W kontakcie - prezydent i premier umawiają się na spotkanie ws. Ukrainy. Sprawa zamknięta? Spór wewnątrz rządu o śmieciówki. Będzie mroźnie - tej nocy może być nawet -20 stopni. Prawdopodobnie w piątek i z pewnością w cztery oczy. Premier i prezydent spotkają się, by porozmawiać o polskim udziale w procesie pokojowym w Ukrainie. Po paryskim spotkaniu chętnych wiadomo, że Polska w tym procesie odegra ważną rolę, i czas ustalić, kto i jak wykorzysta tu swoje kompetencje, by skutek był wspólny. Na razie miarą sukcesu jest to, że obaj panowie są w kontakcie. Pałac Prezydencki rzadko jest miejscem takiego powitania. Po kilku miesiącach od tej wizyty w tym tygodniu na spotkanie z Karolem Nawrockim przyjedzie Donald Tusk. Główne tematy: bezpieczeństwo i ustalenia koalicji chętnych w sprawie pomocy Ukrainie. Będę proponował, żebyśmy budowali pełną synergię i koordynację. To, co jestem w stanie załatwić dla Polski, dla Ukrainy, dla jej bezpieczeństwa i naszego bezpieczeństwa z Europejczykami, to robię. Premier chce, by w sprawie pomocy w osiągnięciu zawieszenia broni za naszą wschodnią granicą prezydent Nawrocki wykorzystał relacje z administracją USA. Polityka bezpieczeństwa i polityka zagraniczna Polski musi być jedna i powinna być ściśle koordynowana. I raczej powinniśmy wykorzystywać dobre relacje poszczególnych instytucji. Sytuacja polityczna, międzynarodowa wymaga tutaj bezpośredniej dyskusji i ustaleń pomiędzy dwoma najważniejszymi urzędnikami w państwie polskim. To duża zmiana w podejściu Pałacu Prezydenckiego do Kancelarii Premiera. Jeszcze 3 tygodnie temu szef rządu mówił, jak wyglądają próby podjęcia współpracy z Karolem Nawrockim w zakresie polityki zagranicznej. Od wielu tygodni nie ma właściwie żadnej reakcji, włącznie z nieodbieraniem telefonu. Rządzący przypominają, że prezydent nadal nie podpisał nominacji ambasadorskich. A kwestie bezpieczeństwa obaj politycy omawiali w cztery oczy 10 września, po ataku rosyjskich dronów na Polskę. Mimo to prezydencki minister przekonuje o otwartości Pałacu na KPRM. "Kiedy była sytuacja 10 września związana z atakiem dronów, Współpracy jednak nie było, tak jak i spotkań. W listopadzie prezydent zablokował nominacje oficerskie dla funkcjonariuszy ABW i SKW, bo oczekiwał bezpośredniego spotkania z szefami służb. Rządzący mówili wówczas wprost: Karol Nawrocki działa przeciwko bezpieczeństwu Polski. Musimy mówić jednym głosem, każda różnica powoduje, że strzelają korki od szampana na Kremlu, a my tego nie chcemy. Teraz politycy koalicji liczą na zmianę podejścia prezydenta. Choć łatwych rozmów nikt się nie spodziewa. Przyjął, że wetuje, że nie rozmawia, że kontestuje decyzje rządu. Mam nadzieję, że po tych 5 miesiącach zrozumiał, że to nic nie daje, wręcz odwrotnie, nie tyle jego osłabia, co Polskę osłabia. W PiS nastroje wobec spotkania prezydent-premier też raczej stonowane. Chemii między nimi nie ma, więc dużo się nie wydarzy. W przełom nie wierzą też Polacy. W sondażu dla WP ponad 80% odpowiedziało, że relacje Nawrocki-Tusk będą w tym roku złe. Spotkanie ma być więc także wyciągnięciem ręki premiera do prezydenta. Zwłaszcza że w przyszłym tygodniu do Pałacu mają przyjechać minister koordynator służb specjalnych i szef MON. Co może pomóc w odblokowaniu nominacji oficerskich w służbach. Może ktoś był winny, zamykamy ten temat. Bezpieczeństwo - priorytet, wyłączamy z bezpośredniego, codziennego sporu politycznego i mówimy: razem podajemy sobie ręce. To w interesie Polski i polskiej racji stanu. Spotkanie Nawrocki-Tusk ma być w piątek. Jak poinformował rzecznik rządu, na ten moment prezydent i premier nie planują oświadczeń bezpośrednio po rozmowie. Nawet UE oczekuje od Polski rezygnacji z umów śmieciowych, więc Ministerstwo Pracy przygotowało projekt. Tam, gdzie to oczywiste, śmieciówka miała być przekształcona w umowę o pracę, a kompetencje miałaby tu dostać Państwowa Inspekcja Pracy. Podjąłem decyzję, żeby nie kontynuować pracy nad tego typu reformą. Wstrzymanie reformy Państwowej Inspekcji Pracy ucieszyło PSL i zakłopotało Lewicę. W koalicji od początku był o to spór. Zdaniem ludowców projekt uderzał w przedsiębiorców. Lewica broniła praw pracowników. Dobra wiadomość. Bardzo cieszymy się, że ten szkodliwy, niebezpieczny projekt znalazł się w koszu. Pan premier powiedział, że jeżeli chodzi o rozwiązania w tym kształcie, to ich nie akceptuje, to będziemy rozmawiać o rozwiązaniach w innym kształcie. To ministra Agnieszka Dziemianowicz firmowała projekt. Skuteczne narzędzia walki z umowami śmieciowymi. Pozwalał on inspektorom pracy na zmianę umów o dzieło, zleceń czy B2B na umowy o pracę. W skrajnej wersji - bez pytania o zgodę pracodawcy i pracownika. Zdaniem premiera - zbyt łatwo. Przesadna władza dla urzędników, którzy będą decydowali o tym, jak się kto zatrudnia, byłaby bardzo destrukcyjna dla bardzo wielu firm i mogłaby także oznaczać utratę pracy dla wielu ludzi. Stąd decyzja o wstrzymaniu prac, którą poprzedziła burzliwa dyskusja na posiedzeniu rządu. W sposób bardzo twardy i z uzasadnionymi emocjami tłumaczyłem paniom i panom ministrom. Wątpliwości już kilka tygodni temu dyskutowano na komitecie stałym rady ministrów. Minister Maciej Berek tak mówił o koniecznych poprawkach. Nie będzie automatu. W drugim kroku ten inspektor, jeśli się nie zgodzi z tym, co te strony zrobiły, będzie mógł tę decyzję wydać, ale ta decyzja będzie zaskarżana do sądu. Pani ministra nie poprawiła go tak, jak oczekiwał premier? Tego nie wiem, bo kulis tych spotkań i rozmów nie znam, natomiast wiem, jaka jest procedura. To ostatecznie rząd podejmuje decyzje. Tego projektu rząd nie przyjął. Bardzo rzadko mi się to zdarza, ale w tym wypadku chyba zgadzam się z premierem Tuskiem. Równolegle do sporu politycznego toczył się spór na linii pracodawcy - środowiska pracowników. Mamy kilkaset tysięcy osób fizycznych, które współpracują w ramach prowadzonej działalności gospodarczej czy umowy cywilnoprawnej. Woli tych osób w projekcie ustawy w ogóle nie dostrzegano. My nie chcieliśmy i nie chcemy likwidować umów cywilnoprawnych, my nie chcemy niszczyć polskiej gospodarki. My chcemy mieć tylko narzędzie do walki z nadużyciami i patologiami, i nic więcej. Polska od dawna ma problem z umowami śmieciowymi, co wytykała nam Komisja Europejska. Według GUS prawie 1,5 miliona osób pracuje wyłącznie na umowę zlecenie. Reformę poszerzającą uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy rok temu wpisano do KPO. Brak realizacji tego kamienia milowego może oznaczać utratę 11 mld zł z Funduszu Odbudowy. Zmiany powinny wejść do maja tego roku. Rozmowy toczyły się, toczą się od wielu miesięcy, rozmowy będą kontynuowane. Umowy śmieciowe, ta patologia drążąca polski rynek pracy, muszą zostać zlikwidowane. Z naszych informacji wynika, że nad nową propozycją, którą zaakceptowałaby Komisja Europejska, będą pracować teraz ministry rodziny i funduszy. Żeby to nie urzędnik jednoosobowo mógł decydować, i w tym zakresie tutaj jest jasność. Każde inne rozwiązanie będzie mogło być wypracowywane. Szef Lewicy o zmianach w PIP będzie rozmawiał z premierem. Do spotkania dojdzie w tym tygodniu. Jak słyszymy, rozmowy mają dotyczyć także zmian w Trybunale Konstytucyjnym. O tym także w "Bez trybu" Justyny Dobrosz-Oracz o 20.15 w TVP Info. A co jeszcze w 19.30? Tragedia na warszawskim Mokotowie - nie żyje niemowlę. Zmarło śmiercią naturalną. Podniesione głosy, wymiana zdań, krzyki nie były wynikiem awantury, tylko paniki. Sami się dowiedzieliśmy z mediów. To jest trauma na całe życie. Ofiar takiej tragedii jest więcej. Zima stulecia to to nie jest, ale od prawdziwej trochę odwykliśmy, więc gdy postanowiła przypomnieć, jak wygląda, od alertów żółto i czerwono. Odwołane lekcje w szkołach, nie przejezdne drogi i smog, który znów się rozpanoszył, bo ekologia zmarzła i się nie wychyla zza kopciucha na miał węglowy. Jak wygląda Polska cała na biało? Ekipy odśnieżające w Mławie od kilku dni uwijają się jak w ukropie. Jednak trudno mówić o ukropie, jeśli na termometrach o poranku -17 stopni. W jednym z najzimniejszych dziś miast w Polsce nikt rąk nie załamuje. Czasami nawet po 12 godzin się robi w tej chwili. Lepszy mróz niż by deszcz miał padać. Zimę mamy, tak że nie przeskoczymy pewnych rzeczy. Podobnie uznały władze Nidzicy. Miasto i okolice pod śniegiem i w okowach mrozu. Dlatego odwołano lekcje w tym zespole szkół ogólnokształcących. Ponad 30% naszych uczniów dojeżdża do szkół i nie mieliśmy pewności, że oni dotrą do tych szkół. Trudne warunki drogowe też na Podkarpaciu. To ich efekt. W Rymanowie furgonetka wypadła z trasy po zderzeniu z ciężarówką. Rozbity TIR stanął w poprzek krajowej 28. Warunki na drogach są bardzo trudne, przyznają kierowcy. Śnieg leży, ale pod spodem jest lód, naślizgane. Trzeba uważać, opony zimowe przede wszystkim, i trzeba być uważnym. W regionie spadło kilkadziesiąt cm śniegu. Od świtu w jego usuwaniu pomagają drogowcy. Nie brakuje też inicjatyw oddolnych. A zima prędko nie odpuści. Wschodnia część Podkarpacia i Lubelszczyzny objęta jest alertami synoptyków. Śnieg sypać będzie do jutrzejszego popołudnia. Północna i centralna część kraju z ostrzeżeniami przed silnym mrozem. A silny mróz to też intensywne ogrzewanie domów. To widać na tej mapie jakości powietrza. Szczególnie nad ranem w wielu regionach była fatalna. Powodem tzw. kopciuchy. Skutki opłakane dla naszego zdrowia. Dlaczego w porównaniu z krajami, które mają czystsze powietrze, mamy więcej zaostrzeń chorób układu oddechowego, układu krążenia, więcej chorób neurodegeneracyjnych? Piecyki często są też przyczyną pożarów. Minionej doby było ich niemal 250, z czego ponad połowa w domach lub mieszkaniach. Ostatniej doby mieliśmy aż 3 ofiary śmiertelne, 2 w województwie lubuskim, jedna w zachodniopomorskim. Zima zaatakowała nie tylko w Polsce. We Francji śnieg sparaliżował ruch lotniczy. Kierowcy mają duże problemy z przejechaniem ulicami Paryża. Nie zdarzyło się to od, nie wiem, 2008, a może od 2009 roku. Śnieg tak obfity jak dzisiaj to naprawdę bardzo rzadkie. Paraliż też w Holandii. Na lotnisku w Amsterdamie odwołano kilkaset lotów. Niemal całkowicie wstrzymano ruch kolejowy, problemy też na drogach - nie ma jak wydostać się z kraju. Ludzie śpią tutaj na lotnisku, dla wielu osób to wielka katastrofa. Wiele holenderskich szkół i uczelni odwołało zajęcia. Z powodu ataku zimy lekcji nie ma też w setkach szkół w Wielkiej Brytanii. Szczyty, posiedzenia, rozmowy. Ukraina od lat albo bierze udział, albo wsłuchuje się w debaty o swojej przyszłości. Rozpina swoje miejsce na nadzieję między salami konferencyjnymi a polem bitwy, więc na każde ustalenia patrzy jak na propozycję, bo już nie jedną zagłuszyły salwy rosyjskiej artylerii. Co Ukraińcy mówią po paryskim szczycie? 5 najważniejszych punktów deklaracji paryskiej ws. Ukrainy to właśnie międzynarodowe siły złożone m.in. z żołnierzy Francji oraz Wielkiej Brytanii. Kontynuacja wsparcia dla sił zbrojnych Ukrainy obejmująca dostawy broni oraz pomoc w budowie fortyfikacji. Prawnie wiążące zobowiązanie do interwencji sojuszników Ukrainy w przypadku ponownej agresji Rosji w przyszłości, a także rozwijanie współpracy militarnej z Ukrainą krajów partnerskich, czyli szkolenia, wspólna produkcja broni czy współpraca wywiadowcza. Czy plany na przyszłość są z punktu widzenia Ukrainy wystarczające? O tym mówił prezydent Wołodymyr Zełenski. Mamy deklarację, więc to ogromny krok do przodu, bo jeszcze rok temu nawet nie mogliśmy o tym marzyć. Oczywiście to nie koniec, bo jeszcze będziemy mieli dokumenty świadczące o wsparciu partnerów i Parlamentu Europejskiego. Mamy też wciąż bardzo dobry dialog ze stroną amerykańską, za co bardzo dziękuję. W tej chwili mamy 90% kwestii gotowych i każdego dnia jesteśmy bliżej porozumienia. Czy to wystarczająco? Nie. Koniec będzie wtedy, kiedy wojna ustanie. Ważnym punktem deklaracji paryskiej są ustalenia, że po osiągnięciu porozumienia to USA powinny monitorować osiągnięty pokój, a także interweniować w przypadku rosyjskiej agresji. Prezydent nie wycofuje się ze swoich zobowiązań wobec Ukrainy i na rzecz porozumienia pokojowego. Będziemy stać u boku Ukraińców, pomagając im dojść do ostatecznego pokoju. Jestem przekonany, że nam się to uda. Chciałoby się wierzyć, że do pokoju w Ukrainie coraz bliżej, ale na razie prezydent Zełenski ze spotkania na Cyprze wróci na wojnę. Być może Grenlandia nie jest na sprzedaż, ale jest potrzebna Donaldowi Trumpowi jako element bezpieczeństwa narodowego, więc temat wraca. Nie ma jednolitego komunikatu z Białego Domu, bo sygnały o wariancie siłowym są wygładzane komunikatem o ewentualnym kupnie wyspy, ale mieszkańców to nie uspokaja. Casus Wenezueli pokazuje, że prawo międzynarodowe bywa odrobiną atramentu. Co jeszcze może się przydać panu Trumpowi? Proste pytanie: Dlaczego Grenlandia nie może pozostać Grenlandią? Szczera odpowiedź: Potrzebujemy Grenlandii z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego. I sprzeczne komunikaty z Białego Domu. To oświadczenie rzeczniczki Białego Domu dla Polskiego Radia 24. Bo jak przekonuje Waszyngton, przejęcie Grenlandii to obecnie amerykański priorytet, w dodatku o kluczowym znaczeniu dla powstrzymania przeciwników w regionie Arktyki. Czyli Rosji i Chin, których okręty są obecne na wodach wokół wyspy. Moim zdaniem nie ma scenariusza, w którym USA mogłyby naruszyć suwerenność Danii. Jest za to inny. Na łamach amerykańskiej prasy czytamy, że podczas zamkniętego spotkania z kierownictwem Kongresu Marco Rubio zapewniał, że celem administracji Trumpa jest kupno Grenlandii, a nie jej militarny podbój. Nastrojów to jednak nie uspokoiło. Rośnie poczucie niepokoju. To poważna sprawa, a nie tylko science fiction. To może się wydarzyć. Bo choć grenlandzka posłanka do duńskiego parlamentu zapewnia: Grenlandia nigdy nie była i nigdy nie będzie na sprzedaż. To mieszkańcy wyspy zadają sobie pytanie: czy Donald Trump może zrobić z ich wyspą to, co zrobił w Wenezueli? Nagle wszystko osiągnęło zupełnie inny poziom. Trump robi, co mu się podoba, co uważam za dość niepokojące. Wydarzenia w Wenezueli zmieniły też podejście premierki Danii, która rok temu śmiała się, referując w parlamencie żądania Trumpa. Należy traktować poważnie prezydenta, gdy mówi, że chce Grenlandii, ale wierzę też w demokrację i zasady międzynarodowe - granic nie zmienia się siłą. Stanowcze "nie" dla planów Trumpa mówią też inni europejscy liderzy. I dodają: to, do kogo należy Grenlandia, zależy wyłącznie od jej mieszkańców oraz Danii. Polska dodatkowo studzi emocje. Grenlandia jest częścią Danii i tak pozostanie. Ja mam do tego spokojny stosunek jako historyk, bo widziałem, a właściwie czytałem, o dwóch przypadkach wcześniej, kiedy takie negocjacje podejmowano i skończyło się niczym. Ale w rozmowach z Europą Donald Trump ma kartę przetargową: gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. I może chcieć jej użyć w zamian za wycofanie jej sprzeciwu wobec oderwania Grenlandii od Kopenhagi. Między juliańskim a gregoriańskim kalendarzem chrześcijaństwo rozpięło 13 dni różnicy w świętowaniu. Reforma papieża Grzegorza XIII z 16. wieku nie wszędzie się przyjęła i w niektórych Kościołach wschodnich dziś Rożdiestwo Christowo, a więc Boże Narodzenie. W nocy wierni udali się do cerkwi na uroczyste jutrznie i liturgie. W Kościele prawosławnym nie ma zwyczaju budowania szopek. W centralnej części świątyni ustawiana jest ikona przedstawiająca scenę narodzenia Chrystusa oraz krzyż. Pierwszy dzień Bożego Narodzenia jest poświęcony narodzeniu Jezusa Chrystusa, drugi - Najświętszej Maryi Pannie, a trzeci - pierwszemu męczenników św. Stefanowi. To także czas rodzinnych spotkań, dzielenia się prosforą, wspólnego świętowania i kolędowania. Prawosławie jest drugim co do liczby wiernych wyznaniem w Polsce. Tragedia w mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Policję wezwali sąsiedzi, bo za ścianą słyszeli awanturę. Na wezwania nikt nie odpowiadał, więc policja weszła do mieszkania siłą i pewnie byłaby to interwencja, jakich wiele, ale poza dwojgiem dorosłych funkcjonariusze odkryli martwe niemowlę. Chłopiec miał około 7 miesięcy, zmarł nagle z przyczyn naturalnych, a w całej historii było więcej krzywdzących domysłów niż faktów. Rodzinny dramat i ból po stracie 7-miesięcznego dziecka. Jak potwierdziła prokuratura, przyczyną zgonu było nagłe ustanie funkcji życiowych, do którego doszło z przyczyn naturalnych. Biegły stwierdził również, zaobserwował wrodzoną wadę mózgu, która mogła być odpowiedzialna za takie nagłe ustanie funkcji życiowych u tego dziecka. Zanim jednak swoje ustalenia przedstawili biegli, historia z warszawskiego Mokotowa stała się przedmiotem spekulacji i nieuprawnionych ocen. Krzyki, które zaalarmowały sąsiadów, nie były wynikiem kłótni, a paniczną reakcją rodziców, którzy odkryli, że ich dziecko nie żyje. Szybkie wezwanie służb ratunkowych było zachowaniem prawidłowym i właściwym. Od godziny 1.00 chyba stały samochody, rzucały niebieskie światła do mieszkań wszystkich, była karetka pogotowia. To w nocy się stało, o 1.00. Straż, policja itd. Ta sprawa pokazuje również, jak ważne jest powstrzymanie się od ocen i ferowania wyroków do czasu zakończenia czynności procesowych. Sąsiedzi, którzy wezwali pomoc, zachowali się odpowiedzialnie, reagując na niepokojące sygnały. Ja jestem w szoku. Nie wiemy, co się stało, pani zawsze wychodziła na spacery z dzieckiem. Dzień dobry, normalna rozmowa, a tu szok. Zaskoczenie jest, nie wiem, jak to wszystko wyglądało. Prokuratura rejonowa przesłuchała ojca dziecka. Matka z uwagi na silny wstrząs psychiczny nie była w stanie złożyć zeznań. Prokuratura okręgowa poinformowała, że nie ma żadnych podstaw, by łączyć rodziców ze śmiercią dziecka. Wcześniejsza informacja o tym, że byli pod wpływem alkoholu, uruchomiła jednak falę domysłów i uproszczeń. To sprawa, która przypomina, jak łatwo ulec niepełnym informacjom i jak wysoką cenę mogą za to zapłacić osoby dotknięte tragedią. Prokuratura prowadzi śledztwo w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci standardowo. To standardowa procedura, która ma wykluczyć wszelkie wątpliwości. Dowódca oddziału prewencji policji z Piaseczna usłyszał zarzut zgwałcenia i zmuszenia do poddania się innej czynności seksualnej młodej funkcjonariuszki. Został aresztowany. Komendant stołeczny natychmiast po uzyskaniu informacji o sytuacji zaistniałej w oddziale prewencji policji w Warszawie podjął decyzję o natychmiastowym skierowaniu na miejsce policjantów z wydziału kontroli Komendy Stołecznej Policji. Nie chcemy w tym momencie upubliczniać, jaki był rzeczywisty przebieg, nie jest to przede wszystkim w interesie pokrzywdzonej, nie jest to w interesie toku tego postępowania. Natomiast w pierwszej kolejności chcę zwrócić uwagę, że konieczne jest przesłuchanie jeszcze wielu świadków, którzy m.in. interweniowali, którzy m.in. ze słyszenia zostali później poinformowani o przebiegu. Ma 34 lata i buszuje w sieci na tyle sprawnie, by na oszustwach zarobić kilkanaście tysięcy złotych. Niby nie fortuna, ale naciągnąć udało mu się jedną z największych i teoretycznie najlepiej chronionych spółek energetycznych w Polsce, więc strach pomyśleć, co by było, gdyby postanowił zmienić skalę. Jeśli to jest wyścig na wiedzę i technologię, to kto w nim wygrywa i czy wszyscy trenują jak trzeba? 34-letni mieszkaniec Szczecina w rękach policji. W nieuprawniony sposób pozyskał dane klientów jednej z większych spółek energetycznych naszego kraju. Dysponując tymi danymi, logował się na konta tych klientów. Nadpłaty klientów przelewał na konta założone w bankach na tzw. słupy. Zarobił w ten sposób kilkanaście tysięcy złotych. Nie jest to spektakularna kwota, ale sprawa dotyczy Tauronu - drugiej największej spółki energetycznej w Polsce. Doszło do pewnej formy, próby zalogowania się, niestety częściowo udanej. Natomiast rozwiązaliśmy tę sprawę natychmiast i oczywiście środki wpłynęły na konta klientów. Mężczyzna usłyszał dwa zarzuty: oszustwa komputerowego i nieuprawnionego dostępu do informacji. Grozi mu do 5 lat więzienia. Zdarzenie, mimo że dotyczyło ingerencji w systemy strategicznego operatora, nie miało cech ataku hybrydowego - ocenia pentester, ekspert na co dzień testujący zabezpieczenia informatyczne. Bazując na tych informacjach, nie zdaje się, żeby to był motyw poważniejszy, sabotażowy czy też noszący znamiona zaangażowania jakiegoś państwa. Bezpieczeństwo dostaw energii nie zostało naruszone. Ale każdy taki włam, nawet zwykły, złodziejski, to sygnał, że zabezpieczenia znów należy wzmocnić. Trzeba zrobić analizę incydentu, zrozumieć, co się stało, i poprawić zabezpieczenia w obszarach, w których to zawiodło. Zawiodła ochrona danych klientów. Nie pierwszy raz. 5 lat temu wykradziono dane klientów Tauronu. Nie z samej spółki, a z firmy partnerskiej. Państwo inwestuje spore środki, żeby proces cyberbezpieczeństwa, proces obronny stale wzmacniać, i mając na uwadze właśnie to, że to jest proces, a nie stan. To znaczy, że wczoraj mogliśmy być bezpieczni, a dzisiaj mógł pojawić się nowy wektor ataku. To też biorą pod uwagę rządzący. Będziemy w roku 2026, roku przyśpieszenia, więcej w to inwestowali. Minister cyfryzacji zapowiada wielomilionowe inwestycje na bezpieczeństwo najbardziej wrażliwych sektorów. Bo liczba cyberataków lawinowo wzrosła. W 2025 roku było ich ponad 230 tys. 100% więcej niż w roku 2024. Taka wielkość incydentów i ataków m.in. na sektor energetyczny, wody i kanalizację, które dzisiaj są w ekosystemie infrastruktury krytycznej najbardziej atakowane. Zapewnianie cyberbezpieczeństwa to proces ciągły. Wdrażamy nowe zabezpieczenia, ale prowadzimy też audyty tych istniejących. Kolejna lekcja odrobiona. Do kardiologa z pierwszą wizytą, na badania cytologiczne i mammografię - takie medyczne usługi od stycznia dostępne po rejestracji w sieci. Nie trzeba dzwonić, ani fatygować się do przychodni, przyda się aplikacja Indywidualnego Konta Pacjenta. Są oczywiście bariery, bo nie wszyscy są wystarczająco biegli cyfrowo, ale ponad 30% placówek NFZ już ma taką ofertę, a katalog świadczeń będzie się zwiększał. Długie kolejki po numerek w przychodni albo równie długie oczekiwanie na infolinii to zmora polskich pacjentów. Od stycznia ma być łatwiej. Na część wizyt już można umówić się przez Internetowe Konto Pacjenta lub aplikację Moje IKP. Mam czas tylko po pracy we wtorki, między 17.00 a 18.00, proszę, e-rejestracjo, znajdź mi wolne terminy, i ona znajdzie, a jeśli nie znajdzie, to zapisze nas do poczekalni. System wprowadza jedną, centralną kolejkę, co pozwala szybciej znaleźć wolny termin. Aktualnie w systemie jest ponad 30 tys. wolnych terminów do kardiologa, dwukrotnie więcej na cytologię. Np. w jednej placówce kolejka jest na 2-3 tygodnie do przodu, w innej krótsza, pacjenci, mając tę wiedzę, będą się zapisywali tam, gdzie jest krócej. Zapisy w nowej formule są już możliwe na pierwszą wizytę do kardiologa oraz na mammografię i cytologię. To może ułatwi dostęp. Myślę, że młodzi ludzie przeskoczą na system online, a starsi tradycyjnie. Eksperci przyznają, że e-rejestracja to szansa na skrócenie kolejek, ale przede wszystkim zwiększenie zainteresowania badaniami profilaktycznymi. A tu dane są fatalne: tylko 1 na 3 Polki zgłasza się na mammografię, na cytologię jeszcze mniej. To jest narzędzie, ale nie jest to magiczna pigułka, która uzdrowi system. W Narodowym Instytucie Onkologii system w ramach pilotażu działa już od lipca. Widzimy, że coraz więcej pań zapisuje się na mammografię, wierzymy, że podobnie będzie z cytologią. Justyna Szylman przyznaje, że to motywuje do umówienia wizyty. Sama dzięki e-rejestracji zgłosiła się na mammografię. Oszczędzenie czasu, ale w dwie strony, bo nawet odwołanie wizyty jest łatwiejsze. Wkrótce ma być jeszcze prościej, bo w umówieniu wizyty ma pomóc tzw. voicebot, który będzie przypominał m.in. o umówionym terminie wizyty. Voicebot wie, jakie terminy są wolne, aktualizuje to na bieżąco, osoba może być na nią automatycznie wpisana. Do systemu przystąpiła do tej pory 1/3 placówek. Pozostałe mają na to czas do czerwca. Lekarze dodają, że tradycyjne metody zapisu zostają, zwłaszcza z myślą o seniorach. My rejestrujemy i osobiście, i telefonicznie, tak że proszę się nie obawiać. Od sierpnia system e-rejestracji obejmie kolejne specjalizacje, m.in. zapisy do endokrynologa, neonatologa i pulmonologa. W "Pytaniu dnia" u Doroty Wysockiej-Schnepf Daniel Olbrychski. A ja dziękuję za uwagę, do zobaczenia.