Szczyt w Pary¼u. Przedstawiciele 35 państw i temat gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Coraz zimniej. Na termometrach -20 stopni. Mróz może być groźny dla zdrowia i życia. Królewskie orszaki w całej Polsce. Dziś święto Trzech Króli. Monika Sawka, dobry wieczór. Dyplomacja i realna pomoc muszą iść ręka w rękę - mówi Wołodymyr Zełenski po spotkaniu z Emmanuelem Macronem. I przekonuje, że każde spotkanie musi przynieść konkretne rezultaty. W Paryżu w rozmowach o przyszłości Ukrainy udział wzięło 27 liderów państw w ramach tak zwanej koalicji chętnych. Przygotowany przez zachodnich sojuszników projekt zapewniłby Kijowowi kluczowe gwarancje bezpieczeństwa. Na co może liczyć Ukraina, co ustalono? Przed kilkoma minutami jako pierwszy dotychczas z europejskich liderów podsumował premier Tusk. Nie chciał mówić o szczegółach, bo one są poufne. Przyznał, że posunęliśmy się do przodu i nieoficjalne wiadomości świadczył o przełomie dla Ukrainy, ponieważ w tej paryskiej deklaracji mamy przeczytać: politycznie i prawnie wierzących Francji bezpieczeństwa zostaną udzielone Ukrainie po wejściu w życie zawieszenia broni. To najbardziej dotychczas konkretne zobowiązanie sojuszników Kijowa. Na ten moment Ukraina i Europa czekały od miesięcy. Na jednym zdjęciu i przy jednym stole negocjacyjnym zasiedli przedstawiciele ponad 30 krajów koalicji chętnych, Ukraińcy i po raz pierwszy Amerykanie. Cel: sfinalizować wspólny plan gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Będziemy dyskutowali szczegóły deklaracji paryskiej. Ta deklaracja to nie będą jeszcze zobowiązania, które wymagałyby jakichś konkretnych decyzji logistycznych, finansowych ze strony państw. Ale będzie potwierdzeniem woli. Chodzi o precyzyjny plan, kto i jak zamierza wspierać Kijów po zawieszeniu broni. W roboczej wersji tej paryskiej deklaracji przeczytać można, że wiążących gwarancji bezpieczeństwa udzielą Ukrainie nie tylko członkowie koalicji chętnych, ale też Amerykanie. A to jeszcze do dziś stało pod znakiem zapytania. Zarówno partnerzy koalicyjni, jak i USA, odegrają kluczową i ściśle skoordynowaną rolę w zapewnieniu gwarancji bezpieczeństwa. Te wiążące zobowiązania mogą obejmować wykorzystanie potencjału wojskowego, wywiadu i wsparcia logistycznego, inicjatyw dyplomatycznych i przyjęcie dodatkowych sankcji. I chociaż, także ze względu na tajemnicę wojskową, szczegóły nie zostały jeszcze ujawnione, to nieoficjalnie wiadomo, że członkowie koalicji chętnych zobowiązują się do wspierania ukraińskiej armii i rozmieszczenia na miejscu sił wielonarodowych, które pomagałyby Ukrainie w powietrzu, na morzu i na lądzie. Te siły oparte na armiach francuskiej i brytyjskiej mogłyby liczyć do 30 000 żołnierzy. Pokoju na Morzu Czarnym ma strzec Turcja. Amerykanie odpowiedzialni byliby przede wszystkim za system monitorowania zawieszenia broni. Ale interweniowaliby też w przypadku ataku ze strony Rosji. Ten amerykański bezpiecznik to długo wyczekiwany przełom w negocjacjach. Ta deklaracja jeszcze nie została opublikowana. Wiemy nieoficjalnie, że Amerykanie ucinają miesiące spekulacji i także zobowiązują się do pomocy Ukrainie i Europie. Polska jest gotowa i zrealizuje wszystkie zadania dotyczące logistyki. Nie ma oczekiwań ze strony naszych partnerów obecności polskich wojsk na Ukrainie. Nie jest jasne, czy te paryskie ustalenia zaakceptuje Moskwa. Ale rozochocony udaną interwencją w Wenezueli, presję na Władimira Putina wywiera Waszyngton. Nie igrajcie z prezydentem Trumpem - taki skierowany prosto do Moskwy wpis opublikował Departament Stanu. Prezydent Trump - człowiek czynu. Nie wiedzieliście - teraz już wiecie. Na zawieszenie broni niecierpliwie czekają Ukraińcy. Rosja przed rozpoczęciem szczytu w Paryżu zaatakowała ponownie. W poniedziałkowym ataku na Kijów i Charków zginęły co najmniej 2 osoby. A teraz koalicja chętnych i nieplanowany temat. Liderzy 27 państw wspierających Ukrainę we wspólnym oświadczeniu w sprawie zapędów Donalda Trumpa dotyczących przejęcia wyspy zwarli szyki. Żaden członek Paktu Północnoatlantyckiego nie powinien atakować czy grozić drugiemu - przekonuje premier Donald Tusk. Na szczycie w Paryżu przywódcy europejscy przypomnieli, że bezpieczeństwo i suwerenność Arktyki jest kluczowa dla stabilności NATO. Dotąd były jedynie groźby powtarzane przez Trumpa. Potrzebujemy Grenlandii. Musimy ją mieć. Potrzebujemy Grenlandii z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego, Dania nie będzie w stanie tego zrobić. Po ataku na Wenezuelę te słowa nabrały nowego znaczenia. Amerykański przywódca pokazał, że groźby nie kończą się na medialnych wypowiedziach. Od nich się zaczyna. Na jakiej podstawie Dania uważa Grenlandię za swoją kolonię? Żyjemy w świecie rządzonym siłą. To są żelazne prawa tego świata od zarania dziejów. Pretekst do ataku już jest - zagrożenie rosyjskich i chińskich okrętów na wodach wokół wyspy. Z drugiej strony interes, a konkretnie apetyt na metale ziem rzadkich - te dla Ameryki są niezbędne w produkcji na przykład sprzętu wojskowego. Należy traktować poważnie prezydenta, gdy mówi, że chce Grenlandii, ale wierzę też w demokrację i zasady międzynarodowe - granic nie zmienia się siłą. Zapędom Trumpa "stop" powiedzieli europejscy liderzy w Paryżu. W oświadczeniu przypominają: Żaden członek nie powinien atakować ani grozić innemu członkowi Traktatu Północnoatlantyckiego. W przeciwnym razie NATO traciłoby sens. Po ataku na Wenezuelę Trump zagroził nie tylko Grenlandii, na celowniku znalazły się też Kuba, Meksyk, Kolumbia i Iran. Kuba dlatego, że wspierała reżim Maduro. Kuba jest gotowa do upadku, wiecie o tym. Iran, bo zabija pokojowych demonstrantów. A Meksyk i Kolumbia według Trumpa zalewają Stany narkotykami. Inwazje nie mogą być podstawą stosunków międzynarodowych w XXI wieku! Świat pyta: "jakim prawem?", a Donald Trump wprost wyjaśnia, jaka doktryna w polityce zagranicznej mu przyświeca. Doktryna Monroe - znacznie ją wyprzedziliśmy. Teraz nazywamy ją "Donroe". Eksperci twierdzą, że na naszych oczach zmienia się porządek świata. Półkula zachodnia staje się priorytetem i Trump realizuje ten priorytet, podporządkowując sobie te reżimy w Ameryce Południowej, które nie bardzo chcą z nim współpracować. Era gry wielkich mocarstw dla analityków jest zagrożeniem dla Europy, a zwłaszcza Polski, która jest na linii interesów świata zachodniego i Rosji. Choć światowe i unijne instytucje działania Trumpa określają łamaniem Karty Narodów Zjednoczonych, w praktyce są bezradne. Nie ma siły, która by wymusiła stosowanie prawa międzynarodowego i prawda jest taka, że silni gracze stworzyli sami to prawo. Może to wpłynąć na takie carte blanche na przykład dla Chin, no bo Stany mogą interweniować w swojej strefie wpływów, to dlaczego Chiny nie mogłyby wejść na Tajwan? Do działań przeszedł według "El Mundo" hiszpański premier - Pedro Sanchez zjednoczył siły z przywódcami Brazylii i Kolumbii, Chile Meksyku i Urugwaju, tworząc front przeciwko działaniom Trumpa wobec Wenezueli. Oglądają państwo "19.30", już za chwilę groźny mróz, a później jeszcze: Zrozpaczeni mieszkańcy - po zamknięciu kopalni woda zalewa im domy. Będę musiała się wyprowadzić stąd. Przyrost wody to 1 cm dziennie, to tempo zastraszające. Domy zostaną albo zalane, albo wysiedlone, albo się rozpłyną. Dlaczego nikt skutecznych działań nie podjął w tym temacie? Ten problem nie zniknie. To pompowanie będzie się odbywało do końca świata. W Polsce chwycił i mocno trzyma siarczysty mróz. W Szklarskiej Porębie termometry pokazały dziś niemal -20 stopni. W najbliższych dniach nie będzie lepiej. A do tego mocno popada śnieg. Taka pogoda może powodować straty i zagrażać życiu. Mróz to też jeden z najtrudniejszych testów dla ludzkiej fizjologii. W Lęborku na Pomorzu do końca nie uporano się jeszcze ze skutkami ostatnich śnieżyc. Za dużo jednak było tego śniegu, no ale teraz można trochę chodzić. A zima już przychodzi z kolejnym uderzeniem. O poranku termometry w Szklarskiej Porębie pokazywały niemal -20 stopni. Kilkunastostopniowe mrozy także w Łodzi, Płocku, Warszawie czy Bydgoszczy. Nadchodząca noc będzie równie mroźna w centralnej i północno-wschodniej Polsce. Ja pochodzę z gór, to były mrozy i zima to była taka, że szok. To jest pikuś, jak to się mówi. Ja jestem 63. rocznik, to taka zima nie jest mnie w stanie zaskoczyć. To jednak nie koniec. Do końca tygodnia i następny tydzień cały czas spadki temperatury, w ciągu nocy lokalnie nawet do -18, niewykluczone nawet -20 stopni. Temperatura odczuwalna może być jeszcze niższa. I groźna, szczególnie dla małych dzieci, osób starszych i schorowanych, które mogą być nieświadome, że doszło do wychłodzenia organizmu. Jeżeli ktoś ma cukrzycę, tak zwany zespół stopy cukrzycowej też występuje, te części ciała są po prostu gorzej odczuwalne, czy ucisk, ból, czy właśnie ciepło, zimno. Cebulka. Czapka. Rękawiczki obowiązkowo. I trzymać się za ręce. To pomoże też przy okazji przebrnąć przez zaspy. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa ostrzega przed obfitymi opadami śniegu. Alerty II stopnia obowiązują w południowej części Podkarpacia i okolicy małopolskich Gorlic. To jednak niejedyne ostrzeżenia RCB ściśle związane z zimą. O smogu dostałyśmy. Takie wiadomości o poranku dotarły do mieszkańców 6 powiatów. Fatalna jakość powietrza była w Poznaniu, Kaliszu, Krotoszynie, w okolicach Łodzi, Żywca i w Kotlinie Kłodzkiej. W domu trzeba zostać albo wyjechać stąd. Smog dusił mieszkańców wielu regionów. Im ciemniejszy kolor, tym większe zanieczyszczenie. Zielony to czyste powietrze. Dziś było go mało. Więcej palą w kominach i niestety nie jest to ładny dym. Wciąż wiele pieców grzewczych to tak zwane kopciuchy. Z niemal 3 milionów kominów wylatują kłęby z całą tablica Mendelejewa. Dla naszych płuc to zabójstwo. Każdego roku ponad 40 tysięcy osób umiera na skutek oddychania tym zanieczyszczonym powietrzem, które właśnie teraz obserwujemy. Każdej zimy są też ofiary utonięć. To nagranie Straży Pożarnej ma uzmysłowić, jak ryzykowne jest wchodzenie na zamarznięte akweny. Jest trudno z tego lodu wyjść, ponieważ jest lód śliski, a ciało wpada we wstrząs termiczny. Lepiej unikać, nie wchodzić na żaden lód, czy on jest twardy, czy miękki, czy gruby - nie wchodzić na żaden lód. Bo na pomoc tonącemu w lodowatej wodzie czasu jest bardzo mało. W opuszczonych altanach działkowych, przy węzłach ciepłowniczych, w pustostanach - w takich miejscach przed chłodem próbują kryć się ludzie w kryzysie bezdomności. Dla nich zima to najtrudniejszy okres w roku. Grozi im głód i wychłodzenie. Służby apelują o czujność. Czasami wystarczy jeden telefon, by uratować komuś życie. Warszawskim strażnikom miejskim podczas nocnego patrolu towarzyszył Marek Smółka. Noc nie jest sprzymierzeńcem. Na patrol wybieramy się z warszawską Strażą Miejską, która codziennie sprawdza miejsca, takie jak to. Dobry wieczór państwu, wszystko w porządku? Jak przy tych mrozach, przy tym śniegu, dajecie radę? - Dajemy radę. Na maszynce sobie gotujemy. Mariusz z Ewą nie chcą skorzystać z noclegowni. Jeszcze nie dziś. Dla nich jeszcze nie jest za zimno. - Nic nie potrzeba? Zdrowi? - Zdrowie jest. Ja tam mówiłem, żeby tam z jeden koc jeszcze przywieźć na zimno. - Przywieziemy. - Aha, to dobra. U pani też wszystko w porządku, nic się nie dzieje? Odmrożeń nie ma żadnych, skaleczeń? - Nic, nic. Funkcjonariuszy znają dobrze, bo teraz zimą dwa razy w tygodniu przywożą im gorącą zupę. W czwartek jak zwykle przygotować garnuszek? - Oczywiście. W nocy patrol jakiś do państwa przyjedzie sprawdzić, czy nic się tutaj nie dzieje, bo dzisiaj jest mroźna noc. Mariusz jest bez dachu nad głową od 30 lat. Latem zbiera złom. Skup mam na Myśliborskiej, jakieś 3 kilometry stąd. Nazbiera się, nazbiera, da radę, parę groszy będzie. Jedzie się na dwa wózeczki, ona jeden, ja drugi. - Ale zimą ciężej? - Zimą jest bardzo ciężko. Z nadejściem mrozu do stolicy zjeżdża więcej bezdomnych, tu zawsze znajdą pomoc. Jeśli tylko jej chcą. Ten autobus kursuje po Warszawie cały rok. Na naszej trasie można wysiąść w wielu takich miejscach istotnych z punktu widzenia pomocowego, przy Punkcie Poradnictwa przy ulicy Nowogrodzkiej, na Sowińskiego przychodnia dla osób nieubezpieczonych, łaźnia przy ulicy Żytniej czy jadłodajnia przy Miodowej. Można się tu ogrzać, napić czegoś ciepłego. Naładować telefon czy golarkę. W autobusie spotykamy Jacka - magistra inżyniera. Jego kryzys zaczął się od rozwodu i utraty pracy. Mówi, że najgorsze było oddalenie od syna. W chwili rozwodu miał 12 lat, a teraz ma 23. To nie znaczy, że przez 10 lat nie miałem z nim kontaktu. Ale przez ostatnie 5 nie chciałem, żeby mnie zapamiętał, jego ojca, jako osobę bezdomną. Jacek ma wykształcenie i kompetencje. Ostatnio zmienił Radom na Warszawę i teraz tu spróbuje stanąć na nogi. W momencie, kiedy dotyka człowieka kryzys bezdomności, no to zaczyna się taka pętla, z której ciężko wyjść, dopóki ktoś nie poda ręki. To znaczy nie ma pracy, bo nie ma gdzie mieszkać. Nie ma gdzie mieszkać, bo nie ma pracy. Zamieszkać można w jednym z takich schronisk. To na Targówku jest kameralne, dla około 20 osób. Jest niemal rodzinnie. Podążamy za ludźmi, za potrzebami naszych uczestników i to się odbywa w sposób zgodny z ich tempem. Jest dużo aktywności społecznej, dużo aktywności takich, które dotyczą wyjść na spektakle. Bo z bezdomności nie wychodzi się z dnia na dzień. Osoby w takim kryzysie często wstydzą się prosić o pomoc. Ale w noc z kilkunastostopniowym mrozem pomoc może być kluczowa dla życia. A teraz pytanie, do czego prowadzi próba zdobycia uwagi za wszelką cenę. Były szef MSWiA, nawiązując do pojmania prezydenta Wenezueli przez amerykańskie siły specjalne, zwrócił się do premiera Donalda Tuska: "Zobacz, jak kończą dyktatorzy". Wykorzystał przy tym sztuczną inteligencję. Przyzwyczajcie się do tego państwo. Przyzwyczaić, zdaniem polityka PiS-u, mamy się do nienawiści i hejtu, który niemal codziennie wylewa się na portalach społecznościowych ludzi powiązanych z partią Kaczyńskiego. Wpisy dokonują osoby, które mają wolny mandat i wolność wypowiedzi. Więc problemu nie ma i partia daje zielone światło, choćby na takie wpisy. Mariusz Kamiński, prawomocnie skazany za przekroczenie uprawnień, uratowany przez prezydenta, Donalda Tuska porównuje do wenezuelskiego dyktatora. Do tego posługuje się zdjęciem wygenerowanym przez sztuczną inteligencję. Próbują szokować, zdobyć uwagę za wszelką cenę. O tym, dokąd może zaprowadzić PiS-owska narracja, rozmawiamy z ekspertami. Każdemu zadaliśmy te same pytania. Ludzie nie mają pojęcia, czym tak naprawdę jest dyktatura, nie mają takich porównań, część osób oczywiście jeszcze może pamiętać czasy PRL-u, ale część już nie, w związku z tym mogą myśleć, że rzeczywiście coś w tym jest. I wierzą w narrację PiS-u. Ludzie powiązani z partią podbijają narrację. I porównują szefa rządu choćby do Assada, syryjskiego dyktatora. Takie porównanie, jak słyszymy, jest skrajnie nieodpowiedzialne. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że tego typu wypowiedzi są oburzające w kontekście używania takich słów jak "dyktatura", bowiem to jest obraźliwe dla tych narodów, które rzeczywiście takiej dyktatury doświadczają. A co za tym idzie, opozycja fałszuje rzeczywistość. Są organizacje, które działają w sposób demokratyczny, są organizacje społeczne, są organizacje opozycyjne, jest masa dowodów na to, że jesteśmy państwem, które działa w sposób zgodny z regułami demokratycznymi. Tworzona narracja ma pomóc PiS-owi w sondażach, ale zdaniem ekspertów prędzej zaszkodzi. Trzeba sobie zdawać sprawę, że w momencie, kiedy ten przekaz idzie już w eter, my tracimy nad nim kontrolę, nie wiemy, jak ktoś to odbierze, do czego go to zainspiruje, więc jest to naprawdę niebezpieczne. I może doprowadzić do tragedii. Doskonałym przykładem jest zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Niestety mowa nienawiści potocznie nazywana hejtem jest takim instrumentem mobilizacji politycznej, niestety w ostatnich latach stosowany nagminnie. I trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć stop. Na każdy wpis czy udostępnione wideo, w którym osoby powiązane z PiS przekraczają kolejne granice, reagują politycy koalicji rządzącej. Popełnia pan zbrodnie podżegania do wojny. I składają w prokuraturze zawiadomienia. Oczywiście od klasy politycznej wszyscy jako obywatele, obywatele RP oczekiwalibyśmy prawdziwej klasy, tej bardzo często brakuje. O tym, czy zostanie wszczęte śledztwo, zadecyduje niezależna prokuratura. Nie wiemy, ilu ich było, skąd przybyli ani nawet czy naprawdę istnieli. Trzej Królowie to jedna z najpiękniejszych opowieści bożonarodzeniowych, choć nie do końca wiadomo, czy prawdziwa. Inspiracją do świętowania Objawienia Pańskiego jest biblijna opowieść o mędrcach ze wschodu, którzy złożyli pokłon Jezusowi. Z tej okazji na ulicami polskich miast przeszło blisko tysiąc barwnych orszaków. To święto przypomina o mędrcach ze wschodu, którzy oddali hołd dzieciątku - zbawicielowi całego świata. Ich dary: złoto, kadzidło i mirra symbolizują to, że Jezus jest królem, Bogiem i skazanym na cierpienie człowiekiem. Tak wyglądał największy orszak w stolicy. To objawienie pańskie! Jezus się narodził światu, a my rzymianie, legioniści, idziemy oddać mu pokłon! Na Krakowskim Przedmieściu aż 3 orszaki. Króla z Europy, z Azji i Afryki. Lidce najbardziej podobał się ten ze zwierzakami. Przyszliśmy dla małej, by zobaczyła tradycję, wydaje się zadowolona. To jest święto objawienia pańskiego, świętujemy, że Chrystus się narodził, przyszedł, by nas zbawić. Takich orszaków było dziś w Polsce prawie tysiąc. W Jaworniku na Podkarpaciu każdy król wyruszał z innego miejsca, aby spotkać się przy stajence. W tym roku tak jest, że królami są sołtysi. A to już Kraków. Do setek pielgrzymów i trzech króli dołączył nowy metropolita. Pasterze przyszli najpierw, królowie przyszli potem, ja się cieszę, że jestem pasterzem z wami. W wielu miastach tak jak tu w Poznaniu orszakom towarzyszył polonez. Orszaki Trzech Króli organizowane są na całym świecie, ale te polskie należą do największych. W zeszłym roku zgromadziły niemal dwa miliony ludzi. Dziś mówił o nich papież Leon XIV. Pozdrawiam pielgrzymów z Polski, a także licznych uczestników procesji Trzech Króli, która są dziś w wielu miastach Polski, a także w Rzymie. Składamy najserdeczniejsze życzenia na nowy rok, Kościoły grekokatolicki obchodzi dziś święto Jordanu - pamiątkę chrztu Jezusa. Tak było we Wrocławiu. Od kilku lat świętujemy razem według kalendarza gregoriańskiego, jest to dzień wolny od pracy, ludzi jest bardzo dużo, święto tradycyjne, ściąga ludzi do kościoła, idziemy wszyscy nad Odrę, nad ten wrocławski Jordan. Dla wielu uchodźców z Ukrainy to jedno z najważniejszych świąt w roku. Czas poświęcony rodzinie, z którą się jest lub za którą się tęskni. Jestem z rodzina, dziećmi, to jest to, Jordan w sercu, z wodą, z Chrystusem, z Ukrainą. A dzisiejszy wieczór dla kilkuset tysięcy prawosławnych to Wigilia Bożego Narodzenia z postną wieczerzą i 12 tradycyjnymi potrawami. To nie fabuła filmu katastroficznego, choć tak brzmi. Po zamknięciu kopalni rudy cynku i ołowiu Olkusz-Pomorzany do budynków w Bolesławiu zaczęła wdzierać się woda. I to z taką siłą, że przebija betonowe podłogi. Mieszkańcy czują się pozostawieni sami sobie. Eksperci ostrzegają: niektóre domy wkrótce mogą zostać całkowicie zalane albo po prostu się rozpłyną. Sytuacja Jolanty Krawczyk z Bolesławia jest dramatyczna. Wody w piwnicy jest coraz więcej, w każdej chwili może zalać instalację elektryczną. Bardzo się obawiam i jestem zrozpaczona, bo być może będę musiała się stąd wyprowadzić. Pytanie "dokąd?" zadają sobie także inni mieszkańcy, którzy też boją się podtopień. Do ich domów też wdziera się woda. To skutek likwidacji kopalni Olkusz-Pomorzany. Przyrost wody to jest centymetr dziennie. Jest to tempo zastraszające. Po wyłączeniu podziemnych pomp w kopalni, ziemia zaczęła się osuwać. Pojawiły się gigantyczne leje i woda na powierzchni. To tak zwana podwodnica, czyli droga pod wodą, jak określają ją okoliczni mieszkańcy. Obie fotografie dzieli zaledwie rok. Pewne domy zostaną albo zalane, albo wysiedlone, albo się rozpłyną. W fundamentach zostaną podmyte i koniec. Prowadzimy szeroko zakrojony proces związany z obniżeniem poziomu wód, szczególnie w terenach zabudowanych. Jednocześnie lokalne władze podkreślają ograniczenia prawne i finansowe. Po likwidacji kopalni każdy mieszkaniec musi odpompowywać wodę na własną rękę. Wcześniej robił to zakład. Dziennikarze programu "Reporterzy" próbowali skontaktować się ze spółką, do której należała kopalnia Olkusz-Pomorzany. - Czego się obawiacie? - Dziękuję panu. Do widzenia. W końcu otrzymali pisemne wyjaśnienie: ZGH Bolesław S.A. nie odpowiadają za powrót naturalnych stosunków wodnych i jego skutki, nie odpowiadają też za normalnie działające siły natury. Ostrzeżenia jednak były. Z zamówionego ponad dekadę temu przez gminę raportu Głównego Instytutu Górnictwa wynika, że zagrożenie zalaniem tego terenu od początku było realne. Mimo to Okręgowy Urząd Górniczy w Krakowie zatwierdził plan likwidacji zakładu. Ciężko jest mi powiedzieć jednoznacznie, jak inaczej powinna wyglądać likwidacja zakładu górniczego. Mieszkańcy są bezradni. Jak ściany nasiąkną do półtora metra wodą, to muszę wyłączyć piec. Ten prąd i ta kotłownia jest najważniejszy, bo jest okres zimowy i jak wyłączę ten prąd, to muszę się wyprowadzić z domu. Zgodnie z raportem sprzed 12 lat, sama naprawa infrastruktury pochłonęłaby setki milionów złotych. Mieszkańcy Krakowa zbuntowali się przeciwko strefie czystego powietrza. Tylko w pierwszych kilku dniach dniach jej funkcjonowania zniszczonych lub skradzionych zostało około 20 tablic informujących o obszarze, po którym mogą poruszać się wyłącznie pojazdy spełniające odpowiednie normy emisji spalin. Sprawą zajęła się policja. Urzędnicy przekonują: każdy akt wandalizmu będzie ścigany. Ten znak dzieli mieszkańców Krakowa. W końcu ktoś się wziął za te blachosmrody, więc jestem jak najbardziej za. Według mnie to jest farmazon ta cała strefa czystego transportu. Działa w Krakowie od nowego roku. W mieście bunt. Przeciwnicy niszczą lub kradną znaki, jeden można było nawet kupić w internecie. Możliwa zamiana na solidne taczki, zgniłe pomidory czy jajka. Te formę protestu popierają internauci, choć jak sami piszą, nie zachęcają do takich działań. Urzędnicy zbulwersowani. Niszczenie mienia publicznego w ramach protestu jednak trochę wykracza poza to, co może być akceptowane. Bo taki jeden znak kosztuje około 600 złotych. A do tej pory skradziono lub uszkodzono ich około 20. Sprawą zajęła się policja. Sprawcy takiego niszczenia znaku lub kradzieży znaku może grozić areszt, grzywna lub ograniczenie wolności. Strefa czystego transportu zajmuje niemal 61% miasta. Żeby do niej wjechać, samochód musi spełniać konkretne normy emisji spalin lub mieć odpowiednią metrykę. W innym przypadku mandat wynosi 500 złotych. Samochody muszę powymieniać, bo nie wjadę. Ogólnie jest już problem, bo ludzie jeżdżą starymi autami, nikt nie chce kupować nowych. Ale jak słyszymy od przedstawicieli miasta, trzeba będzie. Te 3 lata to jest taki czas buforowy dla tych, którzy z różnych powodów nie byli w stanie wymienić swojego samochodu, a potrzebują wjechać do strefy. Do 2029 roku właściciele starych aut mogą jeszcze wjechać do strefy za opłatą, która dziś wynosi 2,50 zł za godzinę, 5 zł za dzień lub 100 zł za miesięczny abonament. Wjazdówki można kupić przez Internet lub w strefomatach. To jest ściąganie pieniędzy, nic poza tym, bo ten samochód nie będzie kopcił mniej tylko dlatego, że wrzucę do niego piątkę. Ale gdzieś kopcił będzie, czego obawiają się władze okolicznych miast. Przewidują, że samochody, które nie wjadą do Krakowa, będą parkowały u nich. Budowane z naszych podatków parkingi Park and Ride będą służyły dla mieszkańców gmin zewnętrznych i to mocno zewnętrznych, a nie dla naszych mieszkańców. Podstawą do wprowadzenia strefy w Krakowie była nowelizacja ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. 14 stycznia Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie będzie rozpatrywać skargi przeciwników strefy. Ja już państwu dziękuję. Czas na Pytanie dnia. W studiu są już Dorota Wysocka-Schnepf i jej gość, profesor Jacek Czaputowicz. Spokojnego wieczoru.