciała, otrząsał się z powłoki swej, zrzucał z siebie więzy i kajdany, odrzucał szablony i formy i sam, czysty, jasny i wolny, leciał się zatopić w morzu Nieskończoności. Leciał się połączyć z wielkim nieobjętym Duchem wszechświata, z Tym który, jest. Wtedy czuł wyraźnie w sobie samym, dokoła siebie obecność Jego. Nikła ziemia, nikło życie, znikały stulecia, pokolenia przeszłe i przyszłe, znikało wszystko to, co obejmuje zmysły i rozum, wszystko, co zdziałał czyn, wszystko, czego zapragnęła wola, a zostawał tylko Duch. Jawił się tej człowieczej lecącej ku niemu duszy, brał ją w siebie i ze sobą stapiał. I gdy wracała do życia i do ciała swego ta człowiecza dusza, jasna była, cisza w niej wielka zalegała.

Były to szczęśliwe chwile w życiu Szymona. Lecz były to chwile rzadkie.

Zwykle, pomimo modlitw, sakramentów i ciągłego obcowania z rzeczami świętemi, obecności Boga nie czuł. Kościoły wydawały mu się najczęściej pustymi, a słowa modlitw czczą formą. Jest to objaw pospolity, oschłość serca pocieszał go jego spowiednik — najwięksi święci przebywali takie próby. To szatańska pokusa, na którą Bóg się zgadza, aby naszej stałości doświadczył. Bo jeśli dusza, pomimo braku pociech nie ulegnie — lecz owszem wiernie stać będzie przy Panu i nie ustanie w gorliwości swojej, to ją Bóg stokrotnie wynagrodzi i zeszłe potem niezliczone pociechy. Tylko wytrwać mężnie!

Więc ks. Szymon trwał. Swoje robił dalej gorliwie i sumiennie. Ale czuł wciąż, tam na dnie, trawiący go jakby głód. Robaczek — widać — tam się ulągł i choć mały, żył i główkę czasem podnosił.

Razu jednego, przechodząc mimo księgarni, ujrzał ks. Szymon w oknie wystawiony drzeworyt. Ze skały urwistej, po nad przepaścią, zrywał się do lotu ze skrzydłami rozwiniętemi potwór cudowny — pół konia, pół młodzieńca. A do niego uczepiona, obejmując mu szyję, ustami lgnąc do jego twarzy, gotowa do skoku w przestrzeń bez dna, ufna w moc jego skrzydeł, cała podana naprzód , tylko jedną stopą dotykając ziemi, leciała z nim razem kobieta. W niej znać było oddanie się ślepe, zapamiętanie się, szał. Na jego twarzy nie było radości, ani uśmiechu, tylko oczy w górę wzniesione szukały czegoś daleko, usta bólem się krzywiły, włosy wstrząsały się i jeżyły, jakby wylękłe, i biła zeń, nie tryumf, nie nadzieja, lecz żrąca, ogromna, rozsadzająca duszę tęsknota. A tam przed nimi roztwierała się przestrzeń bez granic, góry, ziemie, skały, najwyższe szczyty zostały w dole, orły nawet dosięgnąć ich nie mogły, a oni rwali się wyżej jeszcze, zawsze wyżej, ku nieznanym słońcom. Podpisano: Chimera. G. Moreau. Stał i patrzał. Dokoła szli ludzie, potrącając się na ciasnych chodnikach, turkotały po bruku wozy i dorożki, płynęła fala codziennej troski, pracy, starań i zabiegów, przesuwał się szereg istot, zapatrzonych w ziemię i szukających na niej żeru, i przewalała się jabky mgła żądz poziomych, marnych, nizko się ścielących, szara, ciężka mgła. A tu ze szczytów skał wylatywała w górę tęsknota, zrywał się potwór, co na dnie dusz spoczywa, Chimera ludzkości, jej niezaspokojone marzenie, jej piekąca ciekawość, jej nienasycony nigdy głód, jej wiara w coś lepszego, jej parcie się wciąż naprzód i naprzód. Chimera tajemnicza i smutna. Potwór cudowny, co nie daje usnąć biednym dzieciom tej ziemi, a z najwyższego szczytu jeszcze wyżej chce lecieć. Widzenie nieskończoności, może wspomnienie innych bytów, odwieczna i grozy pełna zagadka.

Ks. Szymon długo stał przed oknem księgarni, popychany przez przechodniów na wązkim chodniku. Stał i patrzał. Aż wreszcie wszedł do księgarni i drzeworyt kupił.

I odtąd co wieczór, zamknięty w swojej celi klasztornej, gdy już ukończył dzienne sprawy, i cisza zapanowała dokoła, on otwierał szufladę biurka, wyjmował swoją Chimerę i długie chwile w nią się wpatrywał.

A wtedy i jemu wyrastały skrzydła, i on się rwał do lotu, tam, tam, ponad szczyty, ponad ziemię, ponad orły, ku nieogarniętym wysokościom. Nikła ziemia, nikły stulecia, znikał czas, a on leciał się połączyć z Duchem wszechświata, z Tym, który jest.

Nie przyznał się nikomu ks. Szymon do swych tęsknot i marzeń, i nie pokazał kupionego drzeworytu. Naga kobieta. Byłoby zgorszenie. A może uśmiechy dwuznaczne i przyjemne zacieranie rąk. Che, che, pani moja. Ot jaki! zdawało mu się, że słyszy głos księdza rektora. Wolał z Chimerą pozostać sam.

W tych czasach po wielu latach zastoju i apatji, budził się wśród miejscowego duchowieństwa ruch. Nowo przybyły biskup okazał się człowiekiem nadzwyczaj czynnym. Wierzący całkowicie w nadziemskość i boskie posłannictwo Kościoła na ziemi, przejęty czcią dla każdej myśli, która z Rzymu szła, nie uznając pozatem nic, i z całych sił pragnął dla tego Kościoła wielkości, potęgi panowania nad całym światem. To jedno było w pojęciu jego ważne. Wszelkie idee, wszelkie ludzkie ukochania, cierpienia i dążenia nikły wobec tego jedynego celu — Potęgi Rzymu.

Ale także i potęgi jego przedstawicieli. Ta była koniecznym wynikiem i dopełnieniem tamtej. Duchowieństwo, aby godnie Kościół reprezentowało, powinno być wszędzie na świeczniku, powinno brać wszystko, co się da, w swoje ręce, zagarniać każdy objaw społecznego życia, wszędzie być, wszystko dojrzeć, o wszystkiem wiedzieć, i wszystkiem po swojemu i dla celów swoich kierować. Nic, absolutnie nic, dziać się nie powinno bez jego wiedzy, rady, opieki i dopilnowania. O, zwłaszcza dopilnowania! Ksiądz powinien się stać niezbędnym wszędzie, w rodzinie, w szkole, w ochronce, w szpitalu, w stowarzyszeniu zawodowem, w księgarni, w kółku samokształcenia, w dziennikarstwie, w politycznem zebraniu, w sklepie spólkowym, w teatrze amatorskim, w kasie oszczędności, w czytelni i szwalni, w sali rzemiosł i przy familijnej uroczystości, u kolebki noworodka i u łóża konającego. Nic bez księdza! Nic bez jego cenzury i aprobaty! Nic poza kołem jego wiadomości i wiedzy! Poza Kościołem niema zbawienia. Poza księdzem, bez niego nic dobrego dziać się nie może.

Tak postawiona zasada znalazła wielu adeptów i wśród księży i w społeczeństwie. W społeczeństwie zwłaszcza. Zgnębione, zbiedzone, i ogłupiane od lat wielu, nie nauczyło się ono sądzić, ani rozróżniać, nie umiało potrzeb swoich ani pragnień jasno sobie określać, z łatwością przyjmowało to, co mu dawało jakąkolwiek nadzieję i szło na lep obietnic i zaklęć, najchętniej widząc dobro w cudzie. Społeczeństwo chętnie reagowało na rozbudzoną gorliwość duchowieństwa. Otworzyły się przed niem domy, serca, dusze i kieszenie, spadły wszelkie zapory. Weszło ono wszędzie — i zapanowało.

Przykład szedł z góry. Biskup stal się niezbędnym we wszystkich arystokratycznych domach miasta. Te, których nie stać było na biskupa, zaopatrywały się na gwałt w księdza. Tylko zupełnie wolnomyślnie i całkiem podejrzane jednostki robiły dalej swoje bez duchownego patrona. Tych było niewiele. Naogół czarna sutanna kapłańska uwijała się wszędzie, a nad każdym objawem życiowym rozciągnęła się błogosławiąca lub wyklinająca dłoń duchowna.

Wśród duchowieństwa nowy prąd rozbudził nowe życie. Wprawdzie byli tacy, którzy przekładali po dawnemu spokój luby ponad wszelkie możliwe odznaczenia się i znaczenie w świecie, ale młodsi, ambitniejsi, którym życie, schodzące na spowiadaniu dewotek, nie mogło wystarczyć, rzucili się z zapałem na szeroką arenę, która się przed nimi otworzyła i, przejąwszy się hasłem biskupa, Nic bez księdza!, działać zaczęli. Nie pytano się ich i oni też nie zapytali się sami siebie, jakie mają na to kwalifikacje ? Kwalifikacji powinien był dostarczyć Bóg, w którego imieniu zaczęły dziać się różne rzeczy. Otworzyły się szkółki, ochronki, przytułki, szpitale, szwalnie, koszykarnie, warsztaty ślusarskie, szewskie, stolarskie, patronaty, stowarzyszenia i żłobki. Zawiązały się kółka rzemieślnicze, robotnicze, służby domowej, szwaczek, praczek, pan, panien, uczących i uczących się, nawracających i oświecających, adorujących i pokutujących. Rozpoczęły się przeróżne praktyki naukowopobożne, rekolekcje, dyskusje, konferencje, czytania wspólne i referaty. Otworzyły się nowe pisma. Zaczęły przerzucać się z rąk do rąk książki poważne, filozoficzne, treści społecznej i ekonomicznej. Ci, a zwłaszcza te, które dotychczas nic prócz powieści nie miały w ręku, teraz pochylały czoła nad dziełami socjalizmie chrześcijańskimlub kasach Reiffeisena, i przeczytawszy parę broszurek, wygotowywały wspaniałe referaty ku pożytkowi młodszych braci w Chrystusie. Widać było panny, które dotychczas mówiły tylko po francusku, dające lekcje języka i literatury polskiej i wykładając wzrastającym pokoleniom dzieje narodu. Widać było poważne matrony, które dotychczas nad Przeglądem politycznym w gazecie zasypiały stale i błogo, rzucające się w tłum na zebraniach stronnictwa chrześcijańskodemokratycznego, zainicjowanego przez biskupa. Widać było solidnych obywateli, którzy grosz do grosza składali przez lat wiele i procent dodawali do procentu, a nigdy żadnem społem czeństwem nie zawracali sobie głowy, otwierających kieszenie swe i ogniotrwałe kasy na potrzeby powołanych teraz do życia instytucji. I widać było księży, którzy zaraz po wyjściu z murów seminaryjnych doskonale znali stan kraju, wszelkie warstwy jego mieszkańców, jego historję, stosunki prawne, obyczajowe, ekonomiczne, handlowe i przemysłowe, stawiali niezbite horoskopy na przyszłość, oceniali wszelkie ewentualności polityczne, rozcinali wszelkie węzły gordyjskie, w każdej dziedzinie wiedzy ludzkiej posiadali nieomylne wiadomości, i już nietylko, że rozdawali lub odbierali szczęśliwość wieczną w niebie, ale tu na ziemi znali się doskonale na przygotowaniu farby do malowania, na podręcznikach do gieografji, na kroju koszul i bluzek, na buchalterji i towaroznawstwie, na stylach architektonicznych i na hygienie niemowląt. I sprawdzały się słowa Ewangielji: że duch, kędy chce, tchnie.

Ks. Bronicz zrazu zajęty parafialną pracą, a w chwilach rzadkiej swobody rad dorwać się do swoich podręczników naukowych, nie zwracał uwagi na to, co się wokoło działo. Stary proboszcz dbał tylko o swój spokój i o zdrowie, i żadnych nadprogramowych zajęć nie pożądał, ani dla siebie, ani dla swego wikarego. Ale tak być nie mogło wobec ogólnej działalności, jaka się rozwinęła po wszystkich parafjach. Ulegając wyższej władzy, zgodził się wreszcie stary proboszcz, narzekając, gderząc i klnąc nowe mody, założyć przy kościele ochronkę, dla dzieci z parafji. Zaprosił do siebie paru znanych działaczy na tem polu — i odbyła się narada.

Naprzód wystąpił z długą przemową ks. Hosko, młody człowiek, znany ze swej bogobojności i życia ascetycznego. Wiadomo było, że wszystko, co posiada, oddaje na cele oświaty, a będąc jeszcze wikarym, założył przytułek dla bezdomnych chłopców. Teraz, wezwany na naradę, z zapałem mówił o ukochanem dziele.

— Mam ich już stu dwudziestu, a codzień przybywa. Ot, i dziś przyprowadzono mi maleństwo może czteroletnie, matka leży w szpitalu, ojciec porzucił, a ten malec, nie mając co jeść, żebrał na ulicy. Przygarnąłem. Niech będzie. Ja nawet już nie pytam, z czego ich nakarmię, bo funduszów na to nie mam żadnych. Wczoraj naprzyj kład, nie mieliśmy ani grosza, a tu trzeba jednak coś dać zjeść...

— I coż ksiądz zrobiłeś ?

— A coż, chleba wziąłem na kredyt, kartofli mamy jeszcze, kazałem ugotować i z sola jedliśmy przez cały dzień.

— Biedne dzieci! — rzekł ks. Zaliński, młody, przystojny mężczyzna, opięty w doskonale skrojoną sutannę.

— No, ale teraz jestem już spokojny. Wynalazłem sposób, że będzie wszystko dobrze. Oto urządziłem w dużym pokoju śliczną kaplicę i kupiłem obraz Matki Boskiej, bardzo pięknie olejno malowany. Około stu rubli kosztuje. Teraz już Matka Boska będzie musiała czuwać nad mojemi dzieciakami i dostarczać im chleba, bo to jakby jej dom. Już teraz musi o nich myśleć.

Mówiłby ks. Hosko dłużej, lecz proboszcz, którego to nudziło, przerwał:

— No, zebraliśmy się, więc powiedzcież mi teraz, jakże to się robi taka ochronka?

— Ach, to rzecz bardzo prosta — zaczął ks. Zaliński, Założył nogę na nogę i tłomaczył:

— Trzeba mieć pokój oddzielny naturalnie. Probor szczowi chyba łatwo o to w tych murach? No, i zapowiedzieć której niedzieli z ambony, żeby rodzice przyprowadzili swe dzieci, że się zakłada ochronka dla nich...

— Oni nie zrozumieją, co to jest ochronka. A szkoła, nie można mówić — przerwał proboszcz.

— Wszystko jedno ! Któżby tam wdawał się z nimi w tłómaczenia! Jak z ambony posłyszą, żeby dzieci przyprowadzić, to przyprowadzą — rzekł ks. Trojno, drugi wezwany działacz, posiadający wielkie zaufanie biskupa.

— Ma się rozumieć I U mnie, gdym raz tylko to ogłosił, to nazajutrz był taki tłum na podwórzu, że dobić się nie mogłem do mieszkania. Oni nawet nie wiedzą, czego idą...

I ks. Zaliński wzruszył pogardliwie ramionami. Byle słówko powiedzieć... idą owczym pędem — prawdziwie jak owce...

— No, przypuśćmy. Więc cóż dalej? Mamy pokój i mamy tłum. Coż dalej ?

Dalej — trzeba dzieci zapisać, naznaczyć godziny i niech przychodzą.

— Dobrze, ale cóż z niemi robić? Uczyć? A któż ich uczyć będzie? I czego?

— A no przecie musi być jakaś nauczycielka. A niech ksiądz wikary uczy religii!

— Nauczycielka? — Proboszcz zamyślił się. — Przyznam się, że ja tych bab nie lubię. Zawsze tylko kłopot z niemi.

Ks. Żaliński i ks. Trojno uśmiechnęli się dowcipnie.

— Kłopot to kłopot! — Ks. Zaliński poprawił pięknie zaczesaną fryzurę. — Ale teraz takie czasy nastały, że bez nich nic zrobić nie można.

W tej chwili zaszła przerwa w rozmowie, bo wszedł do pokoju człowieczek mały i bardzo chudy, w wyszarzaną sutannę ubrany i, przywitawszy się z obecnymi, usiadł w ciemnym kąciku.

— Ot, ks. Janowski nam poradzi — rzekł proboszcz, bo to praktyk.

— Ja... nie! Ja... broń Boże! Coż ja!... — zapiszczał cienki głosik z kąta. I mała postać jeszcze głębiej zasunęła się w cień.

— Jak tam jest, to jest — zwrócił się do proboszcza ks. Trojno. — Ale w szkole, czy tam w ochronce, bez kobiety ani rusz! Któż będzie bachorom nosy obcierał, a kto ich nauczy abecadła ? Kto ? Tu musi być baba.

— Niech będzie baba — zgodził się proboszcz z westchnieniem. Tylko uprzedzam, ja z nią nie chcę mieć do czynienia. Dam mieszkanie, dam pieniądze, a niech ks. wikary pora się tam z niemi. Bo ja ani tych nauczycielek, ani tych dzieci widzieć nie chcę.

— Oho ! ksiądz wikary będzie bardzo rad ! — zaśmiał się ks. Zaliński.

— To już jego rzecz westchnął proboszcz i głębiej w fotel się zasunął.

Ks. Szymon dotychczas nie odzywał się prawie. Nicspokojny i niepewny słuchał rozmowy starszych księży. Ale teraz do niego się zwrócono. Zmieszany zaczął:

— Ochronka, czy tam szkoła, to owszem, bardzo dobra rzecz. — Doskonała! Tylko... trzeba ją umieć prowadzić. Bo lepiej nie uczyć wcale, lepiej nic nie robić, niż zrobić źle. A któż tu z nas ma o tem pojęcie? Ks. Hosko ma wprawdzie u siebie ochronę, ale tam chodzi głównie, jeśli dobrze zrozumiałem, o przytułek dla dzieci żebrzących. Mnie, przyznaję, chodziłoby o co innego, o danie dzieciom elementarnej, ale porządnej nauki o oświatę. A o tem...

— Przedewszystkiem religja! — przerwał ks. Hosko. Religja — pobożność, katechizm...

— Ależ i religja nie przyjmie się bez jakiej takiej oświaty.

— No, tak. Czytać można nauczyć. Nie mam nic przeciwko temu.

— I czytać, i pisać, i początków przynajmniej arytmetyki, i choć trochę gieografji — i choć trochę dać pojęć o przyrodzie, o historji kraju własnego.

— No — to już bardzo szeroki program.

— To jest najelementarniejszy zakres, na jaki można się zgodzić. Ja przynajmniej tak myślę — mówił ks. Szymon, zapalając się. — Ale wiem także, iż wprowadzić to w życie i robić porządnie — nie łatwo. Ja, przyznaję, zupełnie na tem się nie znam. Nie wiem, ani jak uczyć, ani z jakich podręczników, ani co po czem ma następować. Dzieci nie znam, nie potrafię tak odrazu zastosować się do nich. Jabym musiał sam popraktykować chyba przy dobrej szkole. Ja nie umiem nic. Jakże mógłbym taką ważną pracą kierować ?

Księża spojrzeli po sobie. Mała postać wysunęła z ciemności ciekawą twarz.

— Ks. wikary skrupulat, jak widzę — zawyrokował ks. Trojno.

— Nie, wcale nie skrupulat — odparł Szymon, którego drwiący jego ton troche uraził — wcale nie skrupulat. Ale ja mam sumienie i nie moge się brać do tego, czego nie umiem robić. Prowadzić szkołę! to przecież zadanie ważne i odpowiedzialne bardzo.

— Czekać nie możemy. Jego Ekscelencja kazał, żeby przy każdej parafji była ochronka — rzekł ks. Trojno — słuchać trzeba.

— Tak, w niedzielę po kazaniu zapowie się rodzicom. Niema rady.

Proboszcz smutnie pokiwał głową.

— Ja kierować tem nie moge — rzekł ks. Szymon. — I naraz przyszła mu na myśl Dorszówna. — Ale — zawołał — mam myśl doskonałą! Znam tu jedną osobę bardzo wykształconą, społeczną, ona od lat kilkunastu zajmuje się oświatą, uczeniem dzieci. Ma wiele doświadczenia. Ją poprosić o kierownictwo! Przyjmie z pewnością.

— Któż to taki? — spytało razem kilka głosów.

— To jest panna Marja Dorszówna.

Na dźwięk tego imienia zapadła wśród zgromadzonych cisza. Spojrzeli po sobie wszyscy, proboszcz chrząknął znacząco. Ks. Trojno obrzucił Szymona badawczem spojrzeniem i westchnął. Aż wreszcie odezwał się ks. Zaliński chłodno:

— My takich Dorszówien nie potrzebujemy. Szymon protestować nie śmiał, bo uczuł, że tu nie miejsce na to. Prawda! Ci ludzie takich Dorszówien nie potrzebowali, tak jak nie potrzebowali uczciwej roboty, gdyż wystarczała im w zupełności tandeta, byle na niej był ich własny stempel. Bo w całej tej sprawie o ochronkę nie o nią im chodziło, nie o dobro dzieci, lecz o wiele innych zupełnie postronnych względów.

Zamyślił się nad tem głęboko i smutno. I nie słyszał, co dalej mówiono. Aż ks. Zaliński zwrócił se wprost do niego:

— Wybiorę księdzu jaką miłą, poczciwą panienkę, i przyszłe — mówił wstając — bo go już znudziła ta narada. — Możeby tę Karolinkę spytał ks. Trojny — co to wiesz kolega...? Ta czarna...?

— A... wiem, wiem... A cóż, może... Była przez czas jakiś u śgo Marcina...

— I u mnie była — wtrącił ks. Hosko. — Bardzo, bardzo bogobojna panna...

— Tak. Bardzo dobra dziewczyna. Przyszłe ją jutro.

— A wieleż jej trzeba płacić? — spytał proboszcz.

A no, nie wiem. Myślę, że jakie piętnaście, dwadzieścia rubli miesięcznie trzeba dać.

— Dwadzieścia! Zmiłuj się, kochany! Skądże ja wezmę. I tak już na mieszkaniu tracę... A opał, a światło. I to jeszcze dwadzieścia rubli na miesiąc. Nie, ja tyle nie moge, nie moge.

— Niech się proboszcz z nią potarguje. Może i piętnaście będzie dosyć.

— A zresztą, rzekł ks. Trojno — trzeba, żeby parafianie sami się złożyli na ochronkę. Przecież to się robi dla ich dzieci. Zebrać składkę, naznaczyć tyle od bogatszych, tyle od biedniejszych, to i będą pieniądze. Inaczej nie można. Nawet dla zasady...

— Tak to tak! Święta prawda! Niech płacą! A to przywykną, że wszystko z naszych kieszeni... A nam i tak już coraz ciężej żyć I Dawniej, bywało, jak otworzysz skarbonki to sypią się półimperjały... A teraz, same miedziaki! Śmiecie takie, że i wstyd do ręki wziąć. Na kościół przestali całkiem dawać.

Aż z ciemnego kąta odezwał się głos:

— Niech płacą! Tak, tak! sprawiedliwie! Od czegóż oni są? Owieczki głupie! niech wełnę swoją dają pod nożyce. Niech dają. Tak, tak! Dobry pasterz umie dobrze strzyc. Che, che, che...

Wszystkie oczy zwróciły się na księdza Janowskiego. A on śmiał się przykro i ręce zacierał. Proboszcz machnął ręką, jakby się chciał od słów jego opędzić, a ksiądz Zaliński szepnął do księdza Trojny: Warjat!

Przez chwilę milczeli wszyscy.

Ks. Trojno rzekł wreszcie, zabierając się do wyjścia:

— Więc jakże będzie? Szymon odważył się.

— Ja — rzekł — od kierownictwa usuwam się stanowczo i nie biorę na siebie żadnej odpowiedzialności. Lekcje religji, jeżeli trzeba, dawać będę, chociaż i o tem nie mam pojęcia, ale postaram się. Ale wszystko inne, cały zarząd, program i tak dalej, kto się tem zajmie? Czy ta panna... Karolina... taka jest, że potrafi?

Ks. Zaliński uśmiechnął się.

— At, sprytna bestyjka. Może i potrafi... A ks. Trojno dodał:

— Co niema potrafić! Nie święci garnki lepią...

Ale, niechby tam dla pewności przychodziła jeszcze która z pań, może z naszych Niepokalanych która, co? i niech dogląda. Dobrze? Jutro mamy sesję, moge im powiedzieć, dobrze?

— Ale może i te panie Niepokalane nie mają pojęcia o uczeniu dzieci? Trzebaż kogoś kompetentnego — upierał się Szymon.

— E, księże wikary! Dajcież pokój ze skrupułami! Dziś się na tem nie poznają...

— Co oni wiedzą! Co oni rozumieją! Bydło ciemne!

I znowu cienki głosik zapiszczał:

Tak, tak! Bydło ciemne! Śmiało możemy ich dalej ogłupiać. Oni się na tem nie poznają.

Ale na to z uniesieniem ozwał się ks. Hosko:

— Religji im potrzeba, przedewszystkiem religji! Mniejsza o naukę, byleby była religja! Byleby ich nauczyć Wiary!

— No, do widzenia — przerwał ks. Zaliński.

— Do widzenia — rzekł ks. Trojno. I zaczęli się żegnać..

x.

Szymon również wyszedł na korytarz i, mocno zasępiony skierował się do swego mieszkania. Aż za sobą posłyszał drobne kroki i głos wołający: Księże wikary ! Księże wikary!

Ks. Janowski go dopędził, wymachując rękami.

— Poczekaj, księże wikary. Masz chwilę czasu, to zaproś mnie do siebie i pogadamy. O jednej rzeczy pogadamy. Bo już nie moge, nie wytrzymam, uduszę się w tej stęchliźnie, uduszę się, muszę się przed kimś wygadać.

Gdy jednak usiadł w mieszkanku Szymona na wyplątanej kanapce, która w pierwszej celi przedstawiała salon, ks. Janowski zapadł w głębokie milczenie. Nie pomogły pytania, rzucane od czasu do czasu, nie pomogło krzątanie się około herbaty, nie pomogła podana mu szklanka i podawany cukier. Z głową na ręku opartą milczał zawzięcie. Szymon, który go dotychczas nie znał prawie, naprawdę myśleć zaczął, że ma do czynienia z warjatem.

Aż naraz mały człowieczek porwał się z miejsca , obejmując głowę rękami, biegać zaczął po pokoju.

— Boże, mój Boże! Boże, mój Boże! — powtarzał żałośnie — co oni zrobili! co oni z niej zrobili, z tej świętej nauki Twojej! Dlaczego, mój Ty Boże wielki, nie spuścisz na nich piorunów swoich!

— Co ksiądz wygaduje ! — zdziwił się Szymon — Jakto! sam kapłanem będąc...

Ks. Janowski zatrzymał się przed nim nagle onieśmielony i rozłożył ręce bezradnie.

— Prawda, prawda, kapłanem jestem. Nie powinienem wygadywać na kolegów. Ale słusznie mówią, że i warjatem jestem. I nie moge... nie moge... Gdy coś takiego widzę, to... nie moge... — Urwał, raz jeszcze dokoła pokój obiegł i znów stanął przed Szymonem. — Ale bo widzisz — ja nie taki ksiądz, jak oni. Ja nie taki. Ja z rozpaczy... i z miłości...

Zamyślił się, zapatrzył gdzieś w dal. I znowu zaczął :

— Bo oto tak było: młody byłem, bogaty, jedynakiem u rodziców. Skończyłem świetnie nauki i ożeniłem się z dobrą, kochającą i prześliczną dziewczyną, którą i ja kochałem tak, jak tylko może ukochać serce człowiecze. Byłem chyba najszczęśliwszym z ludzi. I oto pomyśl! we dwa tygodnie po naszym ślubie kazałem zaprząc dwa kuce do małego koszyka i żonę powiozłem do folwarku. Cudny był dzień wiosenny ! Widzę jeszcze te lasy, te łąki ukwiecone, a na nich żerujące bociany. Widzę to, widzę...

Oczy jego, podniosły się ku sklepieniu, zaszły jakby mgłą, i widział ów dzień, wiosenny dzień swego życia..

Śmieliśmy się, jadąc, żartowaliśmy, byliśmy szczęśliwi. Nagle kuce czegoś się spłoszyły, poniosły, wpadiy na jakiś mostek, koło nasze zaczepiło o barjerę, konie stanęły dęba. I runęliśmy w dół z mostu do rzeki. Gdy się ocuciłem, kilku włościan stało nademną. A obok Ieżała moja zona... z roztrzaskaną głową...

— Boże ! — szepnął Szymon.

Ks. Janowski przez chwilę milczał. Tylko po twarzy jego chudej i pomarszczonej zaczęły przebiegać drgania...

— Oto dlaczego zostałem księdzem — rzekł po chwili — Bo mi nagle świat cały zbrzydł, bo straciłem pod nogami grunt, bo czułem na sobie rękę Boga i głos Jego posłyszałem, który mówił. Teraz mnie służyć będziesz! Więc porzuciłem wszystko i wstąpiłem do seminarjum. I oto kapłanem jestem od piętnastu lat. I powiadam ci, pomimo wszystko, pomimo wszystko, co... ach! ty już wiesz, ty już widzisz, księże wikary ! A pomimo wszystko, codziennie na kolanach Bogu za tę łaskę najwyższą dziękuję, dziękuję... — Złożył ręce, jak do modlitwy, i zapatrzył się w górę, usta jego coś szeptały.

Odwrócił się znów do Szymona.

— Nie myśl, że nie widzę, nie myśl, że się nie oburzam — rzekł. — Są chwile, gdy mi się wnętrzności skręcają na widok upadku naszego kościoła. Tak, tak! Ta boska nauka naszego Pana, na coż ona zeszła w ich rękach ! — Ręce do twarzy podniósł nagle i, kiwając się naprzód i w tył, biadać zaczął: — Ach ! co oni z niej zrobili! co oni zrobili! z tej czystej boskiej nauki, z tej Ewangielji świętej... W co ją oni obrócili! W pęk rózeg obrócili na karki biednych łudzi. W kajdany na myśl wolną. W towar, sprzedawany temu, kto da więcej. W podnóżek pod własne stopy swoje. W szczebel, na którym stanąwszy, góruje się nad tłumem. I w wygodny, ach! jaki wygodny, i ciepły, i miękki płaszczyk, pod którym wszystko, wszystko można ukryć. I w haczyk, w długi, cienki haczyk, co z cudzej kieszeni ruble wyciąga ! O, jak wyciąga!... Co oni z niej zrobili! — Urwał. Pomilczał chwilę z oczami utkwionemi w dal. I nagle porwał Szymona za rękę. — Czy ty to widzisz? Czy ty to rozumiesz? Możesz sobie wyobrazić? Chrystus Pan, targujący się o kopiejki z biednym, ciemnym chłopem! Chrystus Pan, odbierający kucharkom połowę ich pensji na chorągwie dla siebie ! Chrystus, sprzedający odpusty, to jest szczęście wieczne, na arszyny, na funty! Chrystus, pożyczający na wieczne nieoddanie naprawo i nalewo, gdzie się da, odbierający wdowom i starym pannom ostatni ich kapitalik, byle mieć kieszenie pełne! Ach! możesz to sobie wyobrazić? On... Chrystus... Pan nasz ukochany L.

Chuda, pomarszczona twarz podniosła się do góry, oczy zabłysły, na żółtych policzkach rozlał się rumieniec. Złożył ręce jak do modlitwy i cicho szeptać zaczął :

— Panie mój, Jezusie słodki I widzę ciebie, leżysz w żłobku, w stajence, na słomie, u wolu i osła pożyczonej, gdyż nic nie posiadasz, nic posiadać nic chcesz. Panie mój, widzę Ciebie, stoisz przy warsztacie i ciężko na kawałek chleba pracujesz, ręce Twe od hebla i piły zgrubiały, a krople potu na Twem czole. Panie mój, idziesz ludzi nauczać, to przyjmujesz od nich jałmużnę, ale często, gdy nie dadzą, to Ty niemasz gdzie głowy na sen złożyć. Panie! Panie ! a gdy na krzyżu zawiśniesz, to nagi i biedny umierasz, i ciało Twe składają w darowanym grobowcu...

W podniesionych oczach zaczęły się perlić łzy, aż zwolna spłynęły i spadły na złożone dtonie. Ks. Janówski prędko je obtarł i poruszył się gwałtownie.

— A my co! — zawołał — a my co? My, Jego przedstawiciele na ziemi!

Porwał się i zaczął chodzić po pokoju. Biegał tam i napowrót, a za nim trzepotały się poły sutanny.

— A jednak — rzekł, stając nagle przed Szymonem — my mamy prawdę! My jedni! I my jesteśmy najbliżsi Boga!

Mała jego postać wyprostowała się i jakby wyrosła. Wydał się Szymonowi jakiś inny w tej chwili, poważny i natchniony.

— Co mnie oni obchodzą! — rzekł po chwili — Ty, Panie, jesteś zawsze ten sam, czy wśród złych, czy wśród dobrych mieszkasz. I ja Ciebie posiadam, i Twoją prawdę, i Twoją miłość posiadam! A poza tem niema nic.

Schował twarz w dłonie i przez chwilę jakby się modlił. Aż naraz odwrócił się, spokojnie zbliżył się do stołu, usiadł i pić zaczął herbatę. Ślad wzruszeń poprzednich zniknął.

— A ty? A ty, księże wikary? — spytał nagle. I wiepił w Szymona przenikliwe, małe oczki. Co ? szczęśliwy jesteś? Co?

Szymon, zaskoczony pytaniem, spuścił głowę i milczał.

Ks. Janowski popatrzał nań badawczo, uważnie. Wreszcie westchnął ciężko i rzekł:

— ?le z tobą, bracie, źle! Prędzej, później, zbuntujesz się.

— Jakto?

— Widzę to z twoich oczu. Tam, na dnie tkwi bunt. To nic, że teraz się nie odzywa — a może się już i odzywa? Przyjdzie czas, że cała twa dusza zbuntuje się, dęba stanie przeciwko munsztukowi, jarzmo stanie się dla niej wstrętnem. I porzucisz...

— Co! Jabym miał porzucić... kapłaństwo ! — zawołał Szymon, i fala krwi uderzyła mu do twarzy. Wiedział, że zdarzają się podobne na świecie wypadki, słyszał niekiedy, że ten lub ów zrzucił szatę kapłańską, ale były to w jego pojęciu potworne fakty, zbrodnie, może wreszcie nieszczęścia, od których niechże go Bóg zachować raczy ! Ten ks. Janowski musiał doprawdy mieć źle w głowie, aby takie rzeczy przepowiadać.

— Nie, księże odparł po chwili — ja kapłaństwa nie porzucę nigdy. Przysięgłem Bogu, przysięgłem sobie samemu. I dotrzymam przysięgi. Tak mi Panie Boże dopomóż.

— Daj Boże ! daj Boże — rzekł ks. Janowski — życzę ci tego szczerze. Ale... nie wierzę...

Ks. Szymon rozłożył dłonie.

— Nie wierzę — mówił dalej ks. Janowski — bo widziałem cię teraz, gdyśmy mówili o ochronce. Nie jesteś z tego ciasta upieczony. Nic skorzystałeś z okazji, aby się naprzód wysunąć, aby się pokazać, najprzód pomyślałeś, że rzecz jest poważna, że zrobić ją trzeba sumiennie, że tandety ludziom za dobry towar sprzedawać nie można, że nauki tak sobie traktować przez nogę nie należy i że można seminarjum skończyć, a jeszcze nie umieć wielu rzeczy. Któryż to z nas przyzna się kiedy, zwłaszcza przed ludźmi świeckimi, że czegoś nie umie? Ksiądz, choćby Ważnem jeszcze był, niedorostkiem, któremu jeszcze mleko nie zaschło pod nosem, jest wszechwiedzący. Dla niego żadna wiedza nie ma tajemnic. On wszystko wie, wszystko rozumię, o wszystkiem decyduje bez zająknienia. Nic mu nie imponuje. To, że jakiś badacz dwadzieścia lat życia zużył na dojście do jakiegoś pewnika naukowego, to nic ! to sobie ot, takie dziwactwo. Przeciętny ksiądz jest wogóle tak ciemny, że nawet nie domyśla się, iż jest coś do badania. On nie widzi różnicy między własną głową a głową Newtona lub Kanta, już nie mówiąc o tem, że Darwin dla niego jest oczywistym durniem. I oto masz najlepszy dowód na tej waszej ochronce. Ekscelencja kazał, żeby była ochronka, bo trzeba wszędzie wpływy roztaczać — proboszcz wezwał kilku luminarzy na naradę. Cośmy uradzili? Ze ma być pokój, że będzie Karolinka, że religja jest potrzebną, że parafjanie zbiorą składkę i że są bydłem ciemnem. Ty jeden, młodzieńcze niedoświadczony, zawahałeś się. Ty jeden wyraziłeś zdanie, że może być zlą taka robota. Tamtym ani to przez myśl nie przeszło. Od czegóż są księżmi? Co rozwiążą na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie. Więc czegóż chcieć więcej ? A ty, czyż nie jesteś buntownikiem? Szymon zaśmiał się.

— Przesadza ksiądz, przesadza — odparł wesoło.

— Może i przesadza. Wiadomo, jaż warjat przecie — odrzekł ks. Janowski. — Ale nie moge, nie moge patrzeć na to, co się dzieje w tym Pańskim przybytku. Nazewnątrz, dla motłochu, trzymamy się jako tako, groby pobielane! Ale tu w środku, o, mój Boże! mój Boże! Ty chyba sam poradzisz na to!

Znowu milczał długą chwilę, kiwając się naprzód i w tył Aż zwrócił się do Szymona.

— A ciebie to mnie żal — rzekł. Ty, księże wikary, nie masz, tak jak naprzykład ja, miłości i wiary pomimo wszystko, naprzekór wszystkiemu. A to jedno może człowieka utrzymać, to jedno! Ty zawsze tu będziesz, jak ptak bez gniazda... jak sierota na świecie... jak gałąź od pnia odłamana...

— Jak odłamana gałąź... — szepnął Szymon, bo przyszły mu na myśl słowa Heli.

— Tak, tak! Właśnie... Jak odłamana gałąź... Pełna ona jeszcze soków, i liście ma zielone, i siłę ma do życia. A odłamana... Więc spadła na drogę i leży, niepotrzebna nikomu, i zawalidrogą jest... Burza przyszła i odłamała ją od pnia... Ach! straszne te burze, co odłamują gałęzie !

Zamknął oczy, i po twarzy znowu zaczęły mu przebiegać drgania.

Aż nagle zerwał się i zaczął się żegnać.

— No, wyprawże mnie już od siebie, księże wikary! Wyprawże! Bo jeszcze ci takiem gadaniem co złego zrobię naprawdę. O, ja warjat, ja dziwak, ze mną nie dobrze jest się zadawać !...

Ochronkę przy kościele otwarto uroczyście. Przyjechał biskup, zebrało się kilkunastu księży, kilka pan Niepokalanych w bardzo wytwornych angielskich kostj urnach i z brylantami w uszach. Karolinka, skromnie spuszczająca oczy na złożone na piersiach ręce, gromada dzieci, stłoczonych w róg pokoju, i tłum rodziców na korytarzu. Biskup miał przemowę do proboszcza, chwaląc jego apostolską gorliwość dobro parafji, do wikarego, do dzieci, do rodziców, do Karolinki i do całgo społeczeństwa. Dokonano poświęcenia mieszkania, zawieszono oleodruk, przedstawiający Anioła Stróża nad kołyską niemowlęcia. Karolinka i kilka dziewczynek zanuciło jakąś piosenkę inne jeszcze nie umiały), dwie panie rozdały dzieciom bułki i pierniki. Proboszcz poprosił towarzystwo do siebie na skromną przekąskę — i ochronka została otwarta.

Ks. Szymon, chcąc nie chcąc, musiał się w nią wdać. Opiekunką została przez samego biskupa naznaczona jedna z pań Niepokalanych, pani Okielska, która zaraz okazała wielką gorliwość i postanowiła poszyć dla wszystkich dzieci fartuszki. Zaprosiła też na dzień następny ks. Szymona i Karolinkę do siebie na naradę w sprawie programu, podręczników i rozkładu zajęć.

Na tej naradzie Szymon milczał zrazu zawzięcie, bo właściwie nie miał nic do powiedzenia. Pani Okielska biadała nad demoralizacją miast, a Karolinka, siedząc na brzeżku krzeszła i oczy skromnie spuszczając, oświadczyła, że doskonale sobie poradzi z dziećmi, że nauczy wszystkiego co potrzeba, że najnowsze metody zna, że u śgo Marcina miała sto dwadzieścia dzieci mniejszych i starszych, i że wszystkie sprawiały się doskonale.

Szymon nie oponował. Wiedział że toby się na nic nie przydało. Nikt w tem gronie drażliwości jego nie mógł i nie chciał rozumieć. Trzeba było zamilknąć, zęby ścisnąć, krytykę odegnać precz i, jak wół posłuszny, ugiąć kark pod jarzmem. Zamilkł więc, ale gryzł się.

Pani Okielska z Karolinką bynajmniej jednak nie okazywały troski. I rzeczywiście: rozpoczęły się zajęcia — i jakoś tam poszło. Dzieci przychodziły tłumnie, wrzaskiem i śmiechem napełniając ciche dotychczas korytarze. Po lekcjach wybiegały z tupotem popychając się i prowadząc aż na ulicy zajadłe bójki. W ochronce panowały nieustanne szmery, ruch, chichoty i szepty, szturchania się i kopania pod stołem, a że zbierało się razem około setki dzieci różnego wieku i różnej czystości, więc pod koniec dnia zaduch i gorąco stawało się takie, że dzieci wprost zasypiały i chyliły główki, jak zwiędłe kwiaty.

Czyż to tak być musi koniecznie? — spytał raz ks. Szymon panią Okielską, która po bohatersku przychodziła raz na tydzień odwiedzić ochronkę. — W takiem powietrzu to i nauka nie idzie do głowy.

— A cóż na to poradzić, proszę księdza — odrzekła z rezygnacją — nie mamy jeszcze na szkolne gmachy.

— Ależ najprostsza hygiena...

— Ach ! proszę księdza wikarego dobrodzieja — wtrąciła obecna przy tem Karolinka, podnosząc na niego zalotnie piękne swe czarne oczy — wszakże takie dzieci mają w domu jeszcze gorsze powietrze. One powinny przyzwyczaić się od maleństwa.

Karolinka tymi czasy nabrała wielkiej pewności siebie.

— Mówię pani jednak, że, gdy płuca nie mają czem oddychać, to i krew mózgu nie odżywia dostatecznie. A zatem i mózg nie pracuje. Więc cała nauka na nic.

— Ksiądz ma rację niezaprzeczenie — w teorji — uśmiechnęła się pani Okielska łaskawie. — Ale w praktyce, co na to poradzić?

— Możeby dzieci podzielić na dwa oddziały i krócej trzymać?

— To, zamiast tu siedzieć pod dobrą opieką, włóczyłyby się po ulicach...

Ks. Szymon nie znalazł na to odpowiedzi. Nie uspokoił się jednak. Czuł, że ta cała robota jest robiona żle, poomacku, bez najmniejszego pojęcia o rzeczy, bez namysłu, bez przygotowania, poprostu na to tylko, aby pokazać, że coś się robi. Proboszczowi chodziło o wykonanie wyższych rozkazów, Pani Okielskiej — o uczynek miłosierny i o zasługę przed Bogiem i przed spowiednikiem, Karolince — o pokazanie księżom swego poświęcenia i umiejętności. A jaka stąd była korzyść dla dzieci, tego nikt nie wiedział i właściwie nikt o to się nie troszczył.

Postanowił, nikomu się nie opowiadając, pójść po radę do Dorszówny.

Przyjęła go bardzo uprzejmie i dała mu wypowiedzieć się szczerze. Widać było, że ją ta sprawa obchodzi i że radaby mu dopomóc. Ale jakim sposobem?

— Nie, nie. Teraz nic tu zrobić się nie da — rzekła po namyśle. — W ochronce rzeczą najważniejszą jest nauczycielka, a Karolinki nie można usunąć. Więc i próbować nie warto.

— Ta Karolinka jest bardzo marną nauczycielką?

— Karolinka! To nie jest wcale nauczycielka. To szwaczka.

— A ks. Trojno mówił...

— No, ks. Trojno! — machnęła ręką. — Lepiej o tem nie mówmy — dodała po chwili. — Ale niechże ksiądz odwiedzi kiedy nasze ochronki, to odrazu zobaczy, jaka jest różnica między dobrą nauczycielką, a taką sobie Karolinką.

Ks. Szymon skorzystał z zaproszenia i odwiedził kilka szkółek Dorszówny i jej przyjaciół. I zdziwił się. Jakże tam było cicho, czysto, wesoło i jakoś jasno, pomimo, że mieszkania, w których lekcje się odbywały, ciasne były bardzo. Jaka tam panowała atmosfera swobody, a zarazem karność! A te dzieci, jakże umiały patrzeć prosto w oczy i na zapytania dawać rozsądne odpowiedzi — i jaką dobrą polszczyzną!

Na tych twarzyczkach były już widoczne ślady pracy nad sobą, walki ze złem i usiłowań ku dobremu. Te oczy niebieskie, piwne lub szare, miały już w swej głębi rozniecony płomień: te czoła umiały już się nachylić dobrowolnie i uważnie nad skarbnicą wiedzy,w tych serduszkach urodziły się już szlachetność, uwielbienie, poszanowanie i miłość. Nie było to już dzikie stado uliczników — ale mali ludzie.

Szymon z rozkoszą pośród nich przebywał. I z tem większym wstrętem wracał do swojej ochronki, gdzie być musiał, a wiedział, że nic dobrego się nie robi. Dnie, w których miał lekcje religji, stawały się dlań coraz przykszejszymi, tembardziej, że asystująca mu stale Karolinka zaczęła go drażnić swemi wpijającemi się w niego z zachwytem oczami.

To też radość jego była wielka, gdy mu proboszcz zwiastował, że drugiego jeszcze wikarego naznaczył biskup do ich parafji. Szymon odrazu zastrzegł sobie uwolnienie z ochronki. Jakoż w pierwszych dniach po przybyciu ks. Lubczyńskiego zdał mu dzieci, lekcje, Karolinkę i panią Okielska, i sam z uczuciem ulgi postanowił, iż noga jego już tam nie postanie. Z serca spadł mu kamień ciężki. Już przynajmniej ręki swej przykładąc nie będzie do dzieła tak pięknego w teorji, tak spaczonego w praktyce. Nie będzie robił tego, czego nie umie.

Ks. Lubczyński zupełnie inaczej zapatrywał się na te sprawy. Był to człowiek młody, seminaryjny kolega Szymona, bardzo przystojny, lubiący żyć i marzący o szybkiej karjerze. Do wypełniania obowiązków swoich zabrał się energicznie i bez cienia wątpliwości. Lekcje w ochronce chętnie wziął na siebie i zaraz zawarł z panią Okielska stosunki, zaczął u niej bywać nietylko w interesie, lecz na fixach, przez nią poznał i inne panie Niepokalane i bardzo prędko stał się ich ulubionym doradcą i powiernikiem. Zawsze niezmiernie dbały o swą powierzchowność, manjery i ułożenie, przystojny, wesoły, dowcipny a przytem surowych cnot i wzniosłych pojęć religijnych, wkrótce stał się niezbędnym paniom Niepokalanym. Powoli zbladła nawet u nich gwiazda ks. Trojny, a dokoła konfesjonału ks. Lubczyńskiego coraz liczniej powiewać zaczęły kosztowne pióropusze nad pięknemi twarzyczkami, batystowe chusteczki pachniały Tuberozą, Darlingiem lub Kiss me Quickiem i z dyskrętnym szelestem klękały jedwabne halki.

Szymon tymczasem był bardzo zadowolony. Mając trochę więcej czasu, wrócił do swoich nauk i Dorszównę czasem odwiedzał. Wolał zaś bez porównania swoją kljentelę, z biedny złożoną, której troski były proste i zrozumiałe, której grzechy były bez żadnych komplikacji i subtelności i do której tak łatwo było mówić. Oddał się biedakom tym z zapałem. Jedno tylko w stosunku do nich go krępowało, to te pieniądze, które za posługi duchowne musiał od nich brać. Parzyły mu one ręce. Nienawidził ich. — O! gdyby nie te obrzydłe pieniądze, jakże innym byłby stosunek księdza do parafjan! — myślał nieraz, zgarniając złotówki i czterdziestki, na których zdawało się, że zaschły krople ludzkiego potu.

A jednak wiedział, że o nic musi się starać, że na nie liczą i czekają rodzice, bracia i siostry, że zgarniać je musi pilnie, skrzętnie dla nich — przez wdzięczność, przez nieme jakieś względem nich zobowiązanie.

— Czyby to się jednak nie dało urządzić lepiej? — rzekł jednego razu, gdy razem z ks. Lubczyńskim pili u proboszcza herbatę. — Niechby parafjanie opodatkowali się rocznie na utrzymanie kościoła i księdza. A już wszelkich posług należałoby im udzielać darmo.

— Zwarjowałeś, księże wikary, czy co! — rzekł proboszcz. — Tożby i żyć nie było z czego! Naznaczyliby nam, przypuśćmy po sto rubli miesięcznie. A tak, to my samych dochodów mamy trzy i cztery razy więcej.

Ks. Lubczyński zaśmiał się.

— Kolega od marjawitów zaraził się. Ha, ha, ha!

Szymon czuł, że tu tłómaczenie na nic się nie przyda. Ci ludzie odczuwali przykrość brania pieniędzy tylko wtedy, gdy te pieniądze były małe. Zresztą nie.

Nie odpowiedział nic.

— A wiesz, księże wikary — rzekł po chwili proboszcz — że to niebezpieczna droga! Teraz w tych czasach to nam, duchowieństwu, trzeba razem się trzymać i ujmować się jeden za drugiego, a nie wymyślać nowinek. Bo i bez tego wszyscy przeciwko nam. Ot, zobacz, co dzieje się we Francji, a we Włoszech! w samym nawet Rzymie! Wszędzie masoni, socjaliści, ateusze! Jeszcze jak my sami zaczniem!

— Ta nowa sekta modernistów, to poważne dla Kościoła niebezpieczeństwo — rzekł ks. Lubczyński.

— No, już z tymi to Ojciec święty rozprawił się. Wyklęci są.

— Tak, tak! I sprawiedliwie. Oni też chcieli poprąwiać, reformować. Ha, ha, ha!

— Obejdzie się Kościół bez ich reformy — rzekł proboszcz. A złożywszy ręce pobożnie, dodał: — I bramy piekielne nie zwyciężą go.

Po chwili proboszcz z ks. Lubczyńskim zaczęli mówić o czem innem. Agitowało się miasto i okolica, gdyż nadeszły czasy nadziei. Długoletnie tamy milczenia zostały zerwane, w powietrzu wiały jakieś rzeźwiące podmuchy i ze wszech stron podnosiły się głowy ku temu słońcu, które jakoby wzejść miało. Zdrętwiałe z bezczynności mózgi odzyskiwały ruch i zaczynały działać. Wyprężały się zmartwiałe członki. Ci nawet, którzy przez całe życie byli jedynie zjadaczami chleba, teraz pragnąć zaczynali czegoś więcej i, chociaż się nie przemieniali bynajmniej w aniołów, czuli jednak, że coś robić trzeba. Kto zaś miał na dnie serca drzemiącą i niezaspokojoną ambicję, ten ją budził w sobie i rzucał się naprzód, szukając dla tej ambicji swej żeru. A żer się znajdował zawsze. Laury, wprawdzie drobnego gatunku, rosnąć zaczęły obficie i nieraz dość było rękę wyciągnąć, aby móc gałąź ich uszczknąć dla siebie. O laurach też marzono. O laurach myślano i mówiono wszędzie.

I teraz proboszcz z ks. Lubczyńskim rozprawiać zaczęli o wielkiem stronnictwie politycznem, które właśnie się tworzyło, a które miało wysoko podnieść potęgę Kościoła i jego przedstawicieli. Naturalnie musiało ono być demokratyczne, bo już dzisiaj nicby się nie dało zrobić bez tej etykiety. Chodziło przecież o tłumy! Ale taka demokracja, ujęta w karby przez duchowieństwo, nie była niebezpieczną. Z niej zawczasu wyrugowane zostały wszelkie samodzielne chętki. Jąby się postawiło odrazu na właściwem stanowisku — owieczek względem pasterzy. A poza tem dałoby się jej jako cel ten jedyny, do którego dążyć trzeba nie jakieś narodowe mrzonki, nie konstytucyjne swobody, nie materyalną troskę o byt — lecz wielkość Kościoła, panowanie chrześcijaństwa i zwycięstwo Wiary.

Gienjalna myśl takiego stronnictwa była jeszcze w stadjum formacji,ale już roznamiętniał umysły. Toczyły się narady głośne i ciche, dysputy się wiodły, jednano stronników, pisano i przepisywano programy, mówiono o wielkich wiecach, na których sam Biskup miał przemawiać, o sprowadzeniu z miasteczek i wsi całych zastępów rzemieślniczych i włościańskich, traktowano o kupno wielkiego dziennika, mówiono o założeniu pisma ludowego, pisano broszury, i rozprawy. Już i składki zbierały się na koszta sprawy O! bo pieniędzy zawsze i wszędzie było potrzeba. Dużo, dużo pieniędzy!

Właśnie o tem mówiono u proboszcza, gdy otworzyły się drzwi i wszedł ks. Trojno. Po przywitaniu zasiadł i rzekł: Zaczynam prostozmostu o interesie. Idę od Ekscelencyi. Była tam właśnie narada nad założeniem pisma dla ludu. Wszystko już obmyślone, szukamy redaktora. I właśnie Ekscelencya pomyślał o księdzu. — Tu się zwrócił do Szymona. — Możeby ksiądz przyjął?

Ja! redaktorem pisma? — zawołał Szymon. No, czemu nie? Jesteś ksiądz zdolny, chętny do książek, wiemy o tem jeszcze z seminaryjnych czasów, młody, stosunkowo swobodny. Znasz ksiądz lud, bo sam z niego pochodzisz. Czemużbyś nie przyjął? Szymon oburzył się.

Jak można! Jak można tak lekceważyć poważną pracę! Pismo ludowe! Wszakże to jest sprawa ogromnie doniosła, to rzecz sumienia, to odpowiedzialna placówka! Czyż podobna to tak pierwszemu lepszemu powierzać! Czy wy wiecie jaki ja jestem? Co ja moge umieć? Jak ja moge dziś już brać na siebie kierowanie ludem? Ja sam jeszcze...

Ks. Trojno uśmiechnął się.

— Ta skromność przynosi księdzu zaszczyt. Ale nie trzeba przesadzać. Kapłanem jesteś, nie powinieneś, więc tak dalece wątpić o sobie. Zresztą, zapomniałem dodać że pisma tego prawdopodobnie tu ani układać ani drukować nie będziemy. Umówimy się z którem z galicyjskich, czy poznańskich pism katolickich, aby nam swoje przysyłało, a tylko dodamy od siebie troche miejscowych nowinek, korespondencyi, może odpowiedzi na niektóre pytania, tak trochę, aby koloryt nadać tutejszy. I już! Więc czyż to trudno?

— A więc na cóż takie pismo potrzebne? Tembardziej, że istnieje już jedno, redagowane tutaj, i bardzo dobre?

Tamto jest czysto świeckie. Duchowieństwo powinno mieć własny organ dla ludu. To niezbędne. Nie możemy przecie pozwolić, aby ludem kierowały jakieś osoby niewiadome, świeccy ludzie, wcale może do tego nie powołani. O! już ludu przynajmniej nie dajmy sobie wydrzeć!

Ks. Szymon milczał przez chwilę.

— Jakim sposobem pismo, wydawane gdzieś zagranicą, może być naszym własnym organem?

— Wydawane tu czy zagranicą, to wszystko jedno, gdy kierunek jest w ręku duchownem. Ksiądz zdaje się zapominać, że Kościół nasz jest powszechnym Kościołem. Ale widzę, że nie dojdziemy do ładu. Ksiądz wszystko krytykuje. A tymczasem muszę dać Pasterzowi stanowczą odpowiedź co do redaktorstwa. Tak, czy nie?

Nie, nie, nie I — zawołał ks. Szymon — Za nic w świecie. Ks. Trojno uśmiechnął się pobłażliwie, jak do rozkapryszonego dziecka, i odwrócił się do ks. Lubczyńskiego.

— To może ksiądz? — zapytał.

— Ja? Owszem... Jabym nie był od tego... O ile potrafię... — odparł zapytany.

I zaczęli się naradzać.

Szymon słuchał bez wielkiej uwagi. Rad był z siebie, że tak stanowczo odmówił. Coraz bardziej drażniła go ta robota. Nie mógł się rozentuzjazmować do tych wszystkich pięknych planów. W sobie zaś samym czuł ciągle jakiś cierń, co go kłuł, jakąś bolączkę, rankę niewielką, lecz jątrzącą się stale, pęknięcie jakieś małe, przez które jednak wyciekały siły i energia. Czuł się tez ciągle samotnym. Chwilami zdawało się mu, że między nim a tymi ludźmi stoi jakaś zapora, że on chyba innym językiem mówi niż oni, że go nikt nie rozumie, ani on nikogo. Czasami tylko u Dorszówny czuł się odgadniętym. Ale tam znowu nie mógł głębi swej duszy odsłaniać, tam nie wypadało. A tu... Nie, tu go nikt nie rozumiał.

I teraz, siedząc w saloniku proboszcza i popijając herbatę, słuchał rozmowy o ludzie, o polityce, o agitacji, o stowarzyszeniach, o stronnictwach, ale w duszy myślał:

— Ach! żeby to tak choć przez chwilę mieć kogoś swojego, jakieś dłonie miękkie na czole, jakąś istotę mądrą i czułą, coby zrozumiała wszystko i przed któraby można uklęknąć, i mówić szczerze, i wypłakać to, co tam boli... boli... Zeby choć przez chwilę... nie być tak samotnym...!

Wiedział jednak dobrze, iż to są nieziszczalne pragnienia i że taki jak on zawsze samotnym pozostanie. Jak odłamana gałąź... — powiedziała niegdyś Hela.

Myśl jego ku niej poleciała. Gdzie jest? Co robi? Czy się już pocieszyła po stracie Andrzeja? Czy już zapomniała?

Ujrzał znów na tle lipowego szpaleru ich dwie splecione postacie, splecione w uścisku namiętnym, w pocałunku. I zda się, nie byli to już ludzie, nie był to już Andrzej z Helą, lecz był to jakby wykwit tej ziemi rozkochanej i wiecznie pieszczot słońca spragnionej, jakby obraz tego lata gorącego i pieściwego, jakby sama treść tej rozsianej wszędzie miłości, jej uosobienie i synteza.

Ks. Szymon drgnął na to wspomnienie.

Wstał i wyszedł do siebie. Ponure i ciemne były korytarze klasztorne, przez które przejść musiał. Na ścianach majaczyły jakieś ułamki dawnych, naiwnych fresków : tu widniała umęczona głowa, tam jakiś łeb potworny się wysuwał, ówdzie zrywały się anielskie skrzydła. Żadnej postaci nie było widać wyraźnie, ale jednak żyło coś pod sklepieniem, coś zdawało się ruszać i istnieć widmowem, sennem życiem. W głębi migotała lampka.

Szymon doszedł do drzwi swoich i ujął za klamkę.

Nagle coś w cieniu poruszyło się, jakby z ziemi powstała jakaś czarna postać i do ręki mu przypadła, a jakiś głos płaczący i jękliwy zaczął mówić prędko, prędko.

— Ach! na miłość Boską! Na rany Chrystusowe, proszę mnie na chwilę... na małą chwilkę tu wpuścić...! Proszę mnie wysłuchać! Bo już nie moge... nie wytrzymam... Zadręczę się... Zagryzę się...

I zanim się obejrzał i otrząsł od rąk, które się jego ręki czepiały, drzwi od mieszkania się otworzyły, i wpadła tam, wtargnęła... Karolinka.

W słabem świetle palącej się na stole lampy ujrzał ją przed sobą w narzuconej na głowę wielkiej chustce czarnej, bladą jak zwykle, ale nie skromnie spuszczającą oczy i trzymającą złożone przy piersiach dłonie, lecz owszem, rozrzuconą, wzburzoną, z dziwnymi błyskami w czarnych oczach — z ustami, pełnemi słów gwałtownych — urywanych.

Szymon poczuł niezadowolenie. Od początku wzbudzała w nim antypatję. Lecz zarazem porwał go jakiś dziwny niepokój. Czuł, że drżeć zaczyna.

— Pani ma do mnie interes! — zapytał bardzo zimno, nie odchodząc od drzwi. — Możeby jutro ? Późno już.

— Nie, nie ! — krzyknęła Karolinka — ja muszę zaraz... w tej chwili... Ja z takim grzechem na sumieniu nie moge źyć ani chwili dłużej! Ani chwili! Ja muszę wyznać...

— Coż to? spowiedź? — I Szymon uczuł, jak go dreszcze od stóp do głów ogarniają. — Ależ, proszę pani, na to jest odpowiednia pora — kościół, konfesjonał.

Nie skończył, gdy nagle ona runęła mu do nóg — i, objąwszy go mocno, do kolan mu się całem ciałem tuliła i, coś mówiąc i płacząc, i łkając, przyciskała się do niego.

— Ależ proszę, niech pani wstanie! Ja nie znoszę tego... Ja nie chcę...

— Bo ja niegodna, ja grzeszna, ja przez szatana skuszona, zawiniłam... zawiniłam względem ciebie, ojcze duchowny... zawiniłam... grzeszna jestem... grzesznica, warta tylko ognia piekielnego... Ja śmiałam podnieść oczy moje niegodne na ciebie, ojcze duchowny... jak... jak na mężczyznę... Ach... ach ! niech się ziemia podemną rozstąpi...!

Zalała się łzami, pochyliła się nizko, i czołem o podłogę uderzyła. Jęczała coś niewyraźnie.

Szymon, którego pierwszym odruchem było odepchnąć ją od siebie daleko, teraz nagle zdrętwiał. Ani ruchu żadnego, ani głosu nie mógł z siebie wydobyć. Stał skamieniały. Jak na mężczyznę... Słowa jej uderzyły go w pierś, jakby obuchem. Jak na mężczyznę... Dreszcze po nim przeszły. Ale i ogień mu się wewnątrz rozpalił, wszystkie jego członki ogarnął i zdawało mu się, że płomieniem z piersi wybuchnie. Na policzki wystąpił rumieniec.

Stał nieruchomy. A ona u stóp mu się wiła. Czarna chustka spadła z jej ramion, włosy się rozwiązały i grubym, rudobrunatnym splotem rozsypały się po ziemi. A z pod nich ukazała się szyja biała, pełna, krągła.

Szymon czuł, jakby go coś za gardło dusiło.

— Wiem... jestem potępiona, jestem przeklęta — jęczała Karolinka — piekło otwarte przedemną. Ach! już niema dla mnie ratunku! Już niema!

— Proszę wstać. I nie robić mi tu scen. Szymon zmusił siebie gwałtem do wypowiedzenia tych ostrych słów.

— Jeśli pani ma na sumieniu jakie grzechy, to do konfesjonału każdemu dozwolony wstęp. Tu ja nie przyjmuję. Proszę wstać.

Mówił z trudnością, ledwie dysząc, bo mu serce strasznie tłukło się w piersiach.

Karolinka podniosła się, lecz z klęczek nie wstała. Tylko złożone ręce do niego podniosła i płaczliwym głosem powtarzała.

— Ja niegodna... Ja przeklęta...

Naraz gwałtownie porwała go za rękę i mocno do ust swych ją przycisnęła.

Szymon chciał ją wyrwać, szarpnął się. Lecz ogarnęła go nagle taka niemoc, taka omdlałość luba, iż drgnąć nie mógł. W głowie mu się zakręciło, w uszach zaszumiało. Przymknął oczy i oparł się o ścianę. Zdawało mu się, że jakaś przepaść przed nim się otwarła i że leci w nią, leci na złamanie karku, a z nim razem, uczepiona do ręki jego, ta kobieta. Nie widzi już nic, nie słyszy, nie myśli, tylko wie, że z jakiejś ogromnej wysokości spada w dół, w dół bez dna i bez końca, i czuje na ręku pieszczotę jej miękkich, gorących, łakomych warg, i w żyłach jakiś potok ognisty i rwący.

I szept jej słyszy słodki, rozkochany:

— Mój święty... mój ty święty... mój ty aniele...

I bez woli, bez myśli, bez oporu, daje się unosić — I leci w przepaść... leci... A z nim razem... ta kobieta...

Ta kobieta... Więc grzech !

Wstrząsnął się naraz. Otworzył oczy. Przeszła chwila słodkiej niemocy.

Ujrzał Karolinkę u stóp swoich. Ujrzał swe mieszkanie, znajome sprzęty, książki, lampę zapaloną na stole, duży obraz Ukrzyżowanego.

Porwało go obrzydzenie. Gwałtownie wyrwał rękę, odepchnął od siebie klęczącą kobietę — i szybko, szybko skierował się ku swej sypialni. Jakby uciekał. — Jakby się chciał od niej czemprędzej odgrodzić zamkiem i zasuwką.

— Proszę sobie iść — wyrzekł twardo. — Iść stąd precz! Precz!

Zatrzasnął za sobą drzwi, klucz przekręcił w zamku, zasuwkę jeszcze przesunął i upadł na fotel przed biurkiem.

Ledwie dyszał.

To, co przebył w przeciągu tych minut kilku, wyczerpało go do dna. Drżał cały, i wielkie krople potu wystąpiły mu na skronie.

Coś się w nim załamało, coś zapadło bezpowrotnie, coś nowego powstało — i chciało żyć !

A zarazem obrzydzenie go ogarniało, i wstręt, i jakaś dziwna omdlałość, i bezgraniczny smutek.

I stanął mu naraz przed oczami obraz Chimery.

Cicho odsunął szufladę i wyjął leżący tam na dnie drzeworyt.

Długo, długo patrzał.

One, te dwie złączone z sobą postacie, ten cudny skrzydlaty potwór i ta rozkochana w nim kobieta, leciały w górę, parte tęsknotą za Słońcem, za Wiedzą, za Pieknem, za Prawdą, parte żądzą odczytania przedwiecznej Zagadki i spojrzenia oko w oko Nieskończoności, niesione siłą swych nieśmiertelnych dusz.

One leciały w górę...

A on, gdyby się dał uwieść, do jakichżeby ciemnych otchłani runął... z tamtą!...

Bo nie byłaby to, choć ludzka, ale godziwa i tak piękna miłość Andrzeja i Heli Taka była mu na wieki wzbronioną. On mógł wybierać tylko między Chimerą a — Karolinką.

Dlaczego? Dlaczego? — zajęczał w nim rozpaczliwy głos.

Lecz stłumił w sobie jęk. I znowu spojrzał na swoją Chimerę. I im dłużej w nią patrzał, tem większa wstępowała weń jasność.

Nie, nigdy do hańbiących miłostek się nie zniży. Nigdy swej boskiej mocy tworzącej i rozrodczej, nigdy swej męskiej siły nie splami.

Pozostanie samotny z Chimerą swoją, samotny, czysty i dumny tam, na szczytach.

Nie może już żyć jak człowiek, lecz nie chce żyć jak zwierzę. Nie, nie !

Potwór skrzydlaty. Ten mu będzie towarzyszem i ukochaniem. I nim on poleci — poleci!...

Oczy jego padły na krzyż, co wisiał nad jego łóżkiem. I ogarnął go jakby wstyd. On, kapłan, nie w krzyżu szuka mocy, lecz w Chimerze. Och ! Wstał, ukląkł i począł się modlić. A modlitwa popłynęła mu z serca szczera, błagalna, pokorna i smutna. Prosił o siłę wytrwania, o światło, co w ciemnościach świeci, o moc, o miłość dla ludzi, ktoraby pochłonęła w nim wszelką inną miłość, i o tę wiarę, co przenosi góry. Zegnał się ze szczęściem własnem, bo już w nie nie wierzył, składał je przed krzyżem w ofierze. Ale prosił wzamian o spokój, o światło i o wiarę.

I zdało mu się, iż te trzy upragnione dary spływają z nieba na jego duszę.

Ale po tej nocy, spędzonej na modlitwie, przyszły na niego czasy straszne. Rozigrały się w nim zmysły, rozszalała krew, zbuntowało się ciało. Pokusa usiadła mu na karku i nie odstępowała ani na chwilę. Szła z nim przez ulice miasta i w kościelne progi, spoglądała nań przez oczy kobiet i drgała w ich głosie, czyhała na niego z pustych kątów mieszkania i w chwilach samotności brała go w zupełne posiadanie. A gdy, zmęczony całodzienną pracą i wewnętrznem borykaniem się, położył się i chciał zasnąć, wtedy dopiero zaczynała się niewysłowiona męka ciała i duszy. Wtedy pokój się zapełniał widmami, to przerażającemi szpetotą, to nęcącemi nieludzkim czarem. Wtedy to z każdego ciemnego kąta wyglądały istoty dziwne — larwy, czarownice, potwory, gnomy i djabliki, cały średniowieczny sabat, a z pomiędzy nich wykwitała, jak mleczny kwiat, niewieścia naga postać z rozwianym włosem złotym i skłaniała się nad nim nizko, nizko i ramiona swe, białe, krągłe, pachnące ramiona, wyciągała do niego.

A do ucha szeptał mu wciąż głos doradczy: Bierz! Używaj! Nie bądź głupi! wszyscy oni — wszyscy tak robią. Nie bądź głupi!

A ciało jego rozpalał płomień i jak roztopioną smołą nalewał mu żyły. I z najskrytszych tajników, z najciemniejszych głębin jego istoty zrywała się jakaś straszna siła i rwała się nazewnątrz.

Nic mógł w łóżku uleżeć. Zrywał się, narzucał na siebie ubranie i chodzić zaczynał po swem mieszkaniu, chodzić dokoła ścian, wkółko, wkółko, jak złapany w klatkę zwierz.

Ale widma i mary, przez chwilę spłoszone, wracały.

I za nim szy, krążąc, zabiegając. I korowód ich stawał się coraz gęstszy, mała cela zapełniała się niemi, i aż coś huczało pod jej wysokiem sklepieniem.

Pewnej nocy, zrozpaczony i rozszalały, gdy nie pomogło ani oblewanie się zimną wodą, ani otwieranie okien, ani książka, ani modlitwa, gdy mu coraz straszniej się robiło w samotnym pokoju, Szymon chwycił płaszcz i wybiegł na korytarz.

Cicho tam było, ciemno i chłodno. W głębi na ścianie świeciła drobniutkim płomykiem lampka. Wszystko spało dokoła. Ale jednak lepiej tu było, niż w celi. Mary pierzchnęły.

Szymon odetchnął i cicho zaczął się przechadzać. Myślał, co począć ? Co z sobą począć ? Wiedział dobrze, co to wszystko znaczy. Wiedział, iż nadeszła chwila, gdy gwałcona dotychczas natura jego swe prawa się dopomina. Miał lat dwadzieścia osiem, był zdrów, silny, a pochodził z długiej linji przodków, którzy, jak ta ziemia, rękami ich uprawiana, rodzili hojnie, szczodrze, bogato. W żyłach swoich czuł ich bujną, chłopską krew. Wiedział, że ciało jego, dojrzałe i rozwinięte wybornie, chce .teraz żyć całą życia pełnią, że jego wewnętrzna siła ujścia szuka, odrodzić się pragnie wykrzesać z siebie nieśmiertelności iskrę. Gdyby zwykłym był człowiekiem, pewnieby się już zakochał, ożenił, miał dzieci, pewnieby chodził za pługiem i rzucał ziarno w czarne skiby — dla tych dzieci na chleb. I byłoby dobrze.

Ale kapłanem jest i dziewiczość Bogu ślubował... A przytem on tych pokątnych, brudnych, brzydkich miłostek nie chce! W pojęciu jego miłość — to słońce, nie kopcąca lampka...

Lekki szmer przerwał jego myśli. Stanął i obejrzał się. Korytarz był pusty, tylko w głębi palii się słaby płomyk. Ale tam, pod nim właśnie, poruszyły się drzwi od mieszkania księdza Lubczyńskiego. Zaskrzypiały lekko, coś ciemnego z nich się wysunęło, jakiś biały cień mignął za niemi. Zamknęły się, a wzdłuż ściany prędziutko biec zaczęła ku wyjściu okutana, otulona w szerokie chusty jakaś postać kobieca. Dopadła schodów i w ciemnościach znikła.

Szymon stał nieruchomy, oparty o ścianę, wpatrzony w ciemność.

— A widzisz, a widzisz ! — powtarzał mu głos jakiś do jednego ucha.

— Bierz i ty! Nic bądź głupi! — szeptało mu coś do drugiego.

Cha, cha, cha ! — roześmiał się cicho.

Wrócił do swego mieszkania, włożył kapelusz, zapiął szczelniej palto, wziął do kieszeni pieniądze i ruszył na ulicę.

Był na świecie Marzec. I ciepłe wiatry spędziły już śniegi i przyniosły z sobą obfite strugi deszczu. Ziemia rozmiękała powoli, tajała i wychodziła ze zdrętwienia długiego. Zalane były bruki i chodniki, latarnie rzadko rozsiane odbijały się w kałużach, do których spadały wciąż z nieba wielkie, ciężkie krople. Wiatr, nabrzmiały wilgocią i niosący oddechy dalekich ugorów, pędził przed sobą białawe chmury, szarpiąc je i drąc na szmaty, to wpadał, gwiżdżąc, w wązkie uliczki miasta, to deszczem lunął, to zardzewiałą jakąś zawiasą zgrzytnął. Ale nie był to już ów zimowy, jękliwy i biadający wicher. Ten trzpiot i młodzik o wesołych sprawach gawędził i o życiu — nie o śmierci — prawił. Na ulicach było pusto.

Gdy Szymon wyszedł z bramy, orzeźwiła go chłodna wilgoć powietrza. Stanął i rozejrzał się. A zatem... coż?... Iść?... Ale dokąd?

Znowu szepnął mu do ucha głos : Nie bądź głupi! Wszyscy tak robią.

I zwrócił się na prawo — i poszedł. Przez ciemne uliczki szedł, zrazu słysząc jedynie odgłosy kroków swoich na chodniku. Spano dokoła, za oknami, szczelnie zamkniętemi, przez które zrzadka tylko świeciły słabe smugi światła. Spano tam po dziennej pracy, po znoju ciężkim, nabierając na jutro nowych sił. Zdało się Szymonowi, że naraz widzi te wnętrza domów, koło których przechodził, te izby biedne, ciasne, gdzie rodzina się skupia, te łóżeczka dziecinne, gdzie się jasne i ciemne główki do poduszek tulą, i te małżeńskie łóża, gdzie, spleceni w uścisku, mocno, mocno z sobą złączeni, zlani w nierozerwalną jedność, na życie i śmierć z sobą związani, mąż i niewiasta zasypiają razem snem płodnym, słodkim, krzepiącym. Szczęśliwi!

Zdało mu się, że widzi, jak te drobne ustroje rodzinne, z miłości urodzone i miłością żyjące, łączą się ogniwkami małemi w olbrzymi, nieskończony łańcuch, który się ciągnie od wieków i idzie naprzód i naprzód przez wieki. I tylko miłość go spaja. Ta miłość, co rozkosz daje, lecz obowiązki nakłada i skłania do wysiłków i do walki. A przez to jest świętą, najświętszą ze wszystkiego na ziemi.

Zona, dzieci, dom rodzinny. To ciche gniazdo, do którego nawet zwierz każdy tęskni. Ach, tylko w niem chyba jest zadowolenie ! Tylko w niem chyba jest cnota!

Jakieś dwie postacie przeszły koło niego. Spojrzał za niemi. Ona mizdrzyła się do niego i próbowała rękę wsunąć mu pod ramię. On otrząsał się gniewnie.

Znikły w cieniu.

Szymon szedł dalej.

A to — pytał się sam siebie — czy może dać zadowolenie ?

I sam nie wiedział. Chwilami zdawało mu się, iż wstręt czuje i obrzydzenie na samą myśl o tem. A czasem chciał biec i porywać, i w objęciach dusić pierwszą lepszą spotkaną kobietę, i rwać jej szaty, i tarzać się na jej łonie, i całować i pieścić jej nagość, i posiadać ją całą niepohamowaną siłą swej rozbudzonej męskości. Rozum milkł, a burzyła się i parła do czynu krew.

Szedł. A w oczach robiło mu się czerwono i gorąco. Nie czuł wiatru, nie czuł padających mu na twarz wielkich kropli deszczu.

Szedł jak zwierz, węsząc i tropiąc. Na łowy... na żer...

Aż tu naraz drobna ręka uczepiła się jego płaszcza, i cichy głosik zaczął mu szeptać propozycje.

Szymon stanął i obejrzał się. W świetle latarni ujrzał przed sobą młodziutkie stworzenie, w lichą odziane sukienkę. Biedne to było, przeziębione, głodne i senne, zmęczone i nieśmiałe jeszcze. Podniosła na niego oczy i uśmiechnęła się z robioną kokieterją.

— Proszę do mnie — powtórzyła — proszę do mnie. — A po chwili dodała płaczliwie : — A nie, to proszę choć dać cokolwiek, choć kilka kopiejeczek...

A jego porwało obrzydzenie, żal, wstręt, boleść, smutek i litość tak wielkie, że wygarnąwszy z kieszeni garść monety, rzucił ją w nastawione dłonie dziewczyny i bez słowa zwrócił się na miejscu i szybko, szybko, jakby przed widzeniem strasznem, jakby przed grożącem niebezpieczeństwem, uciekać zaczął.

Jak długo i jakiemi ulicami się błąkał — nie wiedział. Aż nad ranem, gdy już jasność dobra zrobiła się na świecie i miasto rozbudzone zahuczało i zaturkotało zwykłem życiem, ocknął się nagle przed domem, w którym mieszkał ks. Janowski.

Był to dom stary i opuszczony bardzo, położony w głębi dużego ogrodu, którego już nikt nie doglądał, za wysokim murem, niegdyś w stylowe arkady zdobnym, a dziś nawpół się walącym. Była tam i stara brama, okazała niegdyś, uwieńczona w górze jakiemiś obtłuczonemi rzeźbami, z pomiędzy których dziś wyglądały zeschłe badyle.

Przed tą bramą Szymon zatrzymał się chwilę. A możeby zajść?! — przemknęło mu przez myśl. On jeden, ten warjat, ten dziwak, możeby zrozumiał...

Aż, jakby w odpowiedzi na myśl jego, furtka ze zgrzytem się otwarła, i stanęła w niej mała, chuda, pomięta i zgarbiona postać.

— O, skądże to Pan Bóg prowadzi! — zawołał ks. Janowski na widok Szymona. — A może do mnie? — dodał, biorąc jego rękę. Spojrzał przenikliwie i umilkł.

— Właściwie, nie... Przechodziłem tędy... pomyślałem zatem... Ale nie... nie...

— Chodź ! — rzekł stanowczo ks. Janowski. I, wsunąwszy mu rękę pod ramię, nie pytając dalej, do furtki go wprowadził.

Gdy się po chwili znaleźli sami w małym pokoiku, zarzuconym książkami i zawieszonymi obrazami, ks. Janowski posadził swego gościa na fotelu, stanął przed nim i, opierając mu obie ręce na ramionach, rzekł:

— Przyznaj się! Łajdaczyłeś przez całą noc ? Co ?

Szymon oczu nie spuścił.

— Jeszcze nie — odparł — ale... już nie moge... Ks. Janowski zerwał się i począł swoim zwyczajem szybko pokój przebiegać. Sutanna jego rozwiewała się dokoła, jak dwa czarne skrzydła.

Naraz wrócił do Szymona, wziął krzesło i usiadł przy nim.

— Wiesz, co ci powiem ? — rzekł, opierając rękę na jego kolanie. — Wiesz, co ci powiem ? A mam prawo: stary jestem, dużo przebyłem i dużo przemyślałem. Wytrzymaj ! Nie daj się! Mówisz, że nie możesz ? Nieprawda ! Człowiek z tem głupiem ciałem swojem co chce, to zrobi. Z duchem trudniej, z duchem ! Ty nie wiesz, ty ani przypuszczasz, jaki wstręt, jakie obrzydzenie byś poczuł sam do siebie, gdybyś uległ i wdepnął w to błoto ! Och, bo błotem to jest... błotem...

Odetchnął, rękami przesunął po czole, i, utkwiwszy oczy gdzieś daleko, cichutko zaszeptał:

— Ani to podobne do miłości, do tej prawdziwej, ani to podobne ! Miłość poczciwa, zacna, z serca płynąca, to przecież życia cudny kwiat. A to... to, co tobie — księdzu — dostępne, ach! to ohyda! ohyda!... I ty, jeśli ci źle i jeśli tęsknisz, to nietylko ciało twoje tęskni, ale i serce i umysł i dusza. Więc ich nie oszukasz — nie! A tylko zdradzisz! Wytrzymaj! szczerze ci życzę. Nie daj się ! Zobaczysz, rad będziesz... A jeśli przyjdzie na duszę twoją dzień buntu — ach! bo przyjść może — to przynajmniej będzie to bunt... bezinteresowny...

Szymon milczał.

Po przebytej męce, po dniach i nocach strasznej walki sam na sam z pokusą swoją, po dzisiejszej nocy okropnej, szarpany wewnątrz jakby żelaznemi widły, zbolały i już bez sił, nagle uczuł się aż do głębi duszy nieszczęśliwym. Zrozumiał, że stała mu się w życiu krzywda wielka i nieodwołalna, że zamknięto przed nim jakieś bramy złote, że go związanego i okutego, z zakneblowanemi usty, wydano w czyjeś ręce, że całą jego istotę wtłoczono w jakąś formę i ostrzyżono wedle jakiegoś wzoru, że mu na kark włożono jarzmo, a na twarz maskę, że oderwano go od jego ludzkiej rodziny, i że teraz, gdy wszystko w nim rwie się do życia i do twórczego kochania, on jest i pozostać musi na wieki samotny !

Bo rację miał ks. Janowski: w nim nietylko ciało tęskniło, lecz i serce i umysł i dusza... A ich oszukać nie było można — nie.

Żal wezbrał w nim tak ogromny, że złożył głowę na skrzyżowane na stole ręce i rozpłakał się, jak małe dziecko.

— Co mi oni zrobili...! Co mi oni zrobili...! — zajęczał.

A ks. Janowski wiedział, że są chwile, gdy żadne słowo nie pocieszy i ulgi nie przyniesie. Więc tylko położył mu znowu rękę na kolanie — i milczał. Tylko na jego pomarszczonej twarzy zaczęły latać drgania, jak gdyby sam zapłakać był gotów.

Nagle zerwał się — i ukląkł przed jednym z obrazów. — Veni, Creator Spiritus — zaczął głośno — repie tuorum corda fidelium! O tak, po brzegi, po brzegi, wypełń serca nasze, Duchu Boży! Et tui amoris in eis ignem accende! Twojej miłości ogniem zapal je, niech w niej stopi się wszystko inne, cała marność, cały brud, jaki w sobie nosimy... Niech miłością do Ciebie rozpalimy się! Emitte lucem tuam. Ach, światła, światła, Duchu Boży, na nasze biedne głowy zlej dużo, bardzo dużo! I na tę moją starą, warjacką głowinę. I na tę biedną, młodzieńczą główkę, w której niema spokoju. Przyjdź, Wielki Duchu ! zabierz dusze nasze i z sobą je złącz! Abyśmy tę sekundę egzystencji naszej na ziemi oddali Tobie bez żalu. Abyśmy tę iskierkę życia naszego skierowali chętnie do Twego ogniska, do Ciebie ! Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny! zmiłuj się nad biednymi synami Twoimi.

— Zmiłuj się...! — powtórzył Szymon, kryjąc twarz w dłonie.

— Duchu Boży! daj nam w miłości Twojej o samych sobie zapomnieć zupełnie — i nie widzieć nic już — nic poza Tobą jednym... jedynym...!

— Daj, Boże, daj o sobie zapomnieć...! — szepnął Szymon przez łzy.

— I daj nam, Duchu święty i czysty, abyśmy czysci i święci do Ciebie się wznosili coraz wyżej...!

— Coraz wyżej... wyżej... o Panie !

Minęło lat kilka.

Ks. Szymon Bronicz tkwił ciągle na swem skromnem stanowisku wikarego przy pobernardyńskim kościele. Zdobył sobie uznanie u swej władzy sumiennem wypełnianiem obowiązków, ale zżyć się z kolegami swymi nie umiał. Uchodził wśród nich za mruka i nie był lubiany. Inni, młodsi nawet, wyprzedzali go na drodze do zaszczytów i karjery. O nim jakoś stale zapominano.

Z jednym tylko ks. Janowskim, zawarł przyjaźń prawdziwą, pokochał go całem sercem i zaufał mu. Do niego jednego zwracał się po radę, szedł mówie o swych trudnościach i zwątpieniach — i zawsze znajdował współczucie i podtrzymanie. Jego też wybrał sobie za duchowego kierownika i z wyboru tego był szczęśliwy. Bo ks. Janowski, sam gorejący miłością Boga i Ewangiclji, sam potępiający surowo wszelki fałsz, podłostki, interesowność i bezmyślną gnuśność, i jego duszę umiał podnieść ku wysokościom, a mądremi radami dopomóc do ujarzmienia ciała. Szymon jemu przypisywał to, że obronił się od pokus zmysłowych i że im się nie poddał. Dzięki jego to mądrym radom i przepisom higjeny zarówno moralnej, jak życiowej, wytrwał w czystości zupełnej, zahartował swą woię i zmysły i takim pancerzem potrafił się okuć, iż żadne chyba już strzały przebić go nie mogły. Po wielu gwałtownych szturmach nieprzyjaciel został odparty, w jego wewnętrznej twierdzy nie zrobiwszy najmniejszego wyłomu. Przysięga, uczyniona Bogu i sobie, została dotychczas wypełniona święcie. I nagroda już szła w postaci wielkiego uciszenia zmysłów i odrobiny dumnego spokoju.

Ale spokój i życie — to dwa pojęcia, nawzajem się wyłączające. Więc i Szymon bezwzględnego spokoju nie miał. Zwyciężył ciało i zmusił je do milczenia. Ale tem głośniej, tem odważniej, tem natarczywiej odezwał się jego duch.

A tego do milczenia zmusić nie zdołały rady ks. Janowskiego. I nie pomogły przestrogi: Nie czytaj! Nie pytaj! Nie bądz ciekawy ! Nie pomogły. Wiedza zapukała do drzwi. Krytyka gwałtem się wcisnęła, niosąc zapaloną lampę. Myśl rozbudzona pomknęła naprzód i strząsnęła z siebie nałożone więzy i już na wytknięte dawniej drogi zawracać nie chciała. Im bardziej ujarzmione zmysły schodziły na plan drugi i stawały się posłusznymi rozkazom im bardziej uszlachetniał się charakter i wola zwracała się ku dobru i pięknu — tem gwałtowniej umysł domagał się pokarmu, tem silniej pożądał prawdy i chciał badać, i poznawać, i szukać, i odchylać rąbek wiecznej zasłony, i zapuszczać wzrok w przepaście, i patrzeć oko w oko zagadce świata. A gdy w nocnej ciszy, po długich godzinach mozołu, prawda jakaś stanęła przed nim jasna, niewzruszona i zwycięska, widok jej i posiadanie napawało go bezmierną rozkoszą. Jak spragniony kochanek, wyciągał do niej ramiona i cieszył się jej obecnością i w podziwianiu piękności jej się zatapiał.

Ale każda prawda niosła z sobą, prócz rozkoszy, także i moc niszczącą, ostry ból rozdarcia. Rozdzierały się zasłony, na oczy jego kładzione, rozdzierała się cudowna przędza, którą mu oczy i umysł zasnuto, darły się w strzępy argumenty, systemy, kodeksy i dogmaty, rozsypywał się w gruzy gmach wierzeń, gasły jedna po drugiej aureole. I ból w jego duszy wzmagał się i potężniał. Ból umierania, ból nowych narodzin.

Czasem zdawało mu się, jak dawniej, że idzie przez wązka kładkę ponad przepaściami bez dna, bez miary, i w obu dłoniach niesie skarb ogromny z namaszczeniem i uwagą, skarb jedyny, bezcenny. Idzie — i nie śmie głowy odwrócić, i nie śmie spojrzeć ani w górę, ani w dół, aby się nie zachwiać i skarbu nie uronić. I nie chce słyszeć głosów, które nań wołają. Byle skarb swój donieść w miejsce bezpieczne ! Aż naraz spostrzega, że nie ma skarbu w dłoniach, że nie złoto niesie i brylanty, lecz jakieś blaszki fałszywe, jakieś marne kamyki. I ogarnia go rozpacz. Chce cisnąć w przepaść to, co w dłoniach trzyma, i sam rzucić się w te ziejące otchłanie bez dna. Jeszcze chwila — a skoczy tam, w dół. O, zginąć raczej, niż tę mękę znosić, tę straszną mękę niepewności i zwątpienia! Ale nie — wstrzymuje się jeszcze. Zal mu tego, co było mu skarbem tak długo. I jeszcze idzie, wciąż idzie po ważkiej kładce ponad przepaściami, i niesie wobu dłoniach skarb swój, czy jakieś blaszki fałszywe... czy jakieś marne kamyki...?

— Módl się ! Módl się ! — powtarzał mu wciąż ks. Janowski. — Modlitwa to tarcza mocna. Módl się! Polecaj Bogu duszę swoją, oddawaj Mu umysł, rozum i woię, aby nic przeciwnego woli Jego nie myśleć, i nie chcieć, i do te; swoje; nieszczęsnej głowy nie przypuszczać.

Ks. Szymon się modlił. Ale słowa jego szły w prożnię wielką, i nikt mu na nie nie odpowiadał. Żaden głos, żadne echo się nie odezwało. I czuł, że jest jak ziarnko pyłu, rzucone w przestrzeń, które gdzieś leci, gdzieś upadnie, i o które nikt nie dba, i o którem nie wie nikt, czy ono jest, czy go niema.

Tylko... dlaczegóż cierpiał...? Czemuż, będąc ziarnkiem pyłu znikomem, nie był jak ono nieczuły? Dla czyjej korzyści, czy chwały, czy zadowolenia on — okruszyna licha — wił się w boiu i ronił łzy krwawe ? Dla czyjego zadowolenia, czy chwały takież jak on niezliczone, okruszyny liche od wieki wieków w męce konały? Do kogo dochodził krzyk i jęk ludzkości ? I dlaczego ? Po co ? Dla jakiego celu ?

Szedł jednak naprzód w swej kapłańskiej szacie raz wytkniętą drogą. Szedł i szedł.

Związywał i rozwiązywał, napominał, przebaczał, pocieszał, błogosławił, uczył i krzepił, powtarzał wyrazy i formuły, z których już dla niego dawno duch uleciał, ale które innym biednym synom tej ziemi, umęczonym i cierpiącym, niosły pociechę i dawały nadzieję... Nadzieję! Do niej się wyciągały spracowane dłonie, ją chwytały i do piersi tuliły.

Ją też niecił pracowicie ks. Szymon i zapalał jak gwiazdę nad głowami biedaków.

Były chwile, dni, okresy całe, że się w nim także uspakajało wszystko. Stara i ukochana wiara brała go znów w posiadanie, krytyka w nim milkła, robiła się cisza wielka, i zdawało się, że odleciały myśli buntownicze i wolne, i że pójdzie już spokojnie naprzód i skarb swój w bezpieczne miejsce doniesie. Wtedy gmach wierzeń dawnych rysował się przed nim tak jasno i solidnie! Widział jego wiązania i łuki wspaniałe, jego zaokrąglone kopuły.

Aż nagle zaczynała się tworzyć w nim szczelina — zrazu malutka. Rosła, rozszerzała się, rozsadzała mury.

I gmach cały rozsypywał się w gruzy — padał. A nad ruinami przelatywał wicher i kłębiły się chmury.

znowu stawała przed nim twarzą w twarz wielka Zagadka — i pytał: Dlaczego? Po co? Dla jakiego celu?

I odpowiedzi nic słyszał żadnej.

Jednego wieczoru wrócił do siebie zmęczony po całodziennej pracy. Miał dnia tego kilka chrztów i ślubów, pogrzeb na dalekim cmentarzu, kilku chorych do odwiedzenia, a i w konfesjonale przesiedział długie godziny, gdyż był to czas przedwielkanocny, i roboty około grzesznych dusz było huk. Od dłuższego czasu już tak pracował ciężko i nie miał dla siebie ani chwili czasu: książki nie brał do ręki, a nawet gazet nie mógł przeczytać. Więc teraz, wracając do swych celek, myslał z przyjemnością, że usiądzie sobie na fotelu przy lampie, że się rozgrzeje herbatą, bo był zziębnięty, i że przez cały wieczór nie weźmie się do żadnej pracy, a tylko poczyta sobie coś ciekawego dla przyjemności i wypoczynku.

Stos gazet, nieprzeglądanych od tygodnia, leżał na stole.

Szymon zamknął drzwi na klucz, nalał sobie herbaty z dymiącego samowaru, rozsiadł się wygodnie i zaczął zrywać z gazet opaski.

Trzęsienie ziemi w Sycylji czytał wszędzie na pierwszem miejscu.

Wiedział już, że jakiś tam wulkan wybuchnął, że jakieś miasta zostały zniszczone, i że wogóle katastrofa była wielka. Ale przez ostatnich dni kilka tak był rozerwany, że wiadomość ta nie wniknęła do głębi jego mózgu, tylko jakby po jego powierzchni przemknęła. Teraz wczytywać się zaczął w szczegóły, i ogrom klęski stanął przed jego oczami.

Tysiące zabitych. Tysiące konających w męczarniach pod gruzami. Tysiące uciekających w obłędzie i trwodze pod deszczem iskier gorących i pod tumanami popiołu. Tysiące ocalonych z pod walących się murów, a ginących w rozhukanych falach morza, które się wlewa na brzegi i zagarnia wszystko. Tysiące bezdomnych, głodnych, przerażonych, obłąkanych ze strachu i zrozpaczonych. Świętobliwi i grzesznicy zarówno ukarani. Uczciwa i nieuczciwa praca zarówno zniszczona. Dobrzy i ili zmieszani razem, małe dzieci niewinne i zatwardziali zbrodniarze traktowani tak samo. I zmarnowany bezmyślnie, bez przyczyny i bez celu, trud tylu pokoleń! I postęp zatrzymany. I bogactwo zniszczone. I rozlany ogromny, nieskończony potok cierpienia.

Z czyjej winy? Dla czyjej korzyści? Dla kogo? W jakim celu?

Niezbadane są wyroki Opatrzności! Ach, ironjo, ironjo !

Gdyby był człowiek tak potężny, że jego woli słuchałyby wulkany i morskie fale, i gdyby tej potęgi swojej używał od czasu do czasu — ot tak, gdy mu przyjdzie chwila zniecierpliwienia lub pustoty — na zatracenie kilkunastu miast i kilkudziesięciu tysięcy ludzkich żywotów — jakbyśmy tego człowieka nazwali?

Gdyby był taki mocarz, w którego ręku byłyby losy wieczne dusz i ich nieśmiertelna szczęśliwość lub potępienie, i któryby chciał przedstawiać w swej osobie Sprawiedliwość i ustanowił siebie nad niemi Sędzią najwyższym, a potem — ot tak, w chwili złego humoru — zatrząsł tą dłonią swoją i całą garścią te dusze rzucił do ogólnego piekła — jakbyśmy tego mocarza nazwali ?

Gdyby był mistrz mądry, któryby zalecał powściągliwość, dobroć, łagodność, wytrwanie, pracę powolną a ciągłą, postęp systematyczny, dążenie wciąż ku lepszemu, dążenie do doskonałości, a nagle sam, w wybuchu gniewu, wrzucił w ogień owoce pracy i trudu miljonów — jakbyśmy tego mistrza nazwali?

A gdyby był ojciec, który dzieciom swoim nakazywał miłość dla siebie i kazał wierzyć w to, że on życie swoje dał w mękach za nie, i kazał sobie ufać bezgranicznie i kochać, a w przystępie szału mordował, zabijał i niszczył te swoje dzieci z okrucieństwem i zajadłością — jakbyśmy tego ojca nazwali?

Takiego człowieka, takiego mocarza, mistrza, ojca — gdyby był — nazwalibyśmy złoczyńcą i tyranem, albo warjatem !

A gdy Bóg tak czyni — co mamy powiedzieć ? Szymon zerwał się z fotelu i przeszedł się po pokoju. Co o takim Bogu mamy powiedzieć ? Czuł, jak krople potu wystąpiły mu na czoło. Coś się w nim łamało i darło.

Takiego Boga być nie może. Samo pojęcie Boga wyklucza z siebie zło i głupotę. A zatem czyny złe i głupie nie mogą od Niego pochodzić — tak zresztą uczy katechizm. A że, wedle naszego rozumu, takie trzęsienie ziemi w Sycylji, jeśli jest czynem, to jest czynem złym i głupim, i nie możemy go za co innego, jak za zło i głupotę poczytywać, zatem nie Bóg jest sprawcą, nie Bóg niem kierował, nie Bóg je nakazał.

A zatem nie Bóg wszystkiem rządzi i nie od Boga wszystko zależy.

A zatem czy On wogóle jest ?

Wyroki Boskie są niezbadane.

Tak. Ale my nie możemy na czemś niezbadanem, fantastycznem, do wolnem wszystkiego opierać. My musimy mieć jakąkolwiek podstawę dla naszej wiary. Albo podstawę rozumu, albo podstawę serca. Nasz rozum buntuje się przed uznaniem Boga — marnotrawcy i bezmyślnego chimeryka. Nasze serce uznać nie może Boga — okrutnika i krwiożerczego tyrana. Kto, będąc wszechmocnym, nie przeszkodził takiej bezmyślnej klęsce, w której nawet niema zwykłego pretekstu ludzkiej winy, kto, mogąc powstrzymać żywioły wszelkie, patrzał spokojnie z wysokości na tę rozlaną szeroko strugę najohydniejszej niesprawiedliwości — ten czczonym, wielbionym, a zwłaszcza kochanym być nie może. Jeśli jest, nie jest on mądrym gospodarzem świata ani miłościwym ojcem.

A więc... czy On wogóle jest..,?

I zdało się Szymonowi, że z ciemności dokoła, i z nieba chmurnego, i z bezgranicznych przestrzeni — słyszy głos mówiący: niema, niema nic — nic — nic.

I w nim samym zrobiło się nagle pusto, jak gdyby ptak wyleciał z klatki, i nic w niej nie zostało. Nic — nic — nic —

Całą tę noc spędził w dziwnem jakiemś osłupieniu. Wszystkie myśli jakoś mu się z pod czaszki rozbiegły, rozleciały, uciekły od niego. Już nic nie kombinował, nie rozumował wcale. Wiedział tylko, że tam, gdzie dotychczas było coś, teraz niema nic.

Stał i patrzał w pustkę przed sobą.

Zrana, gdy dzwon kościelny się odezwał, on, jak zwykle, szedł do kościoła. W zakrystji odmówił przepisane modlitwy, ubrał się w albę i w ornat i, poprzedzany przez chłopaka, poszedł ku ołtarzowi. Machinalnie, jakby we śnie pogrążony, zaczął odprawiać ofiarę. Słowa obce wychodziły z ust jego równo i monotonnie. Przyklękał, wstawał, podnosił ręce, czynił znaki krzyża. Jak przez sen...

Lecz gdy nadeszła chwila konsekracji, i gdy, trzymając w dłoniach kielich i patynę, miał wymówić słowa Chrystusowe : Oto jest ciało moje! Oto jest krew moja ! — nagle serce mu się rozdarło strasznym bólem.

Spuścił głowę na piersi. Łzy strumieniem rzuciły mu się z oczu. I płakał.

Szczerze i poważnie mówili o tem z ks. Janowskim.

— A pamiętasz — mówił stary ksiądz — ja ci to przepowiedziałem od pierwszego dnia naszej znajomości! Pamiętasz ? Widziałem, że tam w tobie siedzi bunt i prędzej czy później podniesie głowę. Ale myślałem, że ty porwiesz się tylko na ludzi — przeciwko nim. A ty... na samego Boga! na samego Boga!

Zafrasował się i po swojemu zaczął biegać po pokoju.

— Nieszczęście! Nieszczęście! — jęczał z cicha. — Ani tu argumentować, ani tu przekonywać. Wiara, jak ptak, odleci — to jej nie złapiesz, już, nie!

Poły jego sutanny rozwiewały się dokoła niego, a on biegał wciąż, zafrasowany i smutny. Naraz stanął przed Szymonem.

— Bo żebyś ty był szelma, grzesznik, żebyś ty szukal dogadzania ciału swemu, tobym ci powiedział: mam cię! wykręcasz się od wiary w Boga, abyś mógł swobodnie dogadzać zmysłom swoim. Tak, tak! To bywa. Ale ty — nie! Piękne twoje życie, wiem, znam — i czyste, jak łza. Piękne zwycięstwo odniosłeś nad sobą, nad ciałem swojem. Pamiętam, pamiętam! Więc teraz...Tylko myśl... tylko duch... Ach nieszczęście ! nieszczęście!

Szymon postawił konkretne pytanie: I cóż mam robić dalej ?

Ks. Janowski usiadł gwałtownie. Zamilkł. Oczy podniósł do góry, i widać było, że się modlił.

Po długiej chwili milczenia obrócił się nagle do Szymona i rzekł:

— Wiesz, co ci powiem? Co masz robić dalej? ?yć tak, jak gdybyś wierzył. ?yć jeszcze uczciwiej, jeszcze świeciej. To droga jedyna.

Szymon wstrząsnął się. Spełniać obowiązki kapłańskie bez wiary?

— Spełniać je, spełniać ! Wiara jest nadprzyrodzonym darem — łaską... Tak, tak! przedewszystkiem łaską. Została ci odjęta, może być oddana. Może wrócić. Ach, tak! Jeśli będziesz żył cnotliwie, wróci z pewnością.

— Jak to ! Została mi odjęta, może być oddana! Cóż to za igraszki stroi sobie któś z duszy mojej! I zresztą gdzież tu logika, gdzie sens?

— Ach! nie szukaj sensu, ani logiki! Nie dyktuj Bogu, jak ma postępować względem ciebie. Podobało Mu się doświadczyć cię, odejmując ci wiarę. Ukorz się przed Jego świętą wolą i czekaj. A żyj tak, jakbyś ją miał. Bo to od ciebie zależy.

— A żyj tak, jakbyś ją miał... — powtórzył zwolna ks. Szymon.

I zamyślił się.

Czy było to możliwe ? Czy było uczciwe ? Czy nie było to brzydkiem oszukaństwem i haniebnym fałszem ?

Nie. Niezupełnie. Bo jeśli kłamał, to dla spokoju tych dusz, które mu były oddane. Jeśli oszukiwał, to dla ich zadowolenia.

Bo i cóżby mógł im dać wzamian za owe święte miraże? Coż miał do dania, co? Swoją własną beznadziejność, tęsknotę żrącą, i pustkę, i ruiny...

Im lepiej było w wyzłoconym gmachu, o silnych wiązaniach i zaokrąglonej kopule, którego szczelin i pęknięć nie domyślały się nawet. Im lepiej było, zapatrzonym w obiecane raje, kroczyć znojnemi, lecz utartemi już drogami. Im lepiej było, ku mirażom w oddali iść przez pustynię i wierzyć w przyszłość, i w raj, i w łaskę, i w cud.

Cóżby on im w zamian dał?

Nic nie miał. Nic już nie miał do dania. Wszystko zapadło się w nim, i nie pozostało nic Stał na bezdrożu.

Czyż mógł i tamte dusze na owo bezdroże prowadzić !

Ks. Szymon Bronicz, wikary przy kościele pobernardyńskim, mianowany na proboszcza do Rudy... Następowało kilka innych nominacji.

Szymon odłożył gazetę na stół; westchnął i zamyślił się.

Nareszcie — proboszczem jest!

Ruda nie była bogatą parafją. Księża dowiedziawszy się o jego nominacji, wcale mu tego nie winszowali. Ale on wiedział, że i najbiedniejsza pozwala proboszczowi i całej jego rodzinie żyć bez troski i grosz składać na czarną godzinę. Więc był rad. Bo przecież rodzicom się odwdzięczy, co prędzej dług Ickowi postara się spłacić, odda im to wszystko, co na niego wydali, zabezpieczy ich na stare lata. I tu ciężki kamień niespłaconego długu spadnie mu z serca.

Proboszczem jest. A więc będzie mógł działać i żyć mniej więcej po swojemu. Będzie mógł wreszcie oddać się pracy dla tego społeczeństwa, które kochał i dla którego chciał z całej duszy coś robić. Otoczy parafjan swoich opieką, troskliwością, służyć im będzie radą, pomocą, światłem prawdziwem, zachętą do wszystkiego, co ich nędzne życie podnieść może. Odda im się cały duszą i ciałem — zatopi się w myśli o nich, w pracy dla nich. To jedno pocieszyć go może po stracie wiary i złudzeń, to jedno zapełnić może jego życie samotne i jego puste — ach! jakie puste ! — serce.

Takie myśli i postanowienia towarzyszyły Szymonowi stale podczas przygotowań do wyjazdu i podczas kilkunastogodzinnej podróży do Rudy. Coraz mocniej krzepiło się w nim poczucie, że, pomimo wszystko, szczęśliwa jeszcze przed nim ściele się przyszłość. Ze, pomimo odrzuconych wierzeń i wielkiego Nie wiem, które stanęło przed nim, jest na dnie jego istoty siła, co go przez życie poprowadzi wciąż naprzód i naprzód, wyżej i wyżej, jest Zycie twórcze, kipiące, co, choć stłumione w zwykłych objawach życia ludzkiego, potrafi wyżłobić sobie koryto i popłynąć bujnym potokiem ku morzu Nieskończoności jest Miłość, która, choć nie dano jej pójść zwykłą ludzką drogą, zdoła wznieść się ponad powszedniość i ponad osobiste względy — i ukochać miljony, i objąć w ramiona przeszłe i przyszłe wszystkie pokolenia, i sama dążyć ku szczytom i ponad szczyty. Czuł, że w nim żyje Chimera skrzydlata i nie da mu ona spocząć na wygodnem probostwie, lecz weźmie go na skrzydła swoje i uniesie.'

I wiedział też, że dając się jej unosić, dobrą cząstkę sobie obrał. I podobnym jest do tych, którzy w dziejach ludzkiego ducha pierwsze zajmują miejsce, do tych, przez których słowo ciałem się staje, i którzy — choć nieraz zwyciężeni — są szczeblami dla innych w wędrówce ku wysokościom.

Jadąc wygodną resorową bryczką, którą po niego przysłał na kolej ustępujący z probostwa ks. Butkiewicz, rozglądał się Szymon po okolicy i snuł myśli jasne i tak pogodne, jak to kwietniowe słońce, co mu nad głową. Czy tu, czy tam — księdzem jest, jarzmo dźwigać musi. I to jarzmo niekochane, narzucone i dziś wstrętne. Czy tu, czy tam — księdzem jest niewierzącym, prorokiem fałszywym, kłamcą, oszustem, godnym stosu inkwizycyjnego, a nie kapłańskiej sukni i nie probostwa w Rudzie. Czy tu, czy tam — świat mu się wydaje wielką i nigdy nierozwiązalną zagadką, rozpędzonym wozem bez woźnicy i bez kierownika, potworem, płodzącym wciąż i pożerającym okrutnie własne dzieci, chaosem jakimś dziwnym, a wszelkie na nim wiary, dogmaty, kościoły, ustawy i prawodawstwa, wszelkie rozwiązania i tłómaczenia zagadki nierozwiązalnej — ludzkiem marnem usiłowaniem zdobycia sobie choć minuty spokoju, ludzką próbą zdobycia szczęścia i uciszenia w sobie trwogi przed Nieznanem.

Tak! Czy tu, czy tam, już umysł jego zdrętwieć nie może w szczęśliwym kwietyzmie, już szpera wciąż, i sądzi, i rozróżnia, i krytykuje, i odrzuca. I zdumiony patrzy na swe dawne wierzenia i odwraca się od nich z żalem i tęsknotą, jak od rzeczy kochanych, lecz umarłych, i idzie naprzód, szukając. Lecz nic nie znajduje i pyta z rozpaczą: Na co to ? Po co ? Dla jakiego celu?

Wszędzie, wszędzie idzie za nim to groźne pytanie. A odpowiedzi niema.

Więc skądże to uczucie szczęścia teraz? Skąd nadzieją ?

Czyżby tu, w tej cichej wiosce, gdzie żyć będzie na łonie ziemimatki, otoczony braćmi wieśniakami, gdzie im codziennie i przez dzień cały nieść będzie trud swój w ofierze, gdzie im odda wszystkie myśli swoje, wszystkie serca drgnienia i wszystek zapał młodości, i wszystką miłość swoją — czyżby tu znaleźć miał rozwiązanie zagadki ?

Tu, wśród tych, których oszukiwać będzie? Oszukiwać? Tak. Bo oszukaństwem było mówić im tym Bogu, w którego sam nie wierzył, i działać w Jego imieniu. Przyrzekać szczęśliwość, której nie był pewien. Rozdawać łaski, które nie istniały może, i wzrok ich myśli kierować ku innemu bytowi, o którym sam wątpił. Oszukaństwem to było.

Ale oszukaństwem dobrem.

Bo zawsze wracało fatalne pytanie : cóżby mógł im dać wzamian?

— Ach! nie chcę, nie chcę, nie chcę już o tem myśleć! — rzekł do siebie Szymon niecierpliwie. I zwrócił się do spraw innych. Jak się urządzi na swojem probostwie? Jakie pozawiera stosunki? Jak poprowadzi swoje gospodarstwo?

Na wspomnienie gospodarstwa odezwała się jego chłopska krew, chłopska z dziadów pradziadów. Ziemia, rola, ten własny zagon, co się na wiosnę runią zieleni, to pole, co pełnym kłosem pochyla się człowiekowi, panu swemu do stóp! Ach! ta własna ziemia czarna! Ten złotodajny łan !

— Rodziców wezmę chyba do siebie. Niech ojciec gospodaruje na polu, matka w plebanji. W chacie zostaną bracia. Feluk już żonaty, drudzy wnet się pożenią, to i będzie komu robić. Zobaczymy zresztą. Najprzód trzeba się dobrze rozpatrzeć.

A rodzicom dobrzeby tu było. Ojciec, paląc fajkę, chodziłby po polu i tylkohy robotników doglądał, a sam nie robiłby już nic. A matka, w białym czepeczku, krzątałaby się po domu szczęśliwa, spokojna. Tak, należy im się troche szczęścia na starość, należy się nagroda za to wszystko, co dla niego uczynili. Dobrzy, kochani rodzice! Bo, gdyby nie oni... Ach! gdyby nie oni...

Nie, stanowczo myśleć nie trzeba tak dużo. Co się stało, to się stało i odstać się nie może. Jest księdzem, jest proboszczem w Rudzie — i tak już będzie do końca. Trzeba się z tem zgodzić, wszelkie żeby i gdyby odegnać, brać życie takiem, jakiem ono jest, zakasać rękawy, do pracy nad parafją zabrać się z duszy całej i w tem znaleźć szczęście. Ze można, o tem nie wątpił. Słuszną bowiem była zasada, głoszona na kongresie wolnomyślicieli, że spełnienie dobrego czynu jest nagrodą samo przez się.

O, tak! On to czuł wyraźnie. Dobrze czynić było jedynem szczęściem na ziemi. I nagroda wewnętrzna dobrego czynu była tak wielka i wspaniała, że innej nie chciał i nie pożądał. I zgadzał się z Dorszówna, która mówiła: Gdyby mi za to, co robię dobrego dla ludzi, obiecywano piekło, a natomiast dawano niebo, bylebym tej pracy zaprzestała, tobym jej jednak nie zaprzestała i wybrałabym piekło. Bo mi ta moja dobra praca i to poczucie przynależności do tego, co jest piękne i wyższe, to mi starczy za wszystko. — Tak. Rozumiał to dobrze.

Dorszówna ! Dzielna istota! Wszakże obiecała mu wczesną jesienią, gdy się roboty na polach ukończą, przyjechać do Rudy i szkołę założyć. Obiecała wybrać nauczycielkę, ułożyć program i sama wszystkiego dopilnować z początku. Pójdzie taka szkoła troche inaczej, niż ochronka ks. Lubczyńskiego z Karolinką i paniami Niepokalanemi.

— A ot już i Ruda — odezwał się powożący chłopiec, wskazując biczyskiem na dalekie zabudowania.

Ks. Bronicz wychylił się i patrzał.

Na wzgórku niewielkim widniało kilkadziesiąt domków, skupionych dokoła wielkiego, murowanego kościoła. Dwie wieże, niezbyt strzeliste, ale za to krzepkie i fundamentalne wznosiły się ku niebu, a na nich błyszczały złote krzyże.

— To nowy kościół — tłomaczył chłopiec — a tam, ot, naprawo, nowa plebańja, murowana, piękna.

Wśród drzew bieliły się ściany dużego domu.

— Jak nasz proboszcz tu nastał, to kościół walił się, a plebańja drewniana była. A teraz, to wszystko pięknie — pochwalił z duma.

Wszystko jednak pięknem nie było, bo, zanim dojechali pod plebańję, bryczka po osie tonąć musiała w błocie ulicy wiejskiej, gdzie o rowach, a tembardziej zabrukowaniu — pomimo gęstych na polu kamieni — nikt nie myślał. Chaty były nizkie, wilgocią przesiąknięte, krzywe, nieogrodzone, bydło, tu i owdzie spotykane koło zagród — tak chude, że kości zdawało się, skórę przedziurawią, a ludzie brudni, obdarci, mieli wyraz tępej apatji w oczach. Nie było widać nic pięknego w tej smutnej wiosce, nad którą panował ogromny kościół i murowana plebańja.

Ale gdy się długi rząd chat zakończył, rozszerzyła się ulica przed kancelarją. Naprzeciw ukazał się zielony szyld monopolu, obok kilka sklepików żydowskich, już suchsza droga poprowadziła pod kościół i plebańję.

Na lewo pod lasem, o małe pół wiorsty, zabieliły się wśród ogrodowych lip zabudowania dworskie. — Wielka Ruda hrabiostwa Wyżynieckich. Błysnęła jasną wstęgą rzeczułka.

I z trzaskaniem bata ks. Szymon Bronicz zajechał przed plebańję.

Ks. proboszcz Butkiewicz przyjął następcę swego nadzwyczaj uprzejmie. Na odgłos zajeżdżające) bryczki wyszedł na ganek, uśmiechnięty, wesoły, z wyciągnietemi do witania ramionami.

— Gdzież tak zamarudziliście proboszczulku? — wolał. — My tu od godziny czekamy! Stoi moja baba nad kołdunami i tylko pyta, czy spuszczać, czy jeszcze nie spuszczać? Wygłodnieliśmy, jak wilcy, czekając.

— Haniebna droga, proszę łaski dobrodzieja — oz wał się chłopiec. — Już ja i popędzał, jak mógł, a taki prędzej konie iść nie chciały...

— A czy, broń Boże, nie zamęczyłeś szkap, hultaju! I ks. Butkiewicz podszedł do swoich koni, oglądając je zblizka.

Ks. Szymon wysiadł. Ucałowali się z proboszczem w oba policzki.

— No, cóż? Wyrzucać mnie stąd przyjechałeś, proboszczulku? Ot, jaki!..

— Wyrzucać! A toż ksiądz do Lipowiec naznaczony. Ogromna, jak słyszę, parafja. Bogata! I aż dwuch wikarjuszów do pomocy!

— Prawda, prawda. A jednak, wierz ksiądz, czy nie wierz, a mnie Rudy żal. Dwanaście lat przebyłem ja tutaj. To, panie, kawał czasu. A ot, wszystko, jak tu ksiądz widzisz, własną krwawą pracą wzniosłem ks. Butkiewicz zamachnął się szeroko). Kiedy tu przyjechałem, kościół byl mały, drewniany — wstyd patrzeć! Plebańja to była ot ta chata — wskazał na ładny domek z ganeczkiem na dwuch słupach — tylko że prawie nie było na niej dachu. Wszystko ja odnowiłem: odryna, obora, gumno — dziurawe, ledwie się trzymało. A teraz co ? Cacko! Tak, panie, proboszczulku mój! Krwawo tu człowiek napracował się przez te dwanaście lat. A teraz ksiądz będziesz z tego korzystał, a mnie gonią precz...

Weszli do obszernej sieni, z której na trzy strony otwarte drzwi prowadziły do wielkich, jasnych, wysokich pokoi, pięknymi meblami zastawionych. W sali ja dalnej stół był już nakryty na kilka osób, a na nim stały różnych kształtów i wymiarów flaszki i butelki i cała baterja rozmaitych puszek, słoiczków z marynatami, talerzyków z przekąskami zimnemi. Znać było na tem wszystkiem staranną i doświadczoną rękę kobiecą. Ks. Butkiewicz posadził gościa, sam obwiązał się serwetą, huknął na babę, aby kołduny spuszczała, i zabrał się do flaszek. Zjawili się też dwaj młodzieńcy: jeden organista, z zabójczą blond czupryną i niebieskim krawatem, drugi, jak go ksiądz Butkiewicz przedstawił wieczny aspirant — i, milcząc, a śpiesząc, zaczęli sprzątać przysmaki ze stołu.

Gdy pierwszy głód został zaspokojony, a przystojna, tczarnooka gospodyni w różowym fartuchu wniosła i postawiła przed księżmi ogromną salaterkę pachnących kołdunów, rozmowa się znowu ożywiła. Kołduny były wprost idealne, i ks. Butkiewicz nie omieszkał najprzód nimi się pochwalić.

A co, proboszczulku? A co? — rzekł — jadłeś kiedy co podobnego? Choćbyś mnie nie wiem jak nablagował, że jadłeś, to powiem wręcz: łżesz kochany! Bo takich kołdunów, jak mojej baby, to ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Prawda? co?

— Prawda. Doskonałe.

— Słyszysz, babo! — huknął znowu ks. Butkiewicz w stronę kuchni. — I ks. Bronicz mówi, że doskonałe.

We drzwiach ukazała się uśmiechnięta twarz i różowy fartuch.

— A ja taki bieduję — zapiszczał cienki głosik — że nie we wszystkiem udały się. Majeranku, zdaje się za mało?

— Tak mówisz — za mało? — Proboszcz zadumał się nad połykanym właśnie kołdunem. — A może i masz, babo rację, może i za mało. Jaki ona ma, panie, wyrobiony smak — a?

— E, nie! nie za mało — oświadczył wieczny aspirant, nakładając sobie ponowną porcję. — Już pani Katarzyna to zanadto skrupulatka.

Gospodyni zaśmiała się i znikła.

Przy stole zaczęto mówić o czem innem. Ks. Szymon rozpytywał się o parafję i parafjan, a proboszcz chętnie dawał objaśnienia. Więc, po prawdzie, parafja to była marna — dusz wprawdzie około sześciu tysięcy, ale prawie, że sama biedota; chłopi, i to niebogaci, troche drobnej szlachty, równie biednej, a dworów niewiele. Najbogatsi — to tutejsi hrabiostwo, Wyżynieccy. Ale coż z tego, kiedy nigdy ich niema w domu! Zagranicą wciąż siedzą, bo hrabina klimatu nie znosi. Tylko na lato przyjeżdżają. Póki stara hrabina żyła, to i proboszczowi i kościołowi lepiej się działo. A teraz z młodych niewielka pociecha! Ot, jeszcze z Małej Rudy — to trochę jest korzyści. Kupił ją niedawno jeden inżynjer z Petersburga — taki półpolak, półkatolik, ale zona dobra kobieta, bardzo pobożna. Więc co może, to daje. Ale sama niewiele może, a on, choć inżynjer, ale skąpy. Oto jedna była tu jeszcze wielka dobrodziejka, pani Iwanowiczowa z Klonówki, wdowa bezdzietna, dostatnia. Ale cóż — umarła, a już sukcesorowie nie tacy.

— Ale lud, włościanie? — wtrącił Szymon — jacyż oni? jak żyją? czy się chętnie garną do oświaty? czy mają do proboszcza zaufanie? przychodzą po radę, po pomoc w biedzie? Jacy oni są? Czego chcą? czego pragną ?

Proboszcz pokiwał głową.

— Chcieć, to może oni i chcą czegoś... Ale kto ich tam zrozumie. Raz tak gadają, to znowu inaczej. Już ich taka natura, że zawsze coś muszą kręcić... Do ładu z nimi nie dojdziesz. At, wiadomo — bydło ciemne!

Umilkł, nie mając w tej kwestji nic więcej do powiedzenia. Ale po chwili uśmiechnął się znowu i rzekł:

— No, ale taki, dziękować Bogu, choć ciężko trzeba pracować na ten kawałek chleba, jednak koniec końców z głodu nie umrzesz.

Szymon zaśmiał się i spojrzał dokoła siebie. — No, do głodu daleko, proboszczu — zauważył. — Pałace tu...

Ks. Butkiewicz roześmiał się szeroko. — Ot, zechciałeś, proboszczulku! Żebyśmy jeszcze za naszą krwawą pracę nie mieli wygody! A toćby hańba była dla naszego Kościoła świętego! Do czegóżby to było podobne, aby kapłani katoliccy, żyli jak chamy jakie! }a wiem, wiem : teraz wśród was młodych są tacy, co mówią, że ksiądz powinien wyrzec się bogactw i żyć z ludem, tak, jak Pan Jezus żył. Głupstwo, kochany! Romanse! Lud musi mieć nad sobą kogoś wyższego. Niechby proboszcz mieszkał w chacie, a jadł z miski drewnianą łyżką, toby takiego proboszcza nie mieli za boże podszycie. Tak, proboszczulku, tak I Nie nam uczyć Kościół nasz święty, jak ma postępować.

Była chwila milczenia. Ks. Butkiewicz skończył krajać swego kurczaka i dobrał sałaty. Organista i aspirant przeżegnali się i wstali od stołu. A ks. Szymon nie chciał dalej podnosić kwestji księżowskich dostatków, bo czuł, że na tym punkcie nie doszliby z gospodarzem do porozumienia. Po chwili spytał o nowy kościół i o fundusze na jego budowę. Temat ten był miły dla ks. Butkiewicza, więc zapaliwszy cygaro i rozparłszy się szeroko na krześle, a pociągając od czasu do czasu haust czarnej kawy zaczął opowiadać.

Gdy tu przyjechał przed dwunastu laty, po śmierci staruszka ks. Lllinasa, zastał kościółek drewniany, jeszcze, co prawda, nie w najgorszym stanie, bo go ks. Lllinas niedawno odnowił dość starannie — ale brzydki, nie optyczny wcale. Wstyd było w takim odprawiać nabożeństwo. Plebańja zaś była bardzo nędzna. Zaczął więc przed parafjanami utyskiwać, narzekać — aż się w końcu musieli złożyć, i zebrali trzy tysiące rubli na plebańję. O kościele zaś ani słuchać nie chcieli. — Ojcowie nasi — mówili — i dziadowie modlili się w tym,tylko co nieboszczyk ksiądz kazał płacić za restaurację, nowego nam nie trzeba — ani grosza nie damy. Trzeba więc było poczekać z kościołem. I plebańję, mając już trzy tysiące można było zaczynać. Ale nie warto było starej reperować, więc odrazu nową zaczęło się murować, i to porządną, obszerną: sześć pokoi, kuchnia, na górze dwie salki — tak, aby każdemu było w niej wygodnie.

— Ależ chyba więcej kosztowała, niż trzy tysiące? — spytał naiwnie Szymon.

Ks. Butkiewicz zaśmiał się. — Proboszczulku, przeżegnaj się! Trzy tysiące! Ona, panie z dziesięć kosztuje. Tylko, ot co — u księdza inny rachunek. Ten da cegły kilka tysięcy, a tamtemu o belki z lasu przymówisz się, a chłopi to owo darmo zwiozą, a robotnika codzień ze wsi idzie po kilku. Ot, i jakoś ziarnko do ziarnka — i plebańja stanęła. Trzeba tylko umieć, panie, a zrobić można wszystko. Chłopi mówią: nie damy! a jak ich tak dobrze zażyjesz, to narzekają, drapią się w głowę — ale dają.

Gorzej było z kościołem. Uwzięli się i za nic nie chcieli. Tylko co, mówią, ks. Ulinas zbierał na reperację — teraz znowu mamy dawać — nie i nie! Więc trzeba było bez nich obchodzić się. Aż, na szczęście, stara hrabina umierając zapisała .. No, i to wprawdzie nie przyszło bez starania się, ale z Bożą pomocą udało się. A choć tam syn był nierad i krzywił się, ale musiał wypłacić co do grosza. A stara pani Iwanowiczowa przyrzekła dać , i inżynjer wydusił także i obiecał plan darmo zrobić, a inżynjerowa powiedziała, że co miesiąc składać będzie po rb., aż do ukończenia fabryki. Już, mając tyle na początek, można było zaczynać. Aż tu akurat — zerwała się wielka burza z wichrem i w kościele trochę przekrzywiła się dzwonnica. Nic tam strasznego nie było, ale już kiedy tak, to należało skorzystać. Więc, że to [niby niebezpieczeństwo grozi, rozebrano co tchu stary kościółek. Nadchodzi niedziela — a tu niema kościoła — ani śladu! Przenajświętszy sakrament przeniesiono na cmentarz. Jak zobaczyli ludzie, że zostali bez kościoła, tak w płacz! w lament straszny! I odrazu zmiękli. Damy, mówią, wiele potrzeba. I zaraz naznaczyli sobie składkę od dziesięciny. Było kilkanaście tysięcy na początek, oni resztę dodali, jeszcze tam młodzież urządziła jakiś bal, a jakiś koncert — i ot, jakoś dokonało się dzieła. Ciężko trzeba było harować, i prosić, i przypominać, i łajać, i grozić, i straszyć z ambony i w konfesjonale — bo chłopu ciężko rozstać się z kopiejką. Ale ot, udało się nakoniec — i stoi kościół taki, że w całym powiecie piękniejszego nie znajdziesz.

— Chodźcie, proboszczulku, pokażę — rzekł ks. Butkiewicz, wstając.

Poszli. Zaraz za drzwiami przyłączyły się do nich dwa kudłate pieski, a koło starej plebańji ośmioletni chłopak i sześcioletnia dziewczynka przybiegły do proboszcza, z obu stron ujęły jego ręce i szły z nim dalej śmiało, poufale, podnosząc na niego czarne, wesołe oczy.

— To dzieci mojej gospodyni — wytłómaczył ks. Butkiewicz. — O, Bronek zuch! Już i po rusku czyta, i do mszy uczy się służyć.

— Już Confiteor cały umiem bez omyłki — pochwalił się Bronek i kopnął nogą jednego z piesków.

— A ja Antyfonę umiem — dodała dziewczynka.

Księża z dziećmi poszli dalej.

Prawdziwie wzorowy panował wszędzie ład, porządek, dostatek i wygoda. Znać było wszędzie rękę umiejętną i gospodarną, oko pańskie, które konia tuczy i dobytku przysparza. Kościół okazały, fundamentalny, na wieczne trwanie obliczony, budynki gospodarskie porządne, pola doskonale uprawione, inwentarz syty, opatrzony należycie — wszędzie dobrobyt i dostatek. Szymon był zachwycony i szczerze swój zachwyt wypowiadał. Ks. Butkiewicz rad był z uznania. Rozpowiadał szeroko, pokazywał, opowiadał i raz wraz giestem zwyciężey obejmował swą posiadłość, wspominał swą krwawą pracę i żałował, że porzucić musi Rude. Ale wnet się pocieszał, że w Lipowcach będzie miał jeszcze szersze pole, jeszcze obfitsze plony.

Od jutra miał już tam sprzęty swe wysyłać. Baba z dziećmi za dni parę miała tam jechać i wszystko na jego przyjazd przygotować. Część mebli, bydło i kilka wozów z rzeczami już wyszło.

Zmierzch już zapadał, gdy obaj księża wrócili do domu. Ciepły był wieczór kwietniowy: na niebie znaczył się blady sierp księżyca, i powoli zapalały się gwiazdy. Czarne żuki z brzękiem przelatywały, wróżąc pogodę, a z nad rzeczułki w dole płynął głos fujarki. Pachniała zdala świeżo zorana ziemia, pachniały rozkwitające na drzewach listki. Wiosna pachniała młodością i kochaniem — i szła naprzód, zwycięzka, słodka, silna i radosna!

Szymon po tylu latach miejskiej niewoli czuł, jak mu się w piersiach serce rozszerza i rośnie, rośnie —

i ogarnia go dziwna tkliwość i dobroć: chciałby świat cały, ten piękny świat młody, przycisnąć do łona.

Z cienia kolumn na ganku wysunęła się postać jakaś i do ręki proboszcza się skłoniła. I załzawiony głosik zabełkotał coś o matce... o chorobie... o spowiedzi... że może i nie przeżyje nocy... że prosi... że czeka jak zbawienia... Jak zbawienia!

— Kto? Sorokówna? — mruknął niechętnie ks. Butkiewicz. — A rubla przyniosłaś?

Postać niżej jeszcze się pochyliła i do kolan księdza przypadła.

— Niema, ani złotówki niema już w chacie — zagadał głosik wśród łez. — Co mieli, wszystko wydali. Już i chleba niema ani kawałeczka... Już i poduszkę do żyda zanieśli... A matka czeka... umrzeć może — czeka... jak zbawienia!..

Proboszcz wyrwał rękę i zakrzyknął: — Niema! dla księdza, dla zbawienia duszy to u was niema! A na wódkę, na rozpustę to macie! Zawsze macie. Nie pójdę! Nie pójdę, kiedy tak! Zdychajcie bez księdza, kiedy żałujecie głupiego rubla! Będę ja po błocie łaził dla jednej chamskiej baby! Mówiłem sto razy: od chorego bez rubla nie przychodzić! Nie pójdę — ruszaj sobie precz!

I obu rękami opędzając się od dziewczyny, która mu chciała do nóg paść, i błagać jeszcze i prosić, ks. Butkiewicz poskoczył ku domowi, otworzył drzwi, zatrzasnął je za sobą — i zniknął.

Dziewczyna przypadła do ziemi i zaniosła się głośnym płaczem.

— Jezus, Maryja! Jeus, Maryja! — zajęczała.

Szymon stal przez chwilę odurzony. Wiedział, że tak się robi na świecie — wiedział to dobrze. Ale dotychczas nie widział tego tak zblizka. Może i widzieć nie chciał.

I teraz uderzyła weń, jak pięścią, jakaś brutalna prawda. Aż się zachwiał pod jej ciosem.

Zbliżył się do płaczącej dziewczyny. — Chodź — rzekł, dotykając jej ramienia — zaprowadź mnie do matki.

Z pod narzuconej chustki podniosły się na niego załzawione, przelękłe jakieś trwożne oczy — zabłysła w nich radość. Twarda dłoń pochwyciła jego rękę, i przylgnęły do niej wdzięczne usta.

Zerwała się Sorokówna z ziemi — i prędko, cicho zbiegła z ganku, kierując się ku bramie.

A za nią, milcząc, poszedł ks. Szymon.

Było na świecie już lato upalne i gorące : na łąkach dzwoniły kosy i poruszały się grabie, na polach wybujały zboża i szeroką falą w wietrze się chwiały ziemia w całej krasie swej i w pełnym rozkwicie śmiała się do słońca, które ją żarem oblewało i jasnem okiem pieściło, i codzień w piękniejszą stroiła się szatę, i codzień w bogatsze ubierała się barwy.

Wieś pracowała — w znoju i w pocie czoła zdobywała sobie chleb.

Pracował też ks. Szymon Bronicz. Z ogniem i zapałem rzucił się do pracy, jakby w niej znaleźć chciał jedyne jeszcze dostępne dlań szczęście. Jak deski ratunku, uczepił się swej misji pasterskiej i społecznych zadań — i oddał się im cały. Ni dnia, ni nocy, ni ranka, ni wieczora dla siebie nie zachował: wszystek czas, wszystkie siły, wszystkie myśli oddał swym parafjanom.

W tej wielkiej pustce, którą miał dokoła i wewnątrz siebie, w tej samotności dusznej zdało mu się, że jedynym ratunkiem i jedynem uspokojeniem będzie praca — wielka, gorliwa praca dla drugich. Ufał, że mu ona przynieść musi zadowolenie i ten spokój błogi, którego pragnął.

A im bardziej spokój ten wydawał mu się dalekim, tem więcej on w ciągłem zajęciu i w poświęceniu siebie go szukał.

Na tem najlepiej wychodzili jego parafjanie, którzy w nowym proboszczu pozyskali przyjaciela, doradcę, sługę gorliwego i prawdziwego ojca, którzy już przed nim nie potrzebowali bronić swych kieszeni, a mogli szczerze i do głębi otwierać serca.

Było na świecie już lato gorące, gdy, poraz pierwszy od chwili przybycia do Rudy, znalazła się dla ks. Szymona jakaś niezajęta i całkiem swobodna godzina. Roboty na polach i łąkach wrzały, nie było czasu na nic innego, nawet na chorowanie. Ustały wszelkie odwiedżiny do proboszcza, ustały interesy, tercjarki i dewotki nawet jakby osłabły w swej gorliwości. I przyszło wreszcie takie popołudnie, że Szymon nie miał nic do roboty. Nikt nigdzie nie wzywał, nikt o nic nie prosił, nikt nie czekał, nikt nie napędzał. Plebańja była pusta, bo i w proboszczowskiem gospodarstwie kipiało.

Szymon wziął kapelusz, paczkę gazet włożył do kieszeni i, gwizdnąwszy na Asa, młodego wyżła, którego był otrzymał od hrabiego Wyżynieckiego, a który już się do niego przywiązał, wyszedł po raz pierwszy od przybycia do Rudy na przechadzkę bez celu.

Zaraz za bramą zwrócił się nie ku wsi, lecz w przeciwną stronę, przeszedł wzdłuż plota ogrodowego wązka miedzą pomiędzy kłaniającem się zbożem a zielonymi krzakami kartofli, wydostał się na drożynę, biegnącą przez dworskie poletki i szedł nią powoli, ciesząc się cudowną pogodą i spokojem, rozlanym dokoła. As zaraz wyskoczył naprzód i zaczął stawać do każdego krzaczka i za skowronkami się uganiać, a ks. Szymon szedł wolnym krokiem, rad z samotności i z cudnego wokoło świata, starając się o niczem nie myśleć i tylko chwilą obecną się cieszyć. Wydobył gazety z kieszeni, ale czytać nie miał ochoty. Słońce tak mile grzało! Trawy pachniały, i pięknie było — ach! jakże pięknie i uroczo!

Tam, w dole, płynęła rzeczka wśród olch i błyszczała złotą łuską w słońcu. Dalej ciągnęły się łąki, połyskujące teraz gdzieniegdzie białemi koszulami kosiarzy i błyskawicami ich kos. A tu, na lewo, zaraz za drogą, wznosiły się topole i stare lipy dworskiego parku, rozlewał się jasną szybą staw, i rozbiegały się w kilka stron świata szerokie aleje.

Jedną z nich skierował się ks. Szymon ku poblizkiemu lasowi.

As dał pokój skowronkom i rzucił się do obwąchiwania zarośli, znalazł trop jakiś i w głąb się za nim zapuścił.

Szymon poszedł za nim w las. Wybierze sobie ładne miejsce pod jedną z sosen, położy się na ziemi i czytać będzie przyniesione gazety. Jak w Głuszynie. Tak, jak w Głuszynie...

Ach! dalekie, dalekie to czasy! Jakże młodym był wówczas, jak niedoświadczonym ! I jak... wierzącym jeszcze ! A jednak, tak — tam, w Głuszynie, wzbudziła się w nim myśl, a za myślą poszła krytyka, a z nią przyszło zwątpienie. Tak, tam się zaczęło. Przy pierwszem spotkaniu z normalnymi ludźmi, ze światem, z gazetą, z książką wiara chwiać się zaczęła. Tak prędko! Czyż była tak mało ugruntowana, bez żadnej podstawy, że tak prędko zachwiała się? I runęła... Czemuż jej moc niej nie utwierdzili ci, którzy ją hodowali tak starannie? Nie umieli...? Nie mogli...?

Tak, w Głuszynie rozpoczęła się tragiedja jego duszy.

Jakiż będzie jej koniec?

Czy wytrwa aż do śmierci pod maską, co mu twarz kryje ?

Czy wytrwa!

O, gdyby choć jedna dusza współczująca i bratnia, którejby pokazać mógł swe prawdziwe oblicze ! Gdyby choć jedna istota ludzka, przed któraby mógł nie kłamać ! Ale nie — nikogo, nikogo on nie ma na całym szerokim świecie, żadnej duszy bratniej. Samotny jest, samotny wśród ludzi, jak ten liść, co go wicher unosi — jak ta odłamana gałąź...

Podniósł głowę i oczy.

Był na skraju lasu, pod ciemną ścianą sosen i świerków. Przed nim o kilka kroków, o pień sosny oparta, siedziała na rozesłanym szalu kobieta. Obok niej leżał porzucony kapelusz, a ciemna główka pochylała się nad książką. Nie słyszała kroków za sobą. Czytała uważnie i w głębokiem skupieniu.

Ale zaszeleściła gałązka pod stopami Szymona. Ona drgnęła i szybko się odwróciła. Ogromne oczy czarne objęły postać księdza. Na ich dnie zapaliły się płomienie. Przez chwilę była niepewna. Ale wnet uśmiech ukazał się na jej twarzy.

— Ksiądz Bronicz! — zawołała.

Szymon już był przy niej. Powitanie było serdeczne. Ręce ich splotły się w mocnym uścisku.

— Skądże ksiądz... tu, w Rudzie? — spytała.

— Ależ panno Heleno! Ja tu jestem proboszczem od kilku miesięcy.

— Ach, tak ? Bo ja słyszę ciągle : nowy proboszcz taki, nowy proboszcz to i to mówił, to i to zrobił, ale nazwiska nikt mi nie powiedział. Ani mi na myśl nie przyszło, że to ksiądz jest tym nowym proboszczem.

Śmiała się mówiąc. Patrzała na niego swemi przepaścistemi oczami. Ale choć uśmiech był na ustach, oczy te wciąż były smutne.

— A pani tu — jakim sposobem?

— Ja jestem u wuja, u Wyżynieckich. Zaprosili mnie na całe lato, bo byłam chora. Wmawiają mi, że mnie wieś uzdrowi. Ale ja wiem, że to blaga — dodała po chwili. I nagle prędko mówić zaczęła, jakby jej słowa rwały się z ust mimowoli: — Bo ja, księże Szymonie, ja wiem, że już długo nie pociągnę. Nie ! Napróżno to całe leczenie. Płuca mam chore, kaszlę, krwią pluję, gorączkę mam codziennie. Cóż mi już pomoże? I naprawdę — co mi po życiu? co mi po niem? Ani ja żyć chcę, ani się śmierci lękam. Owszem, pragnę jej — tęsknię do niej. Bo wiem, że tam niema nic — nic. A zatem jest spokój i odpoczynek...

— Nie wierzy pani w życie przyszłe ? — spytał Szymon nieśmiało. — Wszakże dawniej... o ile wiem...

— Ach, tak! tak! Dawniej, to było zupełnie co innego. Dawniej byłam wierząca, pobożna. Ksiądz pamięta? Wierzyłam w dobroć Boga, w miłosierdzie i w sprawiedliwość. Ale potem przekonałam się, że niema miłosierdzia ani sprawiedliwości, a dziś myslę — że i Boga niema. Bo, gdyby był, toby przecież tak okropnie źle nie mógł rządzić światem.

Porwała z ziemi kapelusz i przypięła go sobie na głowie. Podniosła szal i porzuconą książkę. Ruchy miała nerwowe, niecierpliwe. Pomimo luźno spadającej sukni, widać było jej wychudzenie.

— Poco ja to księdzu mówię! — zaśmiała się nagle — jeszcze go zgorszę, i ucieknie. A ja taka rada jestem, żeśmy się spotkali, ach! taka rada ! — Podniosła swe cudne oczy czarne na Szymona i powtórzyła: — Jeszcze się ksiądz zgorszy i ucieknie, co?

— Nie, panno Heleno, i nie zgorszę się i nie ucieknę. Bo ja także bardzo, bardzo rad jestem z naszego spotkania.

— Tak. Bo to nam przypomina... tamte... dawne czasy i wszystko, co było... Ach! — westchnęła i spuściła głowę. Oczy jej przykryły się powiekami, i zadrżały nad niemi długie rzęsy. Ujęła jedną ręką suknię, szal i książki wzięła w drugą i zaczęła iść ku dworowi.

Była długa chwila milczenia.

— A matka pani ? — spytał wreszcie ks. Szymon.

— Moja matka... umarła... — odrzekła zimno. — Jestem teraz zupełnie sama na świecie — dodała — i mogłabym już nietylko wyjść za Andrzeja Głuszyńskiego, ale wszełkie możliwe głupstwa popełniać. — Zaśmiała się.

Szymonowi przykro się zrobiło.

— A coż... z Andrzejem Głuszyńskim ? — spytał.

— Andrzej... także... nie żyje — odparła. I dodała po chwili: — Umarł w cytadeli warszawskiej. I nagle załamała ręce: — Ach, czemuż nas wtedy rozdzielono! Ach ! czemu! czemu!...

Ks. Szymon nic nie odpowiedział. Ach, czemu, czemu dzieją się na tym biednym świecie rzeczy tak okrutne a tak niepotrzebne? Czemu?

Niezbadane są wyroki Opatrzności...

I w myśli stanęła mu znowu ciemniejąca aleja głuszyńskiego parku i złączona w uścisku para.

Mil czeli długo, idąc obok siebie przez pachnące dojrzałością zboża. Słońce skłaniało się już ku zachodowi, i dłuższe za niemi cienie się kładły. Kosiarze w oddali błyskali ostrzami kos. Nad wsią zaczynały się unosić długie pasma dymów. Kędyś z dalekich pastwisk dochodził ryk krów, które zaganiano już do powrotu. As przybiegł z pościgu za jakimś zającem i, dysząc i ogonem merdając, biegł drogą z wywieszonym językiem.

Szymon i Hela szli milcząc obok siebie.

Ona wreszcie to milczenie przerwała.

— Proszę mi nie mieć za złe, księże Szymonie — rzekła — jeśli jestem przykra, ostra, i jeśli powiem czasami coś, co nie uchodzi. Nie chciałabym odstraszyć księdza od siebie. Ale ja taka już jestem... taka jakaś antypatyczna. Taką mnie zrobiło życie — no, i ludzie... A już za późno na reformę.

— Pani mnie od siebie nie odstraszy — odparł Szymon — bo widzę... że pani jest... bardzo biedna...

Urwał — nagle z jej piersi wyrwało się łkanie. Zasłoniła twarz rękami i rozpłakała się.

— Tak, tak! — mówiła — jestem biedna, ach! strasznie, strasznie biedna ! Nie mam nikogo na świecie, nikt mnie nie kocha, nikt, prócz Andrzeja, nie kochał prawdziwie. Matka tylko zawsze siebie miała na myśli, nigdy nic nie zrobiła dla mego prawdziwego szczęścia. A ja... A ja... tak sama... żyć nie moge, nie moge! Ach! ksiądz nie wie, jakie to smutne życie ! Nic, nic, ani za mną, ani przedemną. Owszem — przedemną śmierć. Ach! księże Szymonie ! poco się taka jak ja rodziła ! po co żyła na świecie. W tej pustce... w tej pustce...

Jakieś echo pokrewne odezwało się w duszy Szymona. I nad płaczącą dziewczyną pochylił się nizko. Tak, samotną była i nikt jej nie kochał.

A on...?

Ani się obejrzał, jak obie ręce jej wziął w swoje i od twarzy je odjął.

— Panno Helu — szepnął — nie płakać... nie płakać... Ona uśmiechnęła się przez łzy, trochę pocieszona dobrocią, którą w nim odczuła. Nie wysuwała rąk z jego dłoni.

— Ksiądz pewnie zaraz zacznie mi mówić — rzekła tonem rozkapryszonego dziecka — że Bóg jest miłosierny, i że w niebie dostanę nagrodę. Ale ja temu nie wierzę.

— Nie, panno Heleno, nie zacznę pani tego mówić.

— Ach, gdyby Bóg był dobry, a nawet gdyby wogóle byl, toby przecie takie, jak ja, zaznały trochę szczęścia. A ja... nigdy, nigdy! Od samego dzieciństwa...

Urwała. Otarła oczy i znowu, zgarnąwszy suknię, zaczęła iść ku domowi.

— I poco ja to wszystko mówie ! — zaczęła po chwili gniewnie. — Bóg wie, co mi się stało! To spotkanie z księdzem tak mnie rozkleiło, czy co ? Tak jakoś przypomniało się wszystko... Ale już nie będę, nie będę...

— O, panno Heleno! Wolałbym, żeby pani była ze mną szczera. Dobrze czasem użalić się przed przyjazną duszą.

— Przed przyjazną duszą... — powtórzyła i podniosła na Szymona oczy.

A jego napadło roztkliwienie i żal. Patrzał na jej tak wątłą postać, na główkę, obciążoną grubym splotem kasztanowatych włosów, a nizko pochyloną, jakby ją wielki ciężar gniótł. I myślał, jak smutną jest jej samotność. Nikogo na tym świecie, i żadnej nadziei w tamtym. Ach! otoczyć takie biedactwo ramionami silnemi, unieść gdzieś daleko od nędzy i smutku, wlać siłę i zdrowie w krew, ukoić, pocieszyć i tchnąć w nią ufność i wiarę. Przytulić tę biedną głowę do jakiej silnej piersi i biedne to serce pokrzepić. To serce, które tak miłości pragnęło, które do miłości się rwało.

Ale Hela opanowała tymczasem wzruszenie i zaczęła opowiadać o sobie. Matkę straciła przed trzema laty, została bez żadnego prawie funduszu, ale, dopóki była zdrowa, lekcji miała dosyć i mogła zapracować na siebie. Tylko w tym roku przeziębiła się i ciężko przechorowała i odtąd przyjść do siebie jakoś nie może. Wuj Wyżyniecki przejeżdżał właśnie wówczas przez Warszawę, zabrał ją tu na lato. Ale ona wie dobrze, że to wszystko na nic i że już nie pociągnie długo.

— A tu u wujostwa dobrze pani? — pytał Szymon.

— Owszem, dobrze. Karmią mię, pielęgnują, dogadzają, znoszą moje dziwactwa. Mam pokój z balkonem, książek pełno, ogród prześliczny, moge spać, jeść, nic nie robić. Ale cóż z tego ? Oni mnie nie lubią, i ja ich nie lubię.

— O! Dlaczego ? Ja hrabiego parę razy widziałem, wydał mi się bardzo sympatyczny.

— Tak, właśnie, bardzo sympatyczny. To dla niego określenie. Ale ja nie lubię tych sympatycznych.

— A hrabina?

— Hrabina ? jak zwykle hrabiny. Po wesołej młodości, gdy już i kosmetyki i masarze nie mogą zmarszczek usunąć, przechodzić zaczyna w dewocję. Teraz ma zajęcie — mnie nawraca. Tylko dobrze, że to już niedługo potrwa, bo za parę tygodni wyjeżdża za granicę. Cierpieć nie może Wielkiej Rudy.

— Ale pani nie wyjedzie? — spytał Szymon. I pytając pomyślał, że to przecie powinna być dla niego rzecz całkiem obojętna.

— O, nie — odparła Hela — ja tu będę przez całe lato, o ile się nie przeniosę na cmentarz. I mam nadzieję, że się często spotykać będziemy. To tak miło ! — tak miło spotykać swoich dawnych znajomych!

Mówiąc to, uśmiechnęła się, a że już byli przy bramie dworskiej, więc się zatrzymała i wyciągnęła do niego rękę.

— Proszę przyjść kiedy do nas — rzekła.

— Owszem, owszem, przyjdę — odrzekł ks. Szymon. I, uścisnąwszy jej rękę, oddalił się szybko.

Tej nocy dziwnie miłe miał sny. Szedł przez jakieś łąki kwieciste, płynął po jasnych wodach jeziora, wznosił się na jakieś szczyty, a w duszy mu grały cudowne melodje. Zdawało mu się, że coś odkrył, coś posiadł, znalazł coś, czego szukał oddawna. I był szczęśliwy.

Nazajutrz była Niedziela — pracowity dzień dla proboszcza. Od wczesnego ranka chłopskie wózki i szlacheckie kałamaszki ciągnęły sznurem pod kościół. Znalazła się spora gromada przy konfesjonale, potem kilkoro dzieci przyniesiono do chrztu, potem suma, kazanie i suplikacje, kilku jeszcze interesantów w zakrystji — a wreszcie troche zmęczony, a bardzo już głodny, wrócił ks. Szymon do plebańji.

Mieszkał w starej, drewnianej, gdyż murowanego pałacu nie miał nawet czem umeblować po wyjeździe ks. Butkiewicza, który zabrał swoje sprzęty, a zresztą, przeznaczał go na ochronkę.

— Dajcie mi co przekąsić ! — zawołał w stronę kuchni zginając swą wysoką postać, aby wejść w nizkie drzwiczki. — Dajcie, co macie pod ręką. Prędko! Bo tam jeszcze czekają...

Z kuchni wysunęła się głowa Maciejka, człowieka nieokreślonego wieku, odziedziczonego wraz z kilku starymi gratami po ks. Butkiewiczu. Maciejko był zarazem kuchmistrzem, ogrodnikiem i chłopcem na plebańji, a także w jiwolnych ifchwilach reperował sutanny, piekł opłatki i przewodził bratczykami, zajmującymi się pobożnem grzebaniem umarłych.

— Dobrodzieju ! — szepnął Maciejko — Dobrodzieju ! Dać, to jaby choć zaraz dał, bo wszystko gotowiutkie jest. Ale tam — hrabina czeka.

— Hrabina? Jaka hrabina?

— A tak, tak! Sama! Przyszła z kościoła, siadła i czeka. Ja chciał po dobrodzieja skoczyć, ale nie dała. Mówi: poczekam.

Rzeczywiście, w saloniku, który był zarazem i jadałnym pokojem i kancelarją parafialną, czekała na proboszcza hrabina Wyżyniecka. Nie znał jej dotychczas, gdyż niedawno przyjechała do Wielkiej Rudy. Zaprezentowała mu się więc i, przepraszając, że w tak zajęty dzień jeszcze go niepokoi, prosiła o chwilę cierpliwości, gdyż ma ważną i pilną sprawę do omówienia. A gdy ks. Szymon, usadowiwszy ją, choć z obawą, na kulejącej kanapie, zajął miejsce naprzeciw, zaczęła mu rozpowiadać szeroko i długo, jaka jest rada z tego, że on się okazał dawnym znajomym Heli, że Hela po wczorajszem z nim spotkaniu była w doskonałym humorze, że taki stosunek może mieć na nią jak najlepszy wpływ, że zatem prosi go i zaklina, aby często, jak najczęściej to biedne dziecko odwiedzał.

— Bo tak nieszczęśliwie się składa — mówiła — że ja, pomimo szczerych chęci, nie moge] jej otoczyć tak czułą opieką, jakbym pragnęła. Moje nieszczęsne zdrowie — westchnęła głęboko — zmusza mnie do ciągłych wyjazdów. I teraz, wkrótce będę musiała wyjechać na czas dłuższy, a Hela zostanie sama... to jest, prawie sama, bo pod opieką pani Kostkowej, naszej gospodyni, najzacniejszej w świecie osoby, która o wygody jej dbać będzie jak najlepiej, ale dla jej duszy nic zrobić nie potrafi. A tu właśnie, księże proboszczu, o duszę jej chodzi. Bo, muszę to wyznać, naturalnie pod wielkim sekretem, że to biedne dziecko utraciło wiarę. Dziwne to! Dziwne bardzo ! Wychowana tak religijnie przez najpobożniejszą matkę, otoczona najlepszymi wpływami, zakochała się biedactwo w jakimś socjaliście i, pewnie pod jego wpływem, stała się wprost wolnomyślną. Tak, księże proboszczu, wprost wolnomyślną! Westchnęła znowu głęboko. — Z pewnością to się niemało przyczyniło do śmierci tej biednej Kranickiej. Wieczny jej odpoczynek! To była święta kobieta. Otoż co do Heli, zaraz, gdym się dowiedziała o wczorajszem spotkaniu z księdzem proboszczem, i że to dawna znajomość, i że Hela tak sympatycznie jest dla księdza usposobiona, zaraz pomyślałam, że jest w tem wyraźny palec Boży. Bóg w mądrości swojej umyślnie tu księdza zesłał, na drogę tej biednej, zbłąkanej duszy. Wszak prawda, księże proboszczu ?

Hrabina słodko się uśmiechnęła i pokiwała ozdobnym kapeluszem nad boską mądrością. Ale zanim ks. Szymon zebrał się na odpowiedź, już mówić zaczęła dalej. Powierzała duszę Heli ojcowskiej troskliwości jego, błagała dla niej o ratunek i opiekę i zapraszała, aby często, jak najczęściej bywał w Wielkiej Rudzie.

Szymon chętnie obiecał się stawić, gdy mu tylko czas na to pozwoli. I hrabina wstała wreszcie z niebezpiecznej kanapy i wyciągnęła do niego pachnącą rękę.

Chciałabym — rzekła — zawrzeć z księdzem proboszczem przymierze dla wyratowania tej nieszczęśliwej duszy. Stan zdrowia jej jest tak zły, tak niepewny, że kto wie, czy mamy wiele czasu przed sobą. Niema ani chwili do stracenia.

Szymon uczuł jakieś bolesne w piersiach ściśnienie.

— Tak jest źle, naprawdę ? — rzekł. — Myślałem, że panna Helena przesadza.

— Jest źle bardzo. Lekarze nie robią wielkiej nadziei. Zresztą, kto to wiedzieć może. Wszystko w ręku Boga — może się jeszcze poprawi. Ale to wątpliwe, bardzo wątpliwe. I wobec tego musimy myśleć o jej nawróceniu...

Hrabina odjechała, jeszcze raz otrzymawszy przyrzeczenie proboszcza, że Helę często odwiedzać będzie.

A po jej odjeździe biedny proboszcz stanął z załamanemi rękami.

Więc on tę duszę miał nawracać! Skłaniać do wiary w to, w co już sam oddawna nie wierzył! Miał jej mówić o prawdach, które sam uważał za kłamstwo, miał jej robić obietnice, wiedząc, iż nie będą dotrzymane ! On, kapłan, kierownik dusz, ojciec duchowny, on musiał i tę duszę, duszę zbolałą i smutną tej samotnej dziewczyny, ten zbuntowany i zgorzkniały umysł wprowadzić na dobrą drogę! Miał ją straszyć, łudzić i obietnicami nęcić, aż jej wolna myśl zachwieje się, aż się wyrzeknie samej siebie i podda się jemu.

Jemu, który, również jak ona, o wszystkiem zwątpił.

O ! ironjo ! ironjo !

Nie, tego nie uczyni. Tego już nie może ! Więc pocóż kapłanem jest ? Dlaczego innym daje to, czego jej dać nie chce? Wszakże innym mówi wciąż o Bogu, o Jego miłosierdziu i sprawiedliwości, o nagrodzie i karze, o niebie i piekle, o win odpuszczeniu, o przyszłem życiu i o nieśmiertelności.

Innym to mówi, a jej nie chce. Dlaczego?

Nie, nie! Jej tego mówić nie będzie. Jej kłamać ani udawać przed nią — nie może.

I poczuł nagle, że Ona się wyodrębniła w jego sercu, że nie może być dla niej, tak jak dla innych, księdzem proboszczem, lecz, owszem pragnie w głębi swej istoty własną duszę przed nią otworzyć, wypowiedzieć jej wszystko, wszystko, i maskę z twarzy swej odrzucić. Ach ! jakże tego pragnie !

Lecz, gdy w parę dni potem znalazł się w Wielkiej Rudzie, witany serdecznie przez Helę, gdy patrzał w jej ciemne, przepaściste a smutne oczy, gdy czuł z każdego jej słowa, iż ona mu ufa i za kogoś blizkiego i swojego uważa i że prawie czeka od niego pociechy i pokrzepienia, pierwsze wrażenie jego po rozmowie z hrabiną ustępować zaczęło, i stanęło przed nim pytanie : czemu, jeśli to możliwe, nie dać jej choć tej ułudnej pociechy i nie pokrzepić jej duszy, odlatującej w nieznaną drogę, chociażby mirażem szczęścia?

Pytanie to stanęło przed nim groźne i powagi pełne.

I nie wiedział, jak na nie odpowiedzieć.

Tymczasem jednak rozstrzygać gonie było potrzeba. Hela nie poruszała już z nim żadnych kwestji drażliwych. Tylko ze wzrastającą wciąż sympatją i zaufaniem mówiła o sobie i o tem, co ją obchodziło.

A obchodziło ją bardzo wiele rzeczy. Przez tych lat kilka dużo przemyślała, dużo przebyła, wykształciła się, rozwinęła, duchowo się rozrosła. I dziś nie było nic takiego na szerokim świecie, coby w niej nie znalazło echa. Wszelkie kwestje społeczne i narodowe zajmowały ją bardzo żywo. Od śmierci matki zwłaszcza korzystała ze swobody i, mieszkając w Warszawie, brała udział w tamtejszym ruchu umysłowym i literackim, pracowała w paru postępowych pismach, obracała się w kole najinteligientniejszych ludzi, działaczy na rozmaitych polach, kształciła się z zapałem i wytrwałością. I dziś kultura jej umysłu i duszy stała już na wysokim poziomie. A teraz, gdy choroba wyrwała ją stamtąd i skazała na bezczynność i tak zupełną zmianę otoczenia, pocieszała się czytaniem mnóstwa poważnych dzieł, pisaniem do jednego z młodych dzienników prześlicznych, subtelnych i wycyzelowanych z miłością Refleksji i długiemi godzinami rozmyślań pod cieniem leśnych sosen.

Tęskniła jednak do jakiegokolwiek podziału myśli. Bo tego mieć nie mogła ani w dobrym a bardzo miernego umysłu wuju Wyżynieckim, ani w wujence hrabinie, której niezręczne moralizowanie drażniło ją, ani tembardziej w typowej dewotce, pani Kotkowej, która jej codzień proponowała wspólne odmawianie koronki do Przemienienia Pańskiego i koniecznie ją chciała leczyć wodą z Lourdes.

Ze spotkania z ks. Szymonem ucieszyła się szczerze, gdyż nietylko, że jej przypominał dobre i szczęśliwe czasy i sam trochę jakby do nich należał, ale że prędko odkryła w nim umysł ciekawy i szukający prawdy.

Ani jej wszakże na myśl nie przyszło, że ten ksiądz, wypełniający wzorowo swe obowiązki, że ten gorliwy proboszcz, o którego cnotach już dokoła odzywano się z uznaniem, że ten ascetycznie wyglądający, żyjący skromnie, zawsze gotowy na usługi młody kapłan, którego wygląd nawet doskonale odpowiada! ustalonemu typowi, że on może być, tak jak i ona niewierzącym. Ani jej to przez myśl nie przeszło !

Tembardziej, że i on, po namyśle postanowił się nie zdradzać, pozostać i nadal w sobie zamkniętym, tej biednej duszy własnem zwątpieniem nie trwożyć i wszelkie religijne kwestje zbywać dyplomatycznem milczeniem.

Ale, prócz religijnych, tak wiele było innych ciekawych i wzruszających ich oboje I Całe światy myśli, uczuć, marzeń, aspiracji, hypotez i wzruszeń głębokich.

Całe światy!

Prędko, bardzo prędko porozumiały się z sobą ich dusze i iść zaczęły razem drogami wspólnych myśli i we wzajemnem obcowaniu znalazły słodycz ogromną. Ona, ze swoją tragiczną w sercu miłością, zgorzkniała i smutna, samotna i skrzywdzona przez losy przylgnęła do tej dobroci, co się pochylała nad nią, pragnąc pocieszać i koić. On, bardziej jeszcze samotny w życiu, bardziej jeszcze przez los pokrzywdzony, w pustkę serca swojego wziął ją i dokoła jej istoty owinął się całem utęsknieniem swojem, całą gorącą a dotąd jałową siłą ukochania. Ciało jego, ujarzmione dawniej i wciąż trzymane w surowych karbach, i teraz nie drgnęło. Zmysły się nie wzruszyły. Żadna się w nim nie zjawiła myśl pozioma ani pożądanie. Tylko dusza jego rozkochała się w tej drugiej duszy, tylko serce jego roztkliwiło się nad tą smutną dziewczyną — i poczuł w głębi istoty swojej jakieś nowe życie, nową siłę, potęgę, przeczuwaną tylko, lecz niezaznaną dotychczas — potęgę miłości.

Jakby czekał na nią. Jakby jej tylko czekał. Bo oto pustka wewnętrzna się zapełniła i wszystko nabrało nowego blasku i znaczenia. I wspaniałe kwiaty rozwinęły się w nim i zakwitły. I jakieś źródło ożywcze wytrysło. I siły ku dobremu się wzmogły. I zajaśniała nigdy dotychczas nie widziana gwiazda szczęścia.

— Czy ja ją kocham — spytał się swego serca, gdy jednej nocy, jakby nagle zbudzony, usiadł na łóżku i zapatrzył się w ciemność.

Kocham — odpowiedział sobie zaraz bez wahania i dodał: — To musiało się stać. — I owładnęło nim uczucie szczęścia bez granic, bez miary, bez dna i końca. Szczęścia i dumy. Bo oto wziął najwyższy ton, na jaki ludzką istotę stać, oto uderzył najpełniejszy akord, oto chmury w nim błyskawicą się rozdarły! I weszła miłość. I kochał.

I nie zapytał siebie: a co z tego będzie? Bo nic więcej nie mogło być. Kochał — to dosyć. Więcej nic nie było potrzeba — i więcej niczego nie chciał.

Choćby umrzeć teraz, to już życie nie byłoby stracone.

Choćby umrzeć teraz...

Lato zeszło, jak sen uroczy. Słońce jaśniej świeciło, ptaszki weselej śpiewały, kwiaty miały słodszą i bardziej upajającą woń, zorze wieczorne były złociste i wspanialsze, a poranne rosy świeższe i bardziej brylantowe. Księżyc zaś nigdy nie miał tak srebrnego blasku.

Nawet twarze ludzkie coraz życzliwszemi się stawały. Szymon nigdy dotychczas nie czuł w sobie tak gorącej chęci do pracy i szczerej życzliwości dla bliźnich, nigdy tak gotowym nie był do wszelkich dla nich usług i poświęceń. Hymn szczęścia i miłości śpiewała w nim od rana do wieczora rozkochana dusza.

Zdrowie Heli było z każdym dniem lepsze. Widocznie służyło jej powietrze wiejskie. Zaczęła nawet nabierać troche ciała i tracić wypieki na policzkach. Siły przybywały, puszczała się na coraz dłuższe przechadzki. A i usposobienie stawało się łagodniejszem. Coraz mniej mówiła też o śmierci, a coraz więcej o życiu.

W pustym pałacu, gdyż i hrabia wkrótce gdzieś za hrabiną podążył, Szymon i Hela spędzali codziennie długie godziny na wspólnych czytaniach i rozmowach. Pani Kotkowa dobrotliwym uśmiechem sankcjonowała te sam na sam panienki z młodym księdzem i cieszyła się, myśląc, że ta zbłąkana duszyczka powoli jest nawracana na dobrą drogę. Myślała więc tylko o tem, aby smacznymi kąskami przy kolacji ułatwić księdzu i panience to nawracanie.

Wczesną jesienią Hela zaczęła myśleć o powrocie do Warszawy. Czuła się na siłach wziąć się znowu do pracy, a tu przecie wiecznie w bezczynności siedzieć nie mogła. Przedtem jednak przyrzekała proboszczowi doczekać się przyjazdu Dorszówny i dopomóc w organizowaniu ochronki. Jakoż, gdy się Dorszówna zjawiła, zawsze, dzielna, prosta, energiczna, w nieśmiertelnej szarej sukni, przywożąc z sobą nauczycielkę, wybraną z tysiąca — robota na plebańji zawrzała. Zbierano dzieci, badano, egzaminowano, klasyfikowano, dzielono na gromady, zapisywano w księgi. Dokoła murowanego pałacu ks. Butkiewicza zaroiło się od jasnych i ciemnych główek, wielkie pokoje rozbrzmiewały cienkiemi głosikami, i wkrótce z okien otwartych na jasny świat Boży wypłynęła piosenka:

Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie...

albo rozgłosiła się poważna wieść, że : Kuba ma but i bat, a koty mają boki.

Ks. Szymon był szczęśliwy, jak jeszcze nigdy w życiu. Zdawało mu się, że jakiś płomień jasny w nim rozgorzał i wlewa mu w żyły ciepło dobroczynne. Zdawało mu się, że skrzydła mu u ramion wyrosły i że polecieć może wysoko — wysoko — ponad ziemię, ponad wszelkie nędze żywota, ku szczytom, ku gwiazdom, w nieskończoną jasność — polecieć Chimerą w przestworza. Chimerą...!

Wyciągnął z szuflady ukryty tam wciąż obraz — i patrzał. I zdawało mu się, patrząc, iż jest on rzeczywiście tym skrzydlatym potworem, w dal rwącym się z tęsknotą, a że na szyi mu zawisła i ramionami go objęła — ukochana dziewczyna.

Patrzał — i był szczęśliwy.

Nawet, gdy przyszedł dzień rozstania, Szymon nie utracił tego wewnętrznego rozradowania swego. Wiedział, że zdaleka, czy zblizka, on ją duchem posiada i w sobie ją nosi, że serce jego nie jest już puste, jak dawniej, że kochać może i w tem kochaniu coraz bujniej i piękniej rozkwitać.

Hela była od niego smutniejsza. Chociaż o uczuciach młodego księdza dla siebie nie miała najmniejszego pojęcia, chociaż sama kochać już nie umiała, przywiązała się jednak mocno do tego dobrego człowieka, który, jedyny na całym świecie, był jej tak blizkim i przyjaznym, jakieś przeczucie zdawało się jej mówić, że już nie wrócą szczęśliwe dni, z nim spędzone, i że gdy, z Wielkiej Rudy wyjedzie, czyhać na nią będą nieszczęścia i śmierć. Dzięki niemu, tu przez tych kilka miesięcy nie czuła się samotną na świecie i od wszystkich opuszczoną. Nie mówił jej nigdy o Bogu, ani o wierze, ani o religji i była mu za to wdzięczna. Ale sama jego obecność zdawała się przynosić jej obietnicę czegoś lepszego, jakiejś sprawiedliwości i jakiegoś wielkiego miłosierdzia. Przy nim lody i śniegi, nagromadzone w jej sercu, zaczynały roztapiać się i tajać, jak gdyby pod tchnieniem wiosny. Było jej poprostu dobrze przy nim, miło i bezpiecznie.

Ostatniego dnia spakowała wcześnie swoje rzeczy i, rozporządziwszy się, aby konie o właściwej porze przyszły po nią na plebańja, sama na mszę do kościoła podążyła. Pierwszy to raz być miała na mszy ks. Szymona i sama nie wiedziała, jak jej ta myśl przyszła do głowy. Ale przyszła. I to tak uporczywa, iż musiała jej ulec.

Weszła więc o wczesnej godzinie do pustego prawie kościoła, bo był to dzień powszedni, i zaledwie parę kobiet w chustkach na głowach klęczało po kątach, i usiadła w ławce blizko ołtarza, na którym już się paliły dwie świece. Po chwili drzwi od zakrystji otworzyły się: jęknął dzwonek, zawieszony na taśmie, i wyszedł ks. Szymon w białych i złocistych szatach, od których odcinała się czarna jego głowa. Wyszedł, niosąc kielich w rękach. Hela po raz pierwszy widziała go w tym stroju i w tem otoczeniu. Po raz pierwszy też od bardzo dawna.była w kościele. On wydał się jej innym zupełnie człowiekiem: jakimś surowym i od niej dalekim, prawie jej nieznanym. A kościół ze swymi wysokimi łukami, z barwnem światłem szyb i ze zbolałym na krzyżu Chrystusem, rozpiętym w męce nad ołtarzem, przejął ją dziwnym lękiem i wzruszeniem. Gdy się odezwały organy, po niej zaczęły przechodzić dreszcze. Ukryła twarz w dłonie i rozpłakała się.

Cała przeszłość samotna i pełna zawodów, cała młodość zmarnowana, życie bez radości, miłość tragicznie zakończona, szara walka o codzienny chleb, wspomnienie matki, bardziej przykre, niż żałosne, gorycz własnego serca, a w przyszłości samotność, choroba, opuszczenie i śmierć bez nadziei odrodzenia się w lepszem życiu cała bezdenna próżnia istnienia, cała rozpacz i bunt, gnieżdżący się w jej duszy — wszystko to stanęło przed nią i szarpnęło nią do głębi.

Płakała nad przeszłością swoją i nad tem, co ją czeka.

A tymczasem od ołtarza dochodził głos Szymona, mówiący: Credo... Gloria in excelsis... Sursum corda... Sanctus, Sanctus... Pater noster...

Z jego ust padały te słowa pełne nadziei. Z jego dobrych ust...

A gdy podniosła nań wzrok, widziała jego profil poważny i surowy i jego spuszczone nad świętym mszałem oczy. Teraz była smutna — smutniejsza, niż zazwyczaj, lecz spokojna.

I zaczęła myśleć, że on znalazł drogę bezpieczną, że obrał sobie bodaj najlepszą cząstkę — i że jest szczęśliwy. Ach, tak! pewnie jest bardzo szczęśliwy, a przynajmniej bardzo spokojny.

Więc... możeby i ona...

Ach! gdyby mogła wierzyć! Wierzyć ślepo, bez rozumowań, bez krytyki! Jak dziecko wierzy matce — ślepo. Ach! gdyby mogła!...

Ale nie, nie! Już zapóźno.

Gdyby jednak... gdyby...

Msza się skończyła. Proboszcz zniknął za drzwiami zakrystji. Baby rozchodzić się zaczęły. A Hela poszła ku plebańji. Chciała raz jeszcze cicho, spokojnie porozmawiać z ks. Szymonem i podziękować za wszystko dobre, co od niego otrzymała, i polecić się jego pamięci. Chciała być z nim sama.

Więc nie weszła do plebańji, lecz, usiadłszy przed domem na ławeczce, czekała.

A dokoła była cisza wiejska i krasa jesiennego, pogodnego dnia. Był nad nią szafir nieba bez chmur, a na drzewach wspaniałe złoto, miedź i purpura. A pod stopami świeża jeszcze zieleń murawy. I wszędzie, wszędzie porozrzucane, trochę przywiędłe, trochę zmęczonef już fioletowe i białe korony astrów na wysokich łodygach...

— Tak wcześnie dziś, panno Heleno!

Nie słyszała, jak nadszedł, zapatrzona w jesienne barwy i zasłuchana w ciszę. Ocknęła się i spojrzała mu w twarz.

— Chciałam się pożegnać z księdzem proboszczem — rzekła — i moje ostatnie dobre chwile tu spędzić razem... Konie tu po mnie zajdą. Jadę za godzinę.

— Wiem — odparł proboszcz. I usta zacisnęły mu się bardzo mocno.

— A ksiądz widział, że ja byłam w kościele?

— Widziałem.

— A czy ksiądz... ciekawam!... czy ksiądz choć pomodlił się za mnie podczas mszy?

Drgnienie przeleciało po twarzy księdza. Spuścił oczy i milczał.

Hela spróbowała żartować.

— A widzi ksiądz, jak to brzydko! Któż bardziej odemnie potrzebuje modlitw! Odemnie grzesznej,niewierżącej... I nagle zawołała — Tak, tak! księże Szymonie! Proszę za mnie się modlić koniecznie, koniecznie! Codzień! Ja w to nie wierzę, ja w nic już nie wierzę, ale jednak... takby mnie było przyjemnie wiedzieć, że ksiądz modli się za mnie, że ksiądz czasem pomyśli o mnie. Ach, ja tak księdza pokochałam przez te parę miesięcy! I teraz będzie mnie tak smutno samej jednej na świecie... Ja tyle mam... Ach! tyle mam wdzięczności!...

Oczy jej rozbłysły znów łzami. I nagle porwała go za rękę i do ust ją przycisnęła.

— Ja muszę to wypowiedzieć — mówiła prędko — i muszę podziękować za to, że ksiądz był dla mnie takt dobry! Ksiądz, choć ksiądz, a nie gorszył się mną i nie odrzucał mnie precz od siebie i nie nawracał mnie. A był dobry, ludzki. I zrozumiał, że mnie tak źle... tak źle ! I pożałował trochę. Ach! proszę mi pozwolić zawołała znowu, pochylając się do jego ręki. — Księdza wolno w rękę całować... I ja nigdy, nigdy nie zapomnę... Umierając, wspominać będę...

Rozpłakała się znowu, i łzy jej gorące upadły na dłoń Szymona.

I zdało się jemu, że to są krople rozpalonego żelaza i że padają mu aż w samą głąb serca i żrącą, ognistą ranę tam wypalają — ranę, której już zmyć nie zdołają całe rzek potoki.

Siedział przy niej nieporuszony, skamieniały, bez słowa, bez giestu, bez drgnienia. Zalewała go żałość bez miary, a zarazem śpiewały mu w duszy jakby chóry anielskie.

Rok minął znowu. I znowu lato królowało.

Był to rok dla Szymona pracy wielkie), ale i pociechy. Zżył się już z parafją swoją i zawarł z nią stosunki, które się codziennie zacieśniały. Bo codzień głębiej wnikał w tę biedę i w tę ciemnotę, którą był otoczony, i coraz to lepsze na nią wynajdywał środki. I drewniana stara plebańja coraz bardziej stawała się ogniskiem dla serc i umysłów, z którego brano do chat ogień święty i jasne płomienie światła.

Coraz pewniejszym był młody proboszcz gruntu pod nogami. I zaczynał myśleć i marzyć o tem, aby w tym cichym kątku, wśród tej biedoty przeżyć życie całe — to życie, które innego wdzięku, prócz spełniania czynów dobrych, już mieć nie mogło.

Aby się jak najbardziej do gruntu tego przywiązać i utwierdzić, postanowił sprowadzić nareszcie rodziców swoich na plebańję. Ojciec nie mógł jeszcze gospodarstwa zupełnie zdać na synów, więc przyjazd swój odłożył do jesieni. Ale matka zjawiła się na pierwsze wezwanie. I zaraz, nie pytając o nic, objęła rządy. Za nią wkrótce przybyła i siostra, młoda dziewczyna, wprost od sierpa i pralnika oderwana, która jednak, wnet po przyjeździe do Rudy, włożyła na głowę kapelusz i usilnie zaczęła wciągać rękawiczki na zgrubiałe ręce.

Po pierwszych jednak dniach radości i zachwytu nad tem, co tu znalazły, po pierwszych chwilach wylania i admiracji dla synaksiędza i brataproboszcza, zaczęła się u obu przybyłych kobiet reakcja. Nie podobała się im Ruda, nie podobała mała plebańja i ciasny ich pokoik, zwłaszcza wobec pięknej, murowanej ochronki — a najbardziej nie podobało się to, że pieniądze nie płynęły tym obfitym potokiem, o jakim marzyły. O, nie Ruble, co prawda, zaglądały do kieszeni ks. Szymona, lecz nie w takiej ilości, jakiej się one spodziewały i w życiu codziennem bynajmniej nie zapowiadały się te wygody i te przyjemności, o jakich mieli prawo marzyć ci, którzy kapłana wychowali. A i troski nie ubyło, bo dług, niegdyś zaciągnięty u Zyda, dotychczas całkiem nie był spłacony, chociaż przeszło już rok siedział na probostwie. A gdy ojciec wspomniał o tym gruncie, co to z ich polem graniczył i coby teraz od małoletnich tanio można kupić dla Michaśka i dla Józika — on Szymon, rzucił się gniewnie i zapowiedział, że na to pieniędzy niema i nigdy mieć nie będzie. I pewnie, że nie będzie miał, kiedy za ślub z muzyką bierze tylko ruble, a za chrzest rubla, i to od bogatszych. A nauczycielkę przy ochronce karmi, lokuje i płaci jeszcze rub. na miesiąc (ti nich we wsi uczył profesor za ruble i wcale nie gorzej od tej). A książek i pism kupuje pewnie za sto rubli rocznie. A teraz wymyślił jeszcze jakieś kółko rolnicze zakładać i parę razy po rubli na nie dawał. Sama widziała ! I aż się wszystko w niej zagotowało ! — rubli! czy to nie pieniądze? czy to piechotą chodzi, żeby to tak wyrzucać na zmarnowanie! Dziwak był zawsze, ale teraz, to coraz więcej dziwaczeje, i pytanie wielkie, czy się kiedy rozumu nauczy.

Siostrze też nie podobało się to, że pomimo kapelusza i modnej bluzki, kompanji nie miała żadnej. Na probostwie nie bywał prawie nikt, prócz chłopów. O, tych przychodziły gromady całe ! Po radę, po lekarstwo, po gazete, na wygadanie bied swoich, a często wprost po wsparcie. Ale przecież nie poto miało się brataproboszcza, aby z chłopami się zadawać.

Siedziały jednak obie, i matka i siostra, w Rudzie, a wkrótce, pod wiosnę jakoś, i najmłodszy z braci, Józik, przyjechał. W chacie nie było co robić, bo ojciec z Felukiem i Michaśkiem wystarczali zupełnie. Gdyby Szymon dał pieniędzy na zakupienie tego gruntu małoletnich, toby wtedy była dla wszystkich robota. Ale kiedy Szymon dawać nie chce, Józik postanowił pójść inną drogą.

— Naucz się jakiego rzemiosła — zaproponował Szymon.

Ale w odpowiedzi na to otrzymał tylko obrażone spojrzenie. Nie, Józik rzemiosła nie chciał się uczyć, lecz postanowił zostać organistą. Zaczęła się więc nauka — rzępolenie na pianinie organisty i próby w kościele. A gdy Szymon, widząc, że z tego nic być nie może, gdyż Józik nie zdradzał żadnych zdolności, starał się zwrócić jego zamiary w inną stronę i znowu wspominał o rzemiośle, cała rodzina odymała się, dotknięta do żywego tym jego brakiem serca dla swoich.

Wogóle on czuł to coraz wyraźniej, że na nim rodżina się zawiodła i że wcale czego innego spodziewała się po nim. Czuł tez z dniem każdym dotkliwiej, że między nimi a nim nic a nic już niema wspólnego. Obcy mu byli zupełnie, pomimo, że ich kochał. Obcym i on był dla nich. I w zapełnionej plebańji, otoczony najbliższymi — samotny był.

Myśl jego zwracała się więc coraz częściej do tej, którą ukochał. I leciała do niej co chwila, jak spragniony gołąb. I krążyła nad jej najdroższą głową.

I tęsknił.

Listy często między nimi się zamieniały. Ona pisała co tydzień prawie długie, ciekawe listy, dzienniki nieomal, w których mówiła o wszystkiem, co się w niej samej i dokoła niej działo. Mówiła szczerze zupełnie. Każdą myśl, każde, zda się wrażenie przelewała na papier. Widać było że w wypowiadaniu się przed tym, którego życzliwości ufała, znajdowała wielką dla siebie ulgę, i że to stawało się dla niej powoli potrzebą niezbędną. Ks. Szymon odpowiadał sumiennie, ale krótko. O sobie w listach nie mówił nigdy, zaledwie wspominał o tem, co się na parafji działo. Głównie dawał odpowiedzi na jej uwagi i zapytania. Ale korespondencja ta była największą radością jego życia. Przez tydzień cały żył myślą o otrzymanych od niej słowach.

Nagle pod koniec marca listy Heli się urwały. Na jego kilka zapytań nie nadeszła wcale odpowiedź. — Zachorowała pomyślał, i ogarnęła go straszna trwoga. Chciał pojechać do Warszawy i przekonać się. Ale nadchodziły święta wielkanocne, roboty była moc, niopodobna było parafji zostawić bez księdza. — Moge nie wierzyć — rzekł do siebie — to moja własna sprawa. Ale dopóki jestem proboszczem i jem ten proboszczowski chleb, dopóty parafjanom moim służyć muszę.

Został więc, ale zaczął się gryźć. Nigdzie żadnej wiadomości o niej nie mógł zasięgnąć, bo w Wielkiej Rudzie hrabiostwa nie było, a pani Kotkowa nie wiedziała o niczem. W Warszawie zaś nie miał ani żywej duszy znajomej.

Gryzł się więc, niepokoił, chudł, bladł coraz więcej — i tęsknił, tęsknił szalenie.

Dzień gi maja był dniem uroczystym w Rudzie. Kościół pod wezwaniem świętej Heleny obchodził święto swojej patronki. Odpust zupełny nadany był tym, którzy dnia tego wyspowiadają się i przyjmą komuńję w kościele rudzkim. Jarmark świętej Heleny był też największy w roku i trwał zwykle dni parę. Zbierało się ludu z kilka tysięcy zjeżdżali przekupnie z piernikami, z płótnem, z naczyniami glinianemi, nawet z galanterją i z czapkami wozy z obwarzankami ciągnęły długim szeregiem, ustawiały się stoliki z samowarami dymiącymi, inne z piwem i kwasem. A przy kościele rozpinała szafirowy parasol miejscowa szkaplernica z pobożnym towarem. Miasteczko i okolice kościoła roiły się od włościan i bab wiejskich, a wśród nich widniały i szlacheckie parokonne bryczki, a czasem pomykał i elegancki faeton. Monopol robił dobre interesy. Księża z Małej Rudy, z Baraniszek, z Klonowicz i z Piotrowa po konfesjonałach roztapiali się z gorąca i z zaduchu, na ołtarzach świece gorzały, dzwony biły donośnie, panny w bieli krążyły nakształt aniołów to z ołtarzykiem, to z chorągwią. Siostra proboszcza produkowała zabójcze kapelusze. A na plebańji matka jego w białym czepeczku i z zakasanymi rękawami doglądała w kuchni pieczenia, smażenia, duszenia i siekania — i co chwila stół zastawiała nowemi przysmakami dla przybyłych z sąsiednich parafji księży i dla wciąż zjawiających się gości.

Pomimo pięknej roli, jaką miała teraz do odegrania, jako matka proboszcza, szanowana przez wszystkich, a przez chłopów i baby wiejskie nawet po rękach całowana, uczucia jej były w gorszej, niż zazwyczaj, rozterce. Wiedziała, że księży i gości należało przyjąć dostatnio, z paradą, ale grosza żałowała. I za każdym rubelkiem, za każdą złotówką, która z biurka syna wychodziła w świat, serce jej boleśnie się ściskało.

Na plebańji jednak huczało. Tembardziej, że niewiele potrzeba było, aby ciasne i nizkie pokoiki wypełnić po brzegi.

— I czemu ksiądz nie mieszkasz w tamtej murowanej ? — pytali przybyli księża.

— Za księdza Butkiewicza taka była wygoda I — wzdychał niejeden.

— Budował, starał się, biedził się, pilnował, aby plebańja była jak należy — no i postawił! W całej guberńji piękniejszej nie znajdziesz. I ot, na co zeszła! Chamskie dzieci panoszą się w niej. Czy to nawet wypada?

— Ale dla dzieci zdrowo i dobrze — odpowiadał ks. Szymon — ich jest sto dwadzieścia, a ja jeden z matką i siostrą. Komuż więcej się należy? Im, czy mnie? A zresztą, i ja przecie chamskie dziecko.

— Et, gadasz ksiądz! Takie dzieci, to nawet dla nich źle, aby przy wykały do zbytków. A ksiądz, słyszę, nawet im śniadania dajesz? łakociami karmisz?

— Łakociami nie karmię, ale śniadanie daję. Bo wiem, że jak w żołądku pusto, to i nauka nie idzie do głowy.

— Ja także trzymam u siebie staruszkę do dzieci — odezwał się jeden z księży. — Uczy ich tam katechizmu i czytać na książce. Ale ani mnie śniło się oddawać im najlepsze pokoje. Jeszcze czego!

— A ksiądz, słyszę, to aspirantów u siebie trzymasz? — spytał proboszcz z Małej Rudy proboszcza z Baraniszek.

Proboszcz z Baraniszek ożywił się :

— A tak, tak! Mam ich coś z piętnastu. Jabym i więcej chciał, i amatorów jest, o dużo jest! Tylko już miejsca nie mam ani, ani! Ale żeby to móc — toby dużo, dużo ich było! Narzekają teraz i nawet piszą w gazetach, że księży mało. Pewnie ! Pewnie ! Ależ bo i nic na to nie robi się, żeby ich było więcej. A gdyby takich domów dla aspirantów więcej założyć, toby rodzice chętnie oddawali swoich synów, i wszyscy zdolniejsi poszliby na księży.

— Ależ, skąd pewność, że ci wszyscy zdolniejsi będą mieli powołanie? — zawołał ks. Szymon.

— Ach, to się znajdzie! To z czasem przyjdzie. Taki chłopiec z początku ma co innego w głowie, ale potem pod dobrym wpływem, jak ciągle o tem słyszy, a nic innego nie widzi, to i sam zaczyna chcieć. I tak powoli, powoli, to można wyrobić.

— A nie myśli ksiądz, że kiedyś pożałuje taki kapłan, że go tak gwałtem prawie kapłanem zrobili? — spytał Szymon, i oczy jego rozbłysły, jak węgle, i zaczęły patrzeć ostro w twarze obecnych.

Ale proboszcz z Baraniszek odpowiedzał spokojnie :

— Czego ma żałować ! Czy to nam, księżom, źle na świecie ? I ciekawym, do czegóż więcej dojść może taki chłopski syn? Jakąż on może mieć lepszą karjerę ?

— A jeżeli tam który i pożałuje — zaśmiał się wikary z Klonowicz — no, to już będzie po niewczasie. Sutanny chyba dlatego nie zrzuci.

— Zdarza się, że i sutannę zrzucają, cha, cha, cha!

— To są nieszczęścia, których nie można brać w rachubę, a o których i mówić przykro — rzekł poważnie stary proboszcz z Piotrowa.

Obiad właśnie podano, i rozmowa się urwała. Księża, radzi, że głód swój zaspokoją, bo pracowali od samego rana w konfesjonałach i przy ołtarzach, przeszli z ogrodu do plebańji. W pokoju bawialnym, służącym jednocześnie za jadalny, był zastawiony długi siół — tak długi, że już poza nim trudno było się przecisnąć. A w kącie pokoju, nad ogromną wazą, stała stara Broniczowa i rozlewała zupę do talerzy.

Ks. Szymon zaczął z kieliszkiem i flaszką obchodzić towarzystwo — i wszyscy zasiedli do stołu. Rozmowy się uciszyły, i słychać było tylko stukanie łyżek o talerze.

A z dali, przez otwarte okna, szedł z rynku szum tysięcy ludu, gwar głosów, które brzęczały, jak wielka chmara pszczół, turkoty wozów, rżenie koni, a czasem skoczne akordy harmonijki, albo ciągnący przez ulicę przepity cokolwiek głos piosenki. Wszystko to zlewało się razem w jakiś niewyraźny szum, jakby gniewliwego zwierzęcia, w jakieś nawpół śpiące majaczenie olbrzyma, w jakieś bezmyślne mruczenie, a może i skargę więzionej bestji.

Dokoła plebańji, na podwórzu i w ogrodzie — było cicho i pusto.

Aż nagle Szymon, siedzący najbliżej okna, usłyszał biegnące po drodze kroki. Drgnął, jakby uczuł, że zbliża się do niego jakaś moc tajemna, jakaś moc przeznaczenia. Pomyślał jednak zaraz, że to niema sensu, i że tam, gdzie jest zebranych kilka tysięcy ludzi, któś biec może niekoniecznie do niego.

Słuchał jednak, już myślą tu przy stole całkiem nieobecny. I oto znowu nagle, bez żadnego związku z poprzedniemi wrażeniami, w oczach mu stanęła Hela: jej drobna postać, jej wielkie, czarne a smutne oczy, szukające jego spojrzenia, i jej dobre słowa, i te jej łzy gorące, co mu na rękę spadły, gdy się z nim żegnała.

I nagle porwała go za nią straszna, niezmierzona, piekąca tęsknota...

Ale kroki zatrzymały się przy bramie — i furtka skrzypnęła.

Szymon ze swojego miejsca mógł widzieć teraz tego, kto wszedł na podwórze. Ale nie chciał podnieść oczu — nie śmiał, bał się. Bo czuł, czuł niezłomnie, że idzie ku niemu nieszczęście.

Drzwi w sieni otworzyły się. Jakiś głos tam szeptem komuś opowiadał.

Umilkło wszystko.

Tylko tu przy stole rozgadali się goście. A matka podeszła do niego i coś mu na ucho mówić zaczęła.

On, jak ze snu zbudzony, drgnął i wyszedł z pokoju.

I

W sieni przy drzwiach stał chłopiec kredensowy ze dworu. Czapkę obracał w dłoniach i dyszał mocno, gdyż znać biegł tu szybko. Ujrzawszy proboszcza, pochylił mu się do ręki i rzekł:

— Pani Kotkowa prosi, żeby Dobrodziej prędziutko do nas przyszedł, bo nasza panienka umiera. — I, spojrzawszy w twarz księdza, a widząc ją nieruchomą, kamienną, jakby bezmyślną, czuł się w obowiązku wytłómaczyć i prędko opowiadać zaczął: — Panienka z Warszawy, panna Helena, przyjechała zawczoraj wieczorem; zdaje się, zdrowa była, tylko, że bardzo chuda i taka jeszcze słaba, że sama chodzić nie mogła. Bo niedawno co wstała z łóżka — w Warszawie znaczy się. Przywiozła ją jakaś druga panienka. Ale wczoraj wstała i siedziała na ganku od ogrodu, i zdaje się nic — rozmawiała nawet z nami, jak my jej jeść przynosili. Aż pod wieczór — raptem, jak rzuci się z gęby krew! Tak upadła na fotel — blada, bledziutka. I cała suknia we krwi... i wszystko... Tak pani Kotkowa posłała zaraz po doktora. I doktór, jak przyjechał, to jej dał jakieś lekarstwo. Ale, mówi, już nic z tego nie będzie. U panienki, mówi, płuca już całkiem zepsuwszy się. I tak, mówi, może dzień — dwa pożyje, ale więcej to nie. A panienka, jak oprzytomniała trochę, to zaraz powiedziała także, że pewnie już umrze, i kazała, żeby ja pobiegł po Dobrodzieja, żeby zaraz przyszedł. Tak ja i pobiegł. I panienka bardzo prosi, żeby Dobrodziej śpieszył się, bo mówi, może wieczora nie doczeka.

Chłopiec skończył i znów na proboszcza spojrzał.

Ten stał nieruchomy, zapatrzony w jeden punkt, jakby nie słyszał i nie rozumiał nic.

Chłopiec zaniepokoił się.

— Księże Dobrodzieju — powtórzył — panienka bardzo prosi.

Szymon nic nie odpowiedział. Zdjął tylko kapelusz z wieszadła i ruszył.

Chłopiec, zdziwiony i niespokojny, szedł za nim.

XXII

Gdy proboszcza wprowadzono do pokoju Heli, ona spała. Zasnęła przed chwilą pomimo niecierpliwego oczekiwania i nie chciano jej budzić.

Szymon cichutko usiadł przy jej łóżku, upewniwszy panią Kotkową i drugą obecną pannę z Warszawy, iż poczeka tak choćby najdłużej. One odeszły, a on został z nią sam.

W pokoju było jasno, bo promienie słońca wpadały przez otwarte szeroko okna i odbijały się od białych ścian. W tem świetle mógł Szymon widzieć wyraźnie jej twarz, spoczywającą na wysoko ustawionych poduszkach. Twarz ta od zeszłej jesieni zmieniła się bardzo — zmalała jakby, schudła i ściągnęła się dokoła ust w jakiś cierpiący grymas. Nos uwydatnił się i zaostrzył, a oczy były okrążone niebieskawym cieniem. Na skroniach wystąpiła cała siatka żyłek, rysując się wyraźnie na bladości skóry, i dwa ciemnoczerwone piętna zabarwiły policzki. Leżała ta głowa, uśpiona teraz, na tle rozsypanych, ogromnych, kasztanowatych włosów, które jedne tu wyglądały bujnie, zdrowo, bogato i młodo.

Szymon patrzał na nią.

Dokoła była wielka cisza, przerywana tylko jej ciężkim, świszczącym oddechem i cykaniem wiszącego na ścianie zegara. Pracowały jeszcze jej płuca, coraz ciężej, coraz ciężej dążąc do celu — do wiecznego spokoju. Szła sekunda za sekundą naprzód, naprzód, spychając przebrzmiałą w dół, w otchłań, skąd niema powrotu. Czas szedł i szedł. Zycie przed nim uchodziło.

Szymon siedział nieruchomy i patrzył na Helę. Nie czuł nic, nie czuł bólu, ani buntu, ani zdziwienia. Rozumiał dobrze, iż ona umiera. Rozumiał, że traci ją nazawsze, że zniknie mu za chwilę z przed oczu ta jedyna istota, którą ukochał na świecie, że odejdzie i już nie powróci, że jego samotność stanie się jeszcze większą, a pustka dokoła jego duszy jeszcze bardziej beznadziejną. Wiedział, że, jak pochodu sekund na zegarze czasu nic wstrzymać nie zdoła, tak i w te dyszące ostatnim wysiłkiem płuca żadna już moc życia nie wleje. Wiedział, że na tej ziemi wszystko umiera, że najdrożsi, tak samo jak nienawistni, kładą się do mogiły, że niema różnicy między dobrym a złym, że sprawiedliwość i miłosierdzie są to puste dźwięki, i że człowiek, z całym ogromem swoich myśli, pragnień, marzeń, porywów, wysiłków, bólu, ukochań i nadziei, jest tylko atomem w jakimś nieznanym świecie, kropelką w jakimś nieznanym oceanie, może jednem uderzeniem pulsu jakiegoś nieznanego łona.

Wiedział to.

O! gdyby mógł wierzyć! Gdyby poza strasznem przejściem wierzył, że czeka ją i jego kiedyś jakaś kraina szczęśliwa i jasna, że się ich duchy spotkają, poznają i uścisną tym czystym, bratnim uściskiem, jakiego, pomimo kochania, tu na ziemi nigdy nie zaznały! Gdyby wierzył...!

Ale nie. On — kapłan, który innym rozdawał obietnice i pociechy, i szafował niebem, piekłem i nieśmiertelnością — on sam w tej chwili rozstania widział przed ukochaną istotą jedynie wielkie Nic, niezgłębione, nieznane, tajemnicze.

Stał bardziej niż kiedy nad brzegiem czarnej przepaści i miał przed sobą Zagadkę.

I już się nie buntował. I już nie myślał o sobie.

Ale mu było jej żal: jej życia bez kochania, bez radości, bez promienia szczęścia, jej życia, co oto jak woda z pękniętego dzbana, uchodziło i gasło. — Może dzień, dwa przeżyje, ale więcej tonie — mówił chłopiec.

Dzień, dwa! I już na zawsze zamkną się te biedne, czarne oczy, które tak często płakały. I on już nigdy, nigdy na ręku swem nie poczuje tych jej ust gorących i tych łez — tych rozżarzonych łez, co mu się do serca wlały — aż na samo dno.

Dzień dwa...!

Cykają sekundy, zapadają się jedna za drugą w głąb. A tych sekund tak już niewiele...

A ona — czy wie? czy rozumię? czy się lęka i trwoży...?

Naraz poruszyły się jej ciężkie powieki, rzęsy zadrżały, usta skrzywiły się boleśnie. I Szymon ujrzał w siebie wlepione jej ogromne, czarne oczy.

Przez chwilę były mętne. Aż zabłysły nagle, spojrzały przytomnie — i bardzo słodki uśmiech zaczął się dokoła jej ust rozchodzić. Chciała podnieść głowę, ale sił zbrakło, więc wyszeptała tylko :

— Dobrze, że ksiądz przyszedł... Dobrze! Zaraz powiem... zaraz...

Szymon zbliżył się i pochylił nad nią. Utopił oczy swoje w jej oczach — ale głosu ze ściśniętego gardła nie mógł wydobyć.

Ona chwilę na niego patrzyła z uśmiechem i rzekła:

— Umieram... Wiem... wiem... Ale chciałam koniecznie pomówić z księdzem... Zaraz... — Urwała, odetchnęła głęboko i szepnęła znów: — Proszę tu bliziutko usiąść. I tę szklankę mi dać...

Szymon podał jej szklankę z winem — wypiła chciwie, i jakby odrazu przybyło jej trochę sił. Czerwone piętna na policzkach jeszcze mocniej się zaczerwieniły, oczy rozbłysły jak żużle.

— I rękę mi swoją dać — prosiła — będzie mi raźniej. — Uśmiechnęła się znowu i trochę się uniosła na poduszkach. Włosy jej — bogate, bujne, żyjące włosy — poruszyły się, i szerokie ich pasmo spadło na jej piersi. Wzięła je do rąk i chwilę niemi się bawiła. — Już niedługo — szepnęła — już niedługo. Dzień, dwa! Wiem. Czuję...

Urwała, odetchnęła ciężko — i naraz, zdecydowana, zaczęła mówić prędko, jakby pomimo osłabienia i duszności śpieszyła wszystko wypowiedzieć.

— Bo ksiądz wie... Ksiądz o mnie wie prawie wszystko. Ale ja chcę jeszcze raz od początku, jakby na spowiedzi. Bo tez to i będzie taka spowiedź ostatnia... Więc jak byłam bardzo młoda, to byłam wierząca i pobożna, i Pana Boga kochałam z całego serca, i chciałam Jemu służyć przez całe życie. I byłam dobra: pracowałam, znosiłam ciężki charakter mamy, o sobie starałam się nie myśleć. Ale potem przyszła miłość dla Andrzeja. — Ksiądz wie... Ach, taka piękna miłość! I nikt jej nie zrozumiał. A mama ją złamała przez swój despotyzm i przez tę swoją taką okropną pobożność. Andrzej umarł, samotny, gdzieś na łóżku więziennem. Może mnie wzywał w tej ostatniej chwili, a nie mogłam z nim być. I oto ja... choć liczyłam na opatrzność i na miłosierdzie Boskie i chociaż nie chciałam nic złego, a zostałam skrzywdzona... Ksiądz tego wiedzieć nie może — ale w życiu miłość... to rzecz najlepsza, to jedyne szczęście prawdziwe... Więc odjąć komuś miłość — to znaczy wyjąć całe szczęście z życia. To największa krzywda — większej zrobić już nie można. A mnie miłość odjęto i Bóg na to pozwolił. Przestałam w Niego wierzyć — ksiądz wie. I przez tych kilka lat myślałam, że wszystko to, co uczą... to nieprawda... Bo, gdyby On był, toby i On był dobry i ci, co w Niego wierzą, także byliby dobrzy... A tymczasem tak nie jest. Nie wierzyłam już w nic. I dobrze mi było.

Hela znowu odetchnęła głęboko i przymknęła oczy. Widać było, że to mówienie wyczerpuje resztki jej sił. Przez chwilę dyszała ciężko. Szymon zbliżył znów szklankę z winem do jej ust. Napiła się i podniosła na niego oczy.

— Ale zeszłego lata — mówiła dalej, dysząc coraz ciężej — przyjechałam tutaj dla zdrowia. I znowu spotkaliśmy się. I... ksiądz wie... Wszyscy mnie uważali za heretyczkę, za potępioną, a ksiądz nie... I ksiądz był dla mnie taki dobry i o wszystkiem rozmawiał, słuchał i nie oburzał się, i nigdy nie powiedział mi nic przykrego. Więc ja później gdy odjechałam, tęskniłam bardzo. I powoli... zaczęłam myśleć... że i wśród tych, co w Boga wierzą, są dobrzy ludzie, i litościwi, i nie fanatycy —

i z sercem. Ze jeżeli ksiądz... kapłan tego Boga, jest taki, to może i on...? Przytem, że jeżeli ksiądz taki rozumny i wykształcony i szukający prawdy, i nawet postępowy — jeżeli ksiądz może wierzyć i być księdzem — to... czemużbym ja... także nie uwierzyła...? I często bardzo — ach, jak często myślałam o tem... I widziałam zawsze wtedy kościół tutejszy w ten ostatni ranek, kiedy to przyszłam na mszę. I widziałam księdza w tym białym ornacie — i widziałam jego twarz, taką jakąś spokojną, i słyszałam te słowa: Credo, i Gloria, i Sursum Corda, i Pater Noster. Ach! ta msza stała mi ciągle w pamięci! I powoli zaczęło się urabiać we mnie takie postanowienie... że wszystko — całą siebie — oddam księdzu w ręce. Bo nikomu bardziej nie ufam. Uwierzę w to, co mi ksiądz każe. Już sama ani myśleć, ani rozumować nie będę, nie chcę ! Chcę być jak dziecko, jak małe dziecko, co wierzy. I dlatego tak się domagałam, aby mnie tu przywieźli. Bo to ważniejsze nad życie — nieprawdaż księże Szymonie? I dlatego, gdy mi się tu wczoraj krew rzuciła, zaraz prosiłam, aby ksiądz przyszedł... Bo ja chcę — jeszcze przed śmiercią — chcę jeszcze...

Urwała — i oczy jej zaczęły się mroczyć i jakby zachodzić mgłą. Zdawało się, że zemdleje. Ale znów się zmogła i, walcząc z ogarniającą słabością, znów zaczęła: — I teraz... czekam... Co mi ksiądz powie? Czy jest nad nami Bóg? Czy on jest miłosierny? Czy mnie po tem smutnem życiu tam czeka jakaś szczęśliwość, spokój i odpoczynek przynajmniej...? Czy też nic... nic...?

Głos jej zadrżał, załamał się w piersiach. Wpiła wzrok swój w Szymona.

On milczał. Patrzał w jej gorejące oczy. Patrzał i milczał.

— Księże Szymonie! proszę mi odpowiedzieć — rzekła. — Ja umieram już... Ja chcę wiedzieć...

On milczał. Jakaś żelazna dłoń gardło mu ścisnęła. Jakiś rozkazujący głos mówił mu do ucha; Jej skłamać nie wolno! Jej skłamać nie możesz!

Hela poruszyła się. Trwoga ją ogarniać zaczęła. Resztką gasnącej myśli odczuła, że tu, w tym człowieku odbywa się jakiś straszny dramat — że tu jest przed nią jakaś tajemnica. Czemu on jej nie ratuje, czemu milczy, czemu się nad jej duszą z dobrem słowem nie nachyli jak dawniej, jak dawniej? Czemu nie da jej pewności, o którą błaga, wiary — której pragnie? On, kapłan, przecież je posiada. Czemu nie daje? Prędzej! Prędzej! Czasu tak mało...!

— Księże Szymonie! księże Szymonie! ja muszę wiedzieć... Ja wierzyć będę we wszystko, co mi ksiądz powie... Ja tak umrzeć nie chcę... Proszę mówić! Prędko! Prędko! Czy jest Bóg? Czy jest miłosierdzie i sprawiedliwość? Co mnie czeka, księże Szymonie.

On milczał jeszcze. Osłupiałym wzrokiem patrzał w jej oczy. A wewnątrz jego grzmiał głos rozkazujący: Jej skłamać nie wolno! Jej skłamać nie możesz!

I żelazna dłoń gardło ściskała.

Ona pochyliła się cała ku niemu. Strach w oczach jej zabłysnął. Obu rękoma chwyciła jego ramię.

— Księże Szymonie — wymówiła, dysząc — powiedzieć! powiedzieć prędko! Czy jest Bóg! Czy tam jest miłosierdzie i sprawiedliwość?

A on odrzekł, spuszczając oczy:

— Nic wiem.

— Nie wiesz...! Jakto! ksiądz nie wie...? Więc... któż?

Ręce Heli wpiły się w jego ramię. Czepiała się ostatkiem sił tego ramienia, które miało udzielić jej ratunku. Zbliżyła twarz swą do jego twarzy. Cała ku niemu się podniosła. I głos jej stał się nagle donośny i rozkazujący.

— Powiedzieć! Trzeba mi to powiedzieć. Czy ksiądz sam wierzy w Boga i w Jego miłosierdzie? I w przyszłe życie i w nieśmiertelność? Czy ksiądz sam w to wierzy?

Szymon odrzekł cicho:

— Nie wierzę. Ja nie wierzę w nic. Ja nie wiem. Krzyk, krzyk straszny, nieludzki, krzyk zabijanego zwierzęcia, krzyk rozdzieranej na szmaty piersi wyrwał się z otwartych szeroko ust Heli. I opadła na poduszki.

Wbiegło do pokoju kilka osób i rzuciło się do jej łóżka. Powstało zamieszanie.

A Szymon nieprzytomny, bez tchu, bez woli, bez myśli wybiegł ze dworu na drogę — i biegł przed siebie, przed siebie... naprzód...

Byle dalej...! Byle dalej...

Uciekał.

Uciekał. Przed nim leżała biała droga, jak wstęga wśród zielonych pól. Nad nim rozciągało się upalne, szafirowe niebo.

On biegł naprzód — naprzód.

Nie widział nic przed sobą, bo mu czarna chmura przesłoniła oczy. Nie słyszał nic, bo w uszach miał jej krzyk. A krzyk ten tętnił w nim, i drgał, i huczał coraz straszniejszy — aż ogarnął świat cały. I zdało mu się, że oto ziemia i niebo w krzyku tym strasznym się jednoczą , że głos zgrozy i rozpaczy idzie od każdej trawki, od każdego ziarnka piasku, że powietrze całe drga tem strasznem nieludzkiem wołaniem. Ach, uciec! skryć się gdzieś przed tą zmorą!

Uciekał.

Uciekał przed dolą swoją — a ona za nim szła.

Uciekał przed bólem swoim — a on tkwił, jak złamane ostrze, w jego głębi.

Przed myślami swemi uciekał — a te kłębiły się, jak gniazdo żmij, pod czaszką i żarły mózg.

— Zabiłeś ją ! Zabiłeś ! — krzyczały nad nim. — Należało kłamać i oszukiwać do ostatka. Czemużeś jej odmówił ostatniej pociechy? Zabiłeś ją! Zabiłeś tę, ktorą kochasz. Czemużeś nie wytrwał w kłamstwie !

— Nie mogłem. Wszystkim kłamałem, wszystkich przez lat tyle karmiłem fałszywemi słowy, chodziłem w masce dzień i noc, nikomu nigdy duszy nie otworzyłem. Ale jej nie mogłem. I kłamstwo ma swój kres. Ona mi jest drogą ponad wszystko w świecie, noszę miłość dla niej jak skarb w głębi duszy. Od chwili, kiedy powiedziałem sobie : kocham, stałem się lepszym człowiekiem, nabrałem dla samego siebie ceny, urosłem, wypiękniałem — bo kochać umiem. Ja miałbym tę miłość fałszem zbrudzićl Ten najpiękniejszy mój kwiat? — Nie! Nie!

— Zabiłeś ją. Ona może już umarła — i to przez ciebie.

— Lepiej żem, zabił ją, niż miłość.

— Zbrodniarzem jesteś ! Zbrodniarzem jesteś!

— Wiem, jestem zbrodniarzem. Ale nie dlatego, żem jej prawdę rzekł, lecz dlatego, żem sam kłamstwem żył. To moja zbrodnia. To mój grzech.

I naraz zbuntowała się w nim dusza. Z jakichś nieznanych jej tajników wyrosły nieznane siły, wyprężyła się w nim i powstała jakaś nowa istota, groźna i gniewu pełna, wyrwał się głos, dotychczas milczący — i krzyknął : Dość tego! Dość!

Szymon stanął na drodze zdyszany, z grubemi kroplami potu na skroniach.

Daleko już byl od miasteczka, na wyniosłym pagórku, ponad niem górującym, przez który szła w świat biała droga. W dole, u jego stóp rozciągały się łąki, płynęła wśród olszyny rzeczułka, skupiały się w szarą gromadę wiejskie chałupy i bielił się wielki, murowany, jasnemi szybami i złotymi krzyżami w słońcu błyszczący kościół, a przy nim plebańja.

— Ja tam już nie wrócę — rzekł głośno Szymon. I gdy te słowa wymawiał, coś w nim nagle jękło, rozdarło się i skonało.

Ból go przeszedł tak silny, iż oprzeć się musiał drzewo, rosnące przy drodze, gdyż czuł, że upadnie. Zamknął oczy i stał nieruchomy.

A tam wewnętrz, na dnie, konała cała jego przeszłość, całe życie rozsypywało się w gruzy i w proch.

A on stał i patrzał na to swoje życie i na własne konanie.

I jak tonącemu staje w oczach przeszłość cała jak żywa, tak i jemu znikła rzeczywistość z przed oczu, a przeszłość zaczęła się przed nim rozwijać, jak sztuka materji.

Oto małym, kilkuletnim dzieciakiem w koszuli i spodenkach wygania gęsi na łąkę. A one mu się rozlatują niesfornie, z gęganiem, z wrzaskiem, z wielkim skrzydeł białych trzepotem, rozlatują się po opłotkach. A on biega, zapędza, woła i krzyczy, nie umie się do tego wziąć, nie umie ich w karbach utrzymać. Aż zjawia się ojciec łaje : Ty do niczego, niedołęga! Duży taki, a nawet gęsi paść niezdatny! Maślane łapy! Chyba na księdza pójdziesz, czy co!

I patrzy on na swoje maślane łapy — prawda, że jakieś drobniejsze i chudsze, niż u innych dzieci — i myśli: chyba na księdza pójdę, czy co! Ot, pięknie byłoby! opiewałbym sobie przy ołtarzu i chodziłbym z procesją pod baldachimem. Ot, pięknie !

A oto od panienki ze dworu, dokąd na naukę przez zimę chodził, wraca po egzaminie do chaty i niesie nagrodę, zawiniętą w chustkę — książkę do nabożeństwa, dużą i ciężką, w czarną skórę ze złoceniami oprawną. A na pierwszej stronie napisano: Szymkowi Broniczowi za postęp i pilność w naukach — pierwsza nagroda. Niesie książkę z uszanowaniem i na stole przed rodzicami kładzie. Rodzice patrzą, dziwują się, młodsze rodzeństwo paluszkami dotyka się pięknej książki. Aż matka cicho się odzywa :

— A na księdza... chciałbyś? — I oboje z ojcem czekają odpowiedzi.

— Na księdza? — powtarza on. I pod badawczemi spojrzeniami rodziców spuszcza oczy i milczy. Przesuwają mu się w wyobraźni chorągwie złote, szaty lite, białe welony i dymy kadzideł. Błyszczą w promieniach słońca monstrancje i krzyże, dzwony dzwonią, pieśń wybucha, grzmi organ, wysoko nad głową wznoszą się sklepienia i grają barwami malowane stropy. Pięknie — błogo — wspaniale...

— Chciałbyś, Szymek, na księdza ? — słyszy znowu głos matki.

I znowu widzi wpatrzone w siebie oczy rodziców.

— Czemu... chciałby... — odpowiada bardzo cicho. I nagle czuje na sobie ramiona matki, a na głowie ojcowską rękę. I jest mu tak słodko i miło, jak nigdy.

I oto jest uczniem w narodnej szkółce, kuje zawzięcie z obcej niezrozumiałej książki. Niema dla niego zabawy, niema odpoczynku ani dziecinnej pustoty. Niech tylko głowę z nad książki podniesie, już słyszy głos ojca lub matki:

— Ucz się Szymek, nie trać czasu — księdzem będziesz.

I głowa pochyla mu się znowu nad książką lub zeszytem, i znów majaczą mu w oczach obce litery, a mózg posłuszny wchłania formułki i wyrazy — i myśl usypia, ukołysana dźwiękami słów bez treści, bez znaczenia dla niego. A rodzicom nie żal groszy, wydanych na książki i zeszyty, choć wzdychają często i w głowę się drapią, bo to nie idzie na marne i nie przepada, gdyż Szymek księdzem zostanie. A wtedy... O wtedy...!

A oto ciasny, brzydki pokoik w wielkiem mieście, huczącem turkotem powozów i dzwonkami tramwajów. Słońca tu niema, niema też zapachu kwiatów, ani brzęczenia owadów. Nudno, szaro i zimno w małym pokoiku, gdzie czterej aspiranci kują od rana do nocy pod czujnem okiem panny Apolońji, pod surową opieką księdza, pod moralnym strachem grzechu i piekielnej kary — kują, zabijając myśl, co się gwałtem wyrywa, naginając pamięć, aby tylko wydać gładko. Ale, że i tu czasem zalatują wichry ze świata szerokiego, że i tu słychać, co mówią niedowiarki i masoni, że djabelskie pokusy i tu się zjawiają, więc czujność się wzbudza i stawi się straż przy myślach swoich, aby na fałszywe drogi nie zeszły. I Szymon walczy z myślami swemi i z ciekawością, co go ogarnia, i postanawia niezłomnie nigdy żadnych niedowiarków nie słuchać i zatykając uszy, stronić od nich, a prawdy swojej przed nimi strzec i ochraniać ją jak skarb najdroższy. I zdaje mu się, że idzie, niosąc ten skarb swój w obu dłoniach, idzie przez wązka kładkę ponad przepaściami — bez dna, bez miary. Idzie — i nie śmie głowy na bok odwrócić — i nie śmie spojrzeć ani w górę ani w dół, aby się nie zachwiać i skarbu nie uronić. Idzie z oczami w skarb swój wlepionemi.

A potem — seminarjum. Pięć lat, najpiękniejszych lat życia, gdy umysł młodzieńca idzie sam szukać prawdy i sam ją zdobywać i w tej walce o nią potężnieje i rozwija się — pięć lat niewoli dla umysłu karmionego cudownością i objawieniami, pięć lat skrępowania woli, której żadnego nie dano wyboru, i stałej, systematycznej hypnozy. A wreszcie — wielki dzień wyświęcenia. Widzi znowu zielonawe światło letniej nocy i ciasne klasztorne mury, i czuje lęk przed nieodwołalną przysięgą i wątpliwość i wahanie. O, dajcie mi — błaga — choć trochę czasu! Dajcie mi pomyśleć, niech sam się zastanowię. Nie mówcie do mnie, nie mówcie, nie przekonywajcie ! Już wiem wszystko, co macie do powiedzenia, wiem. Ja teraz chcę tylko odejść od was, i w ciszy pobyć, i posłuchać, co moje własne serce mówi. Chcę siebie posłyszeć, nie was! Dajcie mi odejść! Czekajcie! — Ale fatum nie czeka, godzina przeznaczenia wybija, dzwon kościelny woła. — Stało się! — Kapłanem jest na wieki.

Nie zawinął do portu, do bezpiecznej przystani, której marzył w chwilach rozterki. Przeciwnie: łódź jego wypłynęła na morze, lecz on miał przepaskę na oczach, skrępowane dłonie. Pochodnia, którą mu dano na drogę, chwiała się za każdym wiatru podmuchem, a na szerokiem morzu wiały wichry różne. Chwiała się —

nakoniec zgasła. I on pozostał na małej łódce sam z myślami swojemi, w ciemnościach i trwodze — i w tęsknocie. W tęsknocie żrącej za światłem, za słońcem I A myśl nie dawała mu chwili spokoju. Walczył z nią, wyrzekał się jej, chciał utopić w morzu i na wieki jej się pozbyć. Nie chciał jej, ale ona nie dawała się odpędzić. Uparta i silna, siedziała mu na karku i kusiła. Zwyciężył zmysły, zwyciężył głos krwi i ciała, co jednak gwałtowny był i ostro domagał się praw swoich, a jej — myśli wolnej i niepodległej, jej — Chimery, co z niedostępnych wysokości do wyższego jeszcze rwała się lotu, ponad orły, ponad ziemskie szczyty, ku wielkiej niewiadomej, ku nieśmiertelnym słońcom! — jej zwyciężyć nie mógł, ona go zwyciężyła i wzięła w niewolę. I poprowadziła go swojemi drogami, kędy kamienie krwawiły mu stopy, kędy ciernie rozdzierały mu dłonie, i gdzie zewsząd szeptały mu smutne głosy: — Nie wiem — nic nie wiem.

I szedł samotny drogą myśli wolnej. Lecz kapłanem był wciąż i sutanny nie zrzucił. Pod czarną szatą kapłańską drżało zbuntowane serce. I tak żył — kłamiąc.

Aż oto przyszła miłość. Ukochał smutną dziewczynę z smutnemi jak noc oczami. Lecz bardziej jeszcze miłość swą ukochał — tę miłość, co w nim rozkwitła, jak najcudniejszy kwiat, na jałowe) drodze jego życia, to źródło świeże, co mu z serca wytrysło, ten radosny życia hymn, co się w nim rozśpiewał tę moc i tę siłę, co się zamieniły w czyn dobry. Ukochał Miłość swą — więcej niż życie własne, więcej niż życie Heli. Bo oto, aby ją zachować czystą i nie skalać fałszem, odmówił ukochanej ostatniej pociechy. — Zabił może, lecz jej nie zdradził.

O, losie... O, dolo...

O, gorzka, bolesna, okrutna ironjo...!

Szymon czoło oparł o pień brzozy i stał nieporuszony, zmartwiały i jakby już nieczuły. Przed oczami jego, w obramieniu bogatych i lśniących włosów, tkwiła wciąż umierająca twarz Heli i jej przerażone i rozpaczy pełne oczy. W uszach miał jej krzyk.

Ale zdawało mu się, że już jego serce nie jest zdolne nic odczuć i nad niczem boleć. Zamieniło mu się ono w piersiach w lodu bryłę — i było martwe.

Aż nagle drgnął.

Z oddali, tam z dołu, wypłynął ku niemu glos. Głos dzwonu kościelnego, który na Anioł Pański wzywał. Daleki był to głos i płynął po rosie wieczornej, jak cichy jęk, jak skarga w przesyconem purpurą i fjoletem świetle zachodu, wśród układającej się na spoczynek natury, nad polami zielonemi i nad rozkwitłą ziemią rozpływał się rzewną, czułą nutą i drżał, i gasnął, i znowu się odzywał, jeszcze prosił, i błagał, i kołatał, i zaklinał, i wołał...

Jak piorun, uderzył w Szymona ten dźwięk. Oderwał się od pnia brzozy i naprzód poskoczył — roziskrzonym wzrokiem, z wyciągniętemi ramiony, przez chwilę gotowy biec, gotowy iść —

Stanął i słuchał.

Oto stał na wzgórzu, skąd się rozchodziły drogi. Z jednej strony był kościół i plebańja, i wzywający dzwon — cała przeszłość, wszystkie zgasłe ukochania z drugiej strony — świat szeroki i obcy.

I serce rozkrwawiło się w nim boleśnie i rozpoczęła się męka.

Bo oto stracił wszystko. On już do kościelnego dzwonu nie mógł powrócić. A świat przed nim leżał, jak pustynia szeroka, w której był samotny.

Ból rozdarł mu duszę. I upadł na ziemię, na drogę rostajną, co z jednej strony ku kościołowi szła, a z drugiej ku światu. I leżał na niej bez sił, bez woli, bez myśli, tylko rozpaczy pełen i cierpienia — jak liść oderwany z drzewa, jak odłamana gałąź...

Pełna ona jeszcze soków, i liście ma zielone, i silę ma do życia —

Ale odłamana...

Więc upadła na drogę, i leży — niepotrzebna nikomu, i zawalidrogą jest.

Burza nadeszła — i odłamała ją od pnia.

Ach! straszne są te burze, co odłamują gałęzie,..!

W kilka miesięcy potem czytano w Przeglądzie Djecezalnym następującą wiadomość:

Ksiądz Szymon Bronicz, najprzód wikary przy kościele pobernardyńskim w X., ostatnio proboszcz w Rudzie, zostaje odsądzony od wszelkich czynności kościelnych i wykluczony z pośród duchowieństwa naszej djecezji. Prosimy wszystkie pisma katolickie o powtórzenie powyższej wzmianki.

Następował podpis Jego Ekscelencji.