Sprawa zakończona. Sąd Najwyższy zdecydował o ważności wyborów prezydenckich. Na granicy. Rząd przywraca kontrole granicy z Niemcami i z Litwą. Nocny pożar. Wielka awaria w warszawskim metrze. Joanna Dunikowska-Paź, dobry wieczór. Zapraszam na "19.30". Po długiej dyskusji i emocjonalnej wymianie zdań prokuratora generalnego z członkami Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego jest decyzja - wybory prezydenckie są ważne, Karol Nawrocki został wybrany prezydentem, a 21 protestów z prawie 50 tys. uznanych za zasadne nie miało wpływu na ostateczny wynik. To ostateczny werdykt nieuznawanej przez europejskie trybunały izby Sądu Najwyższego. Gdy członkowie Izby Kontroli wchodzili na posiedzenie, przed Sądem Najwyższym protesty tych, którzy domagali się, żeby ponownie przeliczyć głosy. Tu nie macie miejsca! I tych, którzy twierdzą, że ktoś chce im - tu cytat - "ukraść wybory". Głosowałam na prezydenta Karola Nawrockiego i bardzo bym się cieszyła, gdyby moja wola była zrealizowana, tak jak większości głosujących. Pani Annie odpowiada pani Stanisława. My nie chcemy unieważnienia wyborów. My chcemy znać wynik wyborów. Kobieta złożyła protest wyborczy, który pierwsza prezes Sądu Najwyższego nazwała tak. To tak zwane giertychówki. Pani Manowska bardzo, ale to bardzo mnie obraziła. Rzucała narrację, że nie potrafiliśmy wpisać własnych PESEL-i. Tylko z PESEL-ami Romana Giertycha. To jest nieprawda. Protest złożony przez panią Stanisławę, podobnie jak pozostałe blisko 50 tys. protestów, jednym ruchem Izby Kontroli został odrzucony. Za każdym protestem stoi konkretny człowiek, konkretny obywatel, który ma swoje emocje, swoje motywacje, swoje przekonanie i dlatego każdemu obywatelowi należy się poważne traktowanie. Izba Kontroli podjęła jednak uchwałę potwierdzającą ważność wyborów prezydenta. Tyle że Izba Kontroli jest nieuznawana przez europejskie trybunały, bo zasiadają w niej neosędziowie. Część z nich jest wprost powiązana z PiS-em. To polityczni nominaci Jarosława Kaczyńskiego, można powiedzieć. Nie sędziowie, a przebierańcy, na polityczne zamówienie PiS. Prokurator generalny wnioskował o wyłączenie wszystkich neosędziów orzekających w Izbie Kontroli i skierowanie sprawy do orzekania przez Izbę Pracy i Ubezpieczeń. Takie wnioski nie mogą być formułowane. Politycy PiS-u zarzucają prokuratorowi generalnemu hipokryzję, bo ten nie protestował, gdy ta sama izba orzekała o ważności wyborów parlamentarnych. Skoro został senatorem, to jest pytanie, czemu ta sama izba ma nie stwierdzić ważności wyborów prezydenta. Te argumenty polityka PiS-u niemal jeden do jednego powtórzyła dziś neosędzia podczas posiedzenia izby. Czy czuje się pan wadliwie powołanym senatorem, tzw. neosenatorem? Tego typu słowa publicystyczne nie powinny padać w tej uświetnionej sali Sądu Najwyższego. Znaczenie rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego w kontekście wyborów parlamentarnych ma znaczenie czysto deklaratoryjne. W przeciwieństwie do wyborów prezydenckich - kwituje Adam Bodnar, który powołał specjalny zespół prokuratorów. Śledczy mają skontrolować wyniki w prawie 300 komisjach wyborczych, gdzie są podejrzenia nieprawidłowości. I tu taka sytuacja. To jest niepoważne. Sąd Najwyższy zezwolił prokuratorom na wgląd do akt w sprawie protestów, ale akurat dziś czytelnia jest zamknięta. Z powodów bezpieczeństwa. Niezależnie od postępowania prokuratury premier najpewniej opublikuje uchwałę Izby Kontroli z adnotacją o zastrzeżeniach wokół izby. Nie rząd jest odpowiedzialny za uznawanie wyników wyborów. A marszałek Sejmu zwoła Zgromadzenie Narodowe. Odbiorę przysięgę od Karola Nawrockiego. Zapowiada Szymon Hołownia. Jak będzie przebiegało Zgromadzenie Narodowe? Zasadniczym punktem będzie zaprzysiężenie prezydenta. Takie są plany. Natomiast co się wydarzy podczas Zgromadzenia Narodowego, to ja nie wiem. To nie jest zespół ceremonialny. Wspólne posiedzenie dwóch izb parlamentu 6 sierpnia. Polska przywraca kontrole na granicy z Niemcami i z Litwą. Premier Donald Tusk poinformował, że to zmiana czasowa, która będzie obowiązywała od najbliższego poniedziałku. Na granicę pojedzie więcej strażników, policjantów i żołnierzy. Granica musi być pod kontrolą - mówią rządzący, ale nie bojówek - dodają, a służb, które mają do tego odpowiednie narzędzia. Przywracamy czasową kontrolę. Premier zapowiada, że od poniedziałku polskie służby ponownie będą sprawdzać, kto przyjeżdża z Niemiec do Polski. Tak jak podróżujących w drugą stronę Niemcy sprawdzają od niemal dwóch lat. Cierpliwe stanowisko polskie po wprowadzeniu przez Niemcy jednostronnej kontroli na granicy, ono się wyczerpuje. Powodem może być presja społeczna. Przed przejściami granicznymi ustawiają się takie samozwańcze patrole. Ich uczestnicy twierdzą, że bronią Polski przed masowym napływem migrantów z Niemiec. Przerzucają masowo, my się ganiamy po tych lasach normalnie jak w latach 40. A to jeden z liderów Ruchu Obrony Granic. Robert Bąkiewicz, były szef narodowców, postać znana z organizowania takich manifestacji. Tu jest Polska, tu jest Polska! Tu Bąkiewicz zakłócał przemówienie weteranki powstania warszawskiego Wandy Traczyk-Stawskiej. Milcz, chamie skończony. Bąkiewicz nie milczy, a obraża strażników granicznych. Macie honor chociaż? Którzy wykonują swoją pracę, przejmując odsyłanych do Polski migrantów. Zgodnie z prawem międzynarodowym. Weryfikowane są dokumenty tych osób, ich tożsamość, a także prawo pobytu w Polsce. Według danych Straży Granicznej takich powrotów jest mniej niż rok czy dwa lata temu, gdy rządziło PiS. Opozycja jednak straszy falą migrantów, chwali patrole Bąkiewicza i też zamierza jeździć na granicę. My nie wierzymy rządowi, który w tej chwili rządzi. Bardzo dziękuję tym, którzy zaangażowali się w tę obywatelską akcję. Zaangażowani właściwie we wszystkich punktach granicznych są także nasi działacze. Konfederacja na granicy już jest. Podsycanie emocji związanych z migracją to paliwo dla ugrupowań prawicowych. Źle się bawicie, panowie. Ta, jak mówi wicemarszałek Czarzasty, zabawa, wkrótce trafi pod lupę służb. Bo kontrole graniczne to też przyglądanie się działalności tzw. patroli obywatelskich. Grup, które uzurpują sobie prawo do kontroli granicy. By, jak twierdzą rządzący, nie dochodziło do utrudniania pracy strażnikom granicznym. Polskie państwo jest silnym państwem i sobie nie pozwoli, żeby grupy montowane przez pana Bąkiewicza nad ranem się wygłupiały. PiS chce iść dalej. Zapowiada projekt ustawy, która pozwoli na czasowy zakaz wjazdu do Polski obywatelom państw spoza Europy, z których pochodzi najwięcej nielegalnych migrantów. Takie działania będą dopiero adekwatne do zagrożenia. To rząd PiS doprowadził do tego, że lawinowo wizy były przyznawane, co jest praprzyczyną obecnego kryzysu. Mowa o aferze wizowej. Według Najwyższej Izby Kontroli to za rządów PiS przyznano ponad 360 tys. wiz obywatelom krajów muzułmańskich i afrykańskich. Migranci dostawali się do Polski także nielegalnie, przez granicę polsko-białoruską. Po jej uszczelnieniu szlak wiedzie z Białorusi przez Litwę. Dlatego tymczasowe kontrole wrócą także na granicy z tym krajem. Chodzi o działania, które umożliwią pilnowanie granicy polsko-litewskiej nie tylko na przejściu granicznym, co uzyskamy poprzez czasowe przywrócenie kontroli, ale także na zielonej granicy. Tymczasowe kontrole mogą trwać maksymalnie dwa lata. Nocny pożar w metrze, a w konsekwencji poranny chaos i kilometrowe korki w stolicy. Ogień pojawił się w podstacji energetycznej przy stacji Racławicka. Ewakuowano cztery osoby z obsługi, na szczęście nikt nie został ranny. Prezydent Warszawy po sztabie kryzysowym informował o poważnych uszkodzeniach i czasie potrzebnym na zapewnienie pasażerom bezpieczeństwa. Takiej sytuacji nie było jeszcze nigdy, od kiedy 30 lat temu zaczęło tu jeździć metro. Około godziny 1.00 w nocy na stacji Racławicka mniej więcej w tym miejscu pod ziemią zapaliły się kable w pomieszczeniach technicznych. Pożar wykryły czujniki dymu w tzw. podstacji energetycznej. Na miejscu błyskawicznie pojawili się strażacy. Doszło do nieprawidłowej pracy urządzenia bądź podwyższenia temperatury przewodów, co skutkowało tym, że izolacja zaczęła mocno dymić. Strażacy w maskach i z butlami z tlenem w ciemności szukali źródła pożaru. To rozpoznanie przyniosło efekty w postaci tego, że wspólnie z ekipą elektryków udało się odłączyć zasilanie, i, co ważne, uziemić urządzenia, które były zamontowane. W akcji brało udział 11 zastępów gaśniczych. Po około 8 godzinach ogień opanowano. Jednak metro linii M1 nie kursowało. Zaskoczenie, jest środek lata, taki pożar, że wstrzymuje się całe metro. Pożar sprawił, że w warszawskim ratuszu rano zwołano sztab kryzysowy. Naprawa urządzeń do sterowania ruchem pociągów na południowym odcinku metra potrwa co najmniej kilkanaście godzin. Potem czeka nas kilka godzin testów - chcemy mieć pewność, że cały system poprawnie zadziała i nic nie zagrozi bezpieczeństwu pasażerów. Linią M1 średnio każdego dnia jeździ prawie 360 tys. pasażerów. By ich obsłużyć, władze miasta stworzyły autobusową linię "Za metro" i wprowadziły dodatkowe tramwaje. Bardzo brakuje. Jak pan sobie poradzi? Idę do autobusu, tak mi panowie powiedzieli i tak zrobię. Będziemy robić szybko, by uruchomić metro jak najszybciej. Na razie te dwie pętle. Liczymy na to, że jutro już będziemy mieli dla państwa lepsze informacje. Informacja o pożarze w metrze wzbudziła podejrzenia, czy nie był to zamach terrorystyczny. Jednak według wstępnych ustaleń to tylko awaria techniczna. Mamy do czynienia z sytuacją kryzysową. Bardzo ważne jest zapobieganie dezinformacji, sianiu paniki i teoriom spiskowym, bo powodują niepotrzebny niepokój wśród społeczeństwa. Centralna część metra M1 jutro będzie nieczynna. Na razie nie wiadomo, kiedy warszawiacy będą mogli przejechać nią w całości. Fala upałów, a za nią groźne pożary w kolejnych europejskich krajach. Na mapie ekstremalnych temperatur - Portugalia, Turcja, Grecja, Hiszpania i Włochy. Płoną lasy i łąki, ewakuowane są kolejne turystyczne miejscowości. Eksperci mówią o ryzykownym lecie i ostrzegają - to krajobraz, który staje się normą i także od turystów wymaga szczególnej ostrożności. Widoki jak z filmów katastroficznych. Akcja służb trwa dzień i noc. Na lądzie i z powietrza. Z żywiołem walczy już ponad tysiąc strażaków i wielu zdesperowanych mieszkańców. Płomienie dotarły już do domów poniżej. Nie wiem, jak to się skończy. Ryzykują życiem, by ratować swój dobytek, a ogień wciąż się rozprzestrzenia. W ciągu pół godziny otoczył nas dym. Nie mogliśmy zobaczyć terenu, który znamy na pamięć. Zaczęliśmy ewakuować ludzi. Już w zeszłym tygodniu pożary wybuchły w prowincjach Bursa, Antalya i Sakarya. Teraz ogień trawi trzy kolejne. Swoje domy opuścili mieszkańcy 41 miejscowości. Łącznie ewakuowano ponad 50 tys. osób, tylko w Izmirze 42 tys. To właśnie w tym popularnym wśród turystów regionie sytuacja jest najtrudniejsza. W sieci pojawiają się nagrania, na których widać pomarańczowe od płomieni niebo i kłęby dymu nad domami. Widoczność była tak zła, że na kilka godzin zamknięto lotnisko. Niedaleko jest obóz letni i wiele domów. Las ciągnie się aż tam, myślałem, że ogień nie przetnie drogi, ale tak się stało. Pożar wybuchł w niedzielę w okolicy położonych w prowincji Izmir miejscowości Seferihisar i Menderes. Szybko rozprzestrzenił się przez silny wiatr. W weekend jego porywy dochodziły do prawie 120 km/h. Pracowałem tu przez wiele lat w służbach leśnych, ale nigdy nie widziałem takiego pożaru. To był wiatr przypominający burzę. Choć teraz osłabł, to akcja gaśnicza wciąż jest bardzo trudna. Obszar objęty ogniem rozciąga się na ponad 12 km i wciąż się zwiększa, ze względu na suszę. Tylko w ciągu ostatniej doby wybuchło prawie 80 nowych pożarów. Do tej pory 21 osób ucierpiało z powodu dymu lub innych przyczyn. Wszyscy zostali poddani leczeniu. Nie ma ofiar śmiertelnych, ale straty materialne są, i to ogromne. Tam, gdzie ogień został ugaszony, ukazuje się ich skala. Nasz dom to 40 lat wspomnień. Tu dorastały nasze dzieci, tu spędziłam młodość. Mogę tylko odwrócić się plecami, by na to nie patrzeć - tak bardzo mnie to boli. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca w Turcji wybuchło prawie 1500 pożarów. W prowincji Izmir zatrzymano osobę podejrzaną o celowe podpalenie. Ostatni kontrakt na ropę z Rosji. Orlen oficjalnie zakończył dostawy surowca od giganta naftowego Rosnieft. Ta konkretna i, jak się okazuje, historyczna umowa dotyczyła dostaw z Rosji do Czech. Władze spółki mówią o budowaniu bezpiecznej przyszłości regionu przez zamknięciu ważnego rozdziału. Rafineria Orlenu w czeskim Litvinovie. Dokładnie w tym miejscu swój bieg kończy rurociąg "Przyjaźń". Przez dekady Rosja dostarczała tędy ropę, ale w tej chwili o przyjaźni nie ma już mowy. Rosyjska ropa rurociągiem "Przyjaźń" już nie płynie. Rafineria, dziś należąca do Orlenu, przez ostatnich 12 lat była związana kontraktem z koncernem Rosnieft. Tym samym to była ostatnia taka umowa, która poprzez Czechy łączyła Orlen z rosyjską ropą. Teraz ten rozdział jest już zamknięty na dobre. Pieniądze z ropy rosyjskiej nie będą wykorzystywane przeciwko tym, przeciw którym nie powinny być wykorzystywane. Za pieniądze rosyjskie nie będą ginęli ludzie w Ukrainie. Po inwazji Rosji na Ukrainę Orlen podpisał 74 nowe kontrakty. Żadnego z Rosją. Liczenie na to, że polska energetyka bazowałaby na dostawach z Rosji, byłoby ciężkim grzechem. To nie tylko kwestia kontraktów, ale także odpowiedniej infrastruktury. Przez lata Czechom brakowało wystarczającej przepustowości, by sprowadzać surowce z innych kierunków. To była ta rafineria, która została historycznie pod tę ropę zbudowana, więc symbolicznie jest to zupełnie nowe otwarcie. Orlen nie zostawił niczego przypadkowi. Dostawy ropy pochodzą teraz z różnych regionów świata: z obu Ameryk, Afryki oraz Bliskiego Wschodu. Do czeskiej rafinerii Orlenu ropa będzie docierać Rurociągiem Transalpejskim - to rura biegnąca z naftoportu w Trieście we Włoszech, przez Austrię i Niemcy aż do Czech. Ta ropa rosyjska jest do zastąpienia w Środkowej Europie i to jest zwieńczenie tego procesu symboliczne. W praktyce ropa z Rosji nie płynie do rafinerii już od marca. Tak moment odejścia od rosyjskich dostaw skomentował premier Czech. To naprawdę historyczna chwila i nie przesadzam. Po około 60 latach nasza zależność od Rosji wreszcie dobiegła końca. Zmian nie odczują kierowcy na stacjach benzynowych. Ten rynek europejski, ten rynek regionalny jest już oderwany od rosyjskiego dyktowania cen. On w tej chwili opiera się na zupełnie innych kryteriach cenowych. Przeprowadziliśmy naprawdę głęboki proces derusyfikacji. Od ponad dwóch lat cała ropa przerabiana w rafineriach w Polsce i na Litwie pochodzi wyłącznie z alternatywnych źródeł. Teraz dołącza do tego czeski Litvinov. Oznacza to pełną niezależność całej Grupy Orlen od rosyjskiej ropy. W "19.30" teraz ważne informacje dla osób poszkodowanych jesienną powodzią. Zostały dokładnie trzy miesiące na składanie wniosków o wykup domów. Na mocy specustawy Wody Polskie wykupią około stu zalanych budynków z nakazem rozbiórki. W budżecie na ten cel mają 30 mln zł. Liczy się pierwszeństwo zgłoszenia, co w przypadku wniosków elektronicznych może oznaczać nawet sekundy. Tu na nowo budują swoje życie. Michał Majewski z rodziną jako jedni z pierwszych złożyli wniosek o wykup przez Wody Polskie zniszczonego w ubiegłorocznej powodzi mieszkania. Te wykupy i te zamiany mieszkań to było nasze marzenie, bo jak przyjechaliśmy po powodzi zobaczyć, jak wygląda nasz dom, który kupiliśmy w styczniu, w maju się wprowadziliśmy, a we wrześniu został zniszczony, to byliśmy przerażeni. Dziś budynki przeznaczone są do rozbiórki. Część powodzian już urządza się w kupionych przez gminę od dewelopera - za pieniądze z budżetu państwa - nowych mieszkaniach. Będą one mogły stać się własnością powodzian. Możemy w momencie, w którym zostanie uregulowana kwestia wykupu nieruchomości, która wcześniej była zalana, danego mieszkańca, przenieść prawo własności metr za metr na daną osobę. Wody Polskie na swojej stronie internetowej właśnie uruchomiły specjalną mapę, na której każdy może sprawdzić, czy jego adres, podobnie jak ulica Chełmońskiego w Kłodzku, został uznany za zagrożony powodzią i czy zniszczona nieruchomość nadaje się do wykupu. Bywało z tym różnie, otrzymywaliśmy mnóstwo telefonów, a teraz mamy taką interaktywną mapę. I już wiadomo, że zainteresowanych jest wielu. Szacowaliśmy początkowo, że to może być około 100 nieruchomości, natomiast, tak jak zaznaczyłem, wpłynęło już 110 wniosków. Wycenę sporządzą niezależni rzeczoznawcy w oparciu o wartość mieszkania lub domu na dzień przed powodzią. Na wykup w tym roku zarezerwowano 30 mln zł. O tym, kto dostanie pieniądze, będzie decydować kolejność zgłoszeń. Można je składać do 1 października, także przez internet. Lokalne władze liczą, że w związku z dużym zainteresowaniem program nie zakończy się na tegorocznej edycji. Tak aby sukcesywnie z biegiem czasu wykupować te nieruchomości. Do tej pory z budżetu państwa na zakup, budowę lub remont mieszkań dla powodzian przeznaczono blisko pół miliarda złotych. Jest już plan na kolejne inwestycje. Zakłada dodatkowe 60 mln zł dla gmin, które, dotknięte skutkami powodzi, potrzebują szybko tych lokali dla swoich mieszkańców. Pierwsze wypłaty na wykup mają ruszyć na przełomie września i października. Prawo jazdy po nowemu. W życie właśnie weszły ważne zmiany dotyczące egzaminowania kandydatów na kierowców, zarówno sposobu ich oceniania, jak i natychmiastowego przerywania egzaminu w momencie stworzenia zagrożenia na drodze. Powodem przerwania testu ma być także niezastosowanie się do znaku "linia podwójna ciągła" i akurat ten punkt budzi spore emocje. Tak nie wolno. Ani w życiu, ani na egzaminie na prawo jazdy. Za taki manewr od razu się oblewa. Zmiany jednak nie wywracają dotychczasowego systemu - uspokajają instruktorzy. To, co będzie teraz skutkowało przerwaniem egzaminu, do tej pory już było, tylko był zapis, że może skutkować przerwaniem egzaminu. A to jednak różnica. To lista grzechów głównych - katalogu 18 błędów, których popełnienie zakończy egzamin. Według resortu infrastruktury, ale też ekspertów, reguły stają się przejrzyste. A oblanie egzaminu nie będzie zależało od widzimisię egzaminatora. Chcieliśmy, aby tutaj była pewnego rodzaju standaryzacja, aby zamknąć drogę do szerokiej interpretacji. Sytuacja będzie o wiele jaśniejsza i dla zdającego, i dla tego, który będzie oceniał. To teraz praktyka. Weźmy wjazd na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Jeżeli to skrzyżowanie było puste, teoretycznie egzaminator mógł kontynuować egzamin. Dzisiaj po zmianach takie wykroczenie skutkuję wynikiem negatywnym z egzaminu. Nowe zasady dopiero weszły w życie, ale już obrosły legendą. Przekroczenie podwójnej ciągłej ma kończyć egzamin. Ale nie w sytuacji, kiedy kandydat na kierowcę zobaczy na swoim pasie przeszkodę, jak źle zaparkowany albo stojący na awaryjnych pojazd. Egzaminator też widzi, też ocenia i na pewno nie podejmie decyzji, która byłaby krzywdząca dla osoby egzaminowanej. Zakończy egzamin, jeśli uzna, że kandydat stworzył zagrożenie. Katalog 18 błędów obejmuje wykroczenia najgrubszego kalibru. One są kompatybilne z najbardziej punktowanymi naruszeniami w ruchu drogowym, za które grożą nam najwyższe mandaty karne. Kursanci na egzaminach z pewnością będą musieli się bardziej przykładać do bezpiecznej przepisowej jazdy. Trudno na tym etapie przesądzić, czy nowe przepisy wpłyną na zdawalność egzaminów. Ale czy każdy musi mieć prawo jazdy? Tego typu wyczyny kierowców, którym sądy odbierają prawo jazdy, a oni i tak jeżdżą, siejąc zagrożenie dla innych, przekonują, że prawo jazdy nie jest dla każdego. Prawo jazdy nie jest obowiązkiem, jest przywilejem dla osoby, która je uzyskała. Tylko osoba, która zna przepisy, jest odpowiedzialna, kulturalna i potrafi zapanować nad pojazdem, powinna zdobyć ten dokument. Chętnych nie brakuje. Zobaczymy, jak to się sprawdzi. Jak się opanuje ten stres, to wszystko raczej jest do zrobienia. Po egzaminie na prawo jazdy jest jeszcze egzamin z odpowiedzialności. W zeszłym roku na polskich drogach było ponad 21 tys. wypadków. Zginęło w nich 1896 osób. To wielka wyprawa dla małych kultowych aut, które ruszyły w trasę, by pomóc najmłodszym. Wielka Wyprawa Maluchów już na trasie, w najdłuższej jak dotąd, 17-dniowej podróży przez Europę. Zebrane środki pomogą dzieciom poszkodowanym w wypadkach drogowych. O legendach motoryzacji i emocjach na najwyższych obrotach. W wieku 19 lat straciłem obie ręce. Ja miałem 13, gdy straciłem rękę i nogę. Ale dzieci poszkodowane w wypadkach samochodowych cierpią nie tylko fizycznie. I to, jak sobie z tym poradzą, wpłynie na całe ich życie. I to koniec? No coś ty. To dopiero początek. Ruszyła trzecia Wielka Wyprawa Maluchów dla Dzieci. Tegoroczny cel - przebić ubiegłoroczny rekord 5 mln złotych. A w takiej ekipie wszystko jest możliwe. Jedziemy w sto maluchów, czyli najwięcej w historii, jedziemy najdłuższy dystans, bo ponad 5000 km, dookoła Bałtyku i Polski. Ponad 550 osób bierze udział w wyprawie. W ubiegłym roku na drogach zginęło około stu dzieci, a prawie 3000 zostało rannych w wypadkach. Dlatego oprócz zbiórki celem akcji jest pomoc psychologiczna i psychiatryczna, prewencja i edukacja dzieci w ruchu drogowym. Nie każdy dzieciak od razu wsiada do samochodu, ale używa hulajnogi, roweru. Żeby powiedzieć mu, jak się poruszać na tej drodze. Że trzeba mieć kask, że trzeba być widocznym. Widoczni na trasie na pewno będą Kajetan Kajetanowicz z żoną, którzy jadą jedynym maluchem z walizką na dachu. Mamy wiele kilometrów do zrobienia, więc będzie bardzo ciepło, nie ma klimatyzacji. Nie ma czasu, żeby prać te rzeczy, stąd prawdopodobnie moja żona wzięła ich myślę, że i tak za dużo. Najmłodszy uczestnik wyprawy Aleksander "Młody Pelikan" ma 11 lat, najstarszy, Longin Bielak, 97. Jest to dużo czy mało, w każdym razie bardzo bym chciał, żebym w przyszłym roku mógł wystartować. W tym roku po raz pierwszy w wyprawie startuje ekipa fundacji TVP. Mamy też bardzo dużo takich podopiecznych, którym pomagamy w rehabilitacji i leczeniu. Hasłem fundacji jest piękno pomagania i w tak pięknej imprezie nie mogło nas zabraknąć. W drużynie gwiazdy TVP, znani i lubiani prezenterzy, którzy tym razem poprowadzą malucha. Włączają się koledzy, za co im jestem bardzo wdzięczna, i ukłony ogromne dla nich za to, że nas reprezentują tym naszym maluchem, a on ma już swoje lata, ale myślę, że będzie dzielny. A my dzielnie będziemy relacjonować kolejne etapy wyprawy w mediach społecznościowych i w "Pytaniu na śniadanie". Z czego w ostatnim 45-leciu jesteśmy najbardziej dumni? Odkąd ruszyła akcja "Nasza Solidarność. A to nam się udało!", regularnie zadajemy państwu to pytanie. Państwo przedstawili swoje pomysły, czas więc, by wybrać. Głosowanie ruszyło dziś - na liście 45 wyjątkowych zdarzeń z obszaru sportu, polityki i kultury. Jak wybrać swojego faworyta? Ladies and gentlemen, będę mówił po polsku, bo chcę powiedzieć to, co myślę, a myślę zawsze po polsku. Człowiek ze złota - Andrzej Wajda pokazał światu, kim jesteśmy. A Oscar zagwarantował nieśmiertelność jemu. Początek XXI wieku. Polska żyje marzeniami. "Małyszomania" wciąga nas bez reszty. W każdy zimowy weekend zasiadamy przed telewizorami, a potem biegniemy po bułkę z bananem. Ale to nie tylko sport. To także wyobraźnia. Świat "Wiedźmina" wkracza do naszej codzienności. Ostatnie 45 lat to historia dynamicznych przemian. Wspólny mianownik? Solidarność. Bez niej nie byłoby ani wolnych wyborów, ani wolnych mediów, ani nas takich, jakimi jesteśmy dziś. Dziś oddajemy głos państwu w ogólnopolskim plebiscycie "Nasza Solidarność. A to nam się udało!". Do 14 sierpnia każdy może wskazać moment, który szczególnie napawa dumą. Wybór nie jest przypadkowy. 45 inicjatyw na 45. rocznicę powstania "Solidarności". Wystarczy wejść na stronę www.gdansk.pl/naszasolidarnosc. Codzienność budowana wspólnie, od pokojowych strajków po wejście do Unii Europejskiej. Możemy zaliczać się do północy Europy i nikt naprawdę, kto nie pamięta tamtego czasu, nie wie, jak wielki jest to skok. Dziś to właśnie młodzi niosą ideę Solidarności dalej, inaczej, po swojemu. W mediach społecznościowych, w oddolnych inicjatywach, w codziennej walce o prawa, klimat, równość. "Solidarność" uczy nas tego, że jeżeli połączymy się i będziemy mieli wspólny cel, to mamy niesamowitą siłę zmieniać zarówno swój kraj, Europę, a także świat. Finałową dziesiątkę plebiscytu poznamy już 31 sierpnia podczas koncertu na terenach postoczniowych w Gdańsku. W "19.30" to już wszystko. Za chwilę Dorota Wysocka-Schnepf zaprosi państwa na "Pytanie dnia" i rozmowę z mecenasem Ryszardem Kaliszem, członkiem Państwowej Komisji Wyborczej. Ciekawego wieczoru, do zobaczenia.