Polska na drodze ni¼u - ¦ciana deszczu i rzeki jak rw@ce potoki. Iga Świątek zagra w półfinale na trawiastych kortach Wimbledonu. Jest zgoda na odstrzał trzech bieszczadzkich niedźwiedzi. Niż genueński - nad Polską. A razem z nim ściana deszczu niemal w całym kraju. Lokalnie burze, zagrożenie podtopieniami i wezbraniem rzek. Prognozy zagrożeń hydrologicznych nadal nie wyglądają dobrze, co widać. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji zwołano sztab kryzysowy, podczas którego premier przestrzegał przed zbytnim optymizmem, przypominając słowa przed ubiegłoroczną powodzią. Mówiono wtedy o niezbyt alarmujących prognozach. A jak niż genueński wpływa na pogodę w Polsce? Spokojne dotychczas rzeki zamieniły się w rwące potoki. Przekroczone stany ostrzegawcze i lokalne podtopienia to obraz ostatnich godzin na południu kraju. Niż genueński dał się we znaki szczególnie w Tatrach. W Witowie woda odcięła drogę turystom i mieszkańcom do Doliny Lejowej. Jeżeli chodzi o drożność, żeby samochody osobowe mogły przejeżdżać, to teraz nie zostanie to zrobione, bo wymiar szkód jest dość duży i na pewno wymaga to pewnej pracy. W Poroninie woda wdarła się do piwnic. Na pomoc ruszyli strażacy. Woda została wypompowana, teraz trwa sprzątanie i szacowanie szkód. W wielu miejscach w Polsce to była nieprzespana noc. Walka z czasem, praca w pocie czoła i kilka tysięcy zaangażowanych mundurowych z ochotniczych i państwowych straży pożarnych. Ułożyliśmy worki oraz zapory przeciwpowodziowe na wałach. Prewencja. Przygotowujemy się na najgorsze. Tutaj rzeki nie przekroczyły stanów alarmowych, ale prognozy dalszych silnych opadów deszczu nie pozwalają odetchnąć służbom ani mieszkańcom. Ja jestem tu od 4:00, pracuję od 4:00 społecznie. Na obszarach zagrożonych nawałnicami i silnym deszczem zarządzono ewakuację obozów harcerskich. Przeprowadzono niemal sto takich akcji. Wcześniej wytłumaczyliśmy dzieciom, że może dojść do ewakuacji, więc wytłumaczyliśmy, jak mają postępować, z kim mają iść, z jakimi opiekunami, jak mają się poruszać, więc nie było paniki. Panice ma zapobiec też koordynacja działań służb. Dziś rano podczas posiedzenia Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego wojewodowie z całego kraju zdawali premierowi raport o bieżącej sytuacji. Jedyną zasadą, jaką będziemy się dzisiaj kierowali, to zasada: mądry Polak przed szkodą. Mamy wszelkie szanse dzięki pełnej mobilizacji, wiedzy, żeby zapobiec negatywnym konsekwencjom tych gwałtownych opadów. Synoptycy wydali ostrzeżenia hydrologiczne dla całej zachodniej Polski, ale na najtrudniejszą sytuację muszą się przygotować mieszkańcy Małopolski i świętokrzyskiego. Opady będą intensywne, a to grozi przekroczeniem stanów alarmowych na rzekach. Na potężne ulewy przygotowuje się też Mazowsze, Lubelszczyzna i Podlasie. Tam tym intensywnym opadom deszczu mogą towarzyszyć zjawiska burzowe, zjawiska konwekcyjne. W tych obszarach może występować stosunkowo duże zagrożenie powodziowe. Dlatego służby apelują o to, by nie ignorować alertów RCB, śledzić komunikaty publikowane w mediach lub przez aplikację Regionalnego Systemu Ostrzegania. Oni patrzą w niebo ze szczególnym niepokojem. Bo rok temu przez ich domy przeszła powódź. Ślady ciągle są widoczne, a zniszczenia, które przyniosła wielka woda, nadal wielkim wysiłkiem i dużym kosztem są mozolnie usuwane. Mieszkańcy Dolnego Śląska mają nadzieję, że ubiegłoroczny kataklizm się nie powtórzy, a prognozy tym razem się sprawdzą. Ja tu nie przyjechałam państwa uspokajać, tylko przyjechałam państwa poinformować, że musimy mieć gotowość. Gotowość to tutaj słowo powtarzane od wielu godzin jak mantra. Miejsce - tama w Stroniu Śląskim. Jej uszkodzenie miało we wrześniu zeszłego roku katastrofalne skutki, na które ani służby, ani mieszkańcy gotowi nie byli. Musimy szczególnie być przygotowani i postępować zupełnie inaczej niż we wrześniu 2024 roku ze względu na to, że ta infrastruktura jest wrażliwa. Tama została zabezpieczona, ale pojemność zbiornika zmniejszyła się siedmiokrotnie. Jeśli opady będą się nasilać, może to oznaczać podtopienia. Może być tak, że dopływ będzie na tyle duży, że woda będzie się tym przelewem przelewać. I może się oczywiście nie zmieścić w korycie. To czarny scenariusz, którego prawdopodobieństwo dziś było niewielkie, ale po ubiegłorocznych doświadczeniach służby nie bagatelizują nawet teoretycznego ryzyka. Mieszkańcy znów z niepokojem patrzą w niebo. Patrzymy, oczywiście, że patrzymy, udało się trochę zrobić, ale wiadomo, że zniszczenia są bardzo duże, więc to tak szybko też nie pójdzie. Codziennie zaglądamy, chodzimy do miasta na zakupy, każdy patrzy w rzekę. Duża część powodzian podobnie jak pani Beata Korczala po kilku miesiącach suszenia murów dopiero remontuje swoje domy. Mam nadzieję, że pogoda dopisze i te prace pójdą troszeczkę żwawiej. Dotychczasowa praca służb polegała między innymi na uregulowaniu zniszczonych koryt rzek czy odbudowie wałów przeciwpowodziowych. Jeśli chodzi o tempo prac, to ono jest bardzo duże. Doktor Marcin Wdowikowski z Politechniki Wrocławskiej zauważa, że przed nami najtrudniejsze kwestie związane między innymi z budową nowych zbiorników. Być może będzie się to też wiązało z tym, że będziemy musieli podjąć decyzję jako społeczeństwo, że część miejscowości będzie musiała zostać przeniesionych. Dziś służby apelują, żeby mieszkańcy śledzili na bieżąco komunikaty i byli gotowi na różne scenariusze. Kiedy będą mogli spać spokojniej? Wszystkie prace, które pozwolą odbudować i powrócić do tego stanu sprzed powodzi, i dodatkowo wzmocnić, szacunkowo potrwają do 2030 roku. Nie tylko w Polsce pogoda jest tematem nr 1. Po ekstremalnych upałach przez wiele części Europy przeszły gwałtowne burze, a groźne pożary dają się we znaki m.in. we Francji, gdzie żywioł zakłócił m.in. ruch na lotnisku i na autostradach. W hiszpańskiej Katalonii płoną lasy, a wielu ludzi musiało zostać ewakuowanych. Ostrzeżenia przed pożarami wprowadzono też m.in. W Grecji. Niemal tysiąc strażaków przez ostatnią dobę walczyło, by ten wielki pożar nie wdarł się w głąb Marsylii, drugiego co do wielkości miasta Francji. Mieliśmy już tak duże pożary, ale nigdy ogień nie rozprzestrzeniał się tak szybko. To prawdziwy szok. Widzieliśmy ptaki lecące w płomieniach. Ogień podsycany przez silny wiatr skokowo przenosił się o setki metrów. W szczytowym momencie nawet o kilometr na minutę. Strawił około 750 hektarów. Walczyłem z płomieniami, dopóki mogłem, ale musiałem uciekać. Takich osób jak Djamel było ponad 400. Do ostatniej chwili próbowali ratować swoje domy. Gdy dziś władze pozwoliły im wrócić, część została tylko popiół i zgliszcza. W sumie spłonęło 70 domostw. W odwrotnej sytuacji byli mieszkańcy 16. dzielnicy. Ci mogli opuścić domy dopiero dziś. Służby zakazały im przemieszczania się z powodu gęstego dymu i z obawy o blokadę dróg. Mamy za sobą długą noc, ale dziś pożar wyraźnie ustępuje. Oczywiście pozostajemy czujni. Choć ogień został w znacznej mierze opanowany, sytuacja w mieście wciąż nie wróciła do normy. Nie działa wiele sklepów. Niektóre drogi są zamknięte. Kursuje tylko część pociągów regionalnych, a marsylskie lotnisko zawiesiło część połączeń. Wczoraj było całkowicie zamknięte. Służby ostrzegają: to lato będzie wyjątkowo niebezpieczne. Sezon pożarów na południu rozpoczął się wyjątkowo wcześnie, bo czerwiec był rekordowo upalny i suchy. Karalne jest więc grillowanie i palenie papierosów w okolicach drzew i lasów, bo nawet najmniejsza iskra grozi wybuchem wielkiego pożaru. Przyczyną tego w Marsylii mógł być pojazd, który zapalił się na autostradzie. Tego koło Narbonne blisko hiszpańskiej granicy - prawdopodobnie niedopałek papierosa. Tu ogień wciąż nie jest pod kontrolą. Płomienie miały 50 metrów wysokości. To było piekło. Niebo było czarne i czerwone. Wszędzie spadał popiół. To jak apokalipsa. Z powodu pożaru zamknięto kluczową autostradę łączącą Francję z Hiszpanią. Tam żywioł od kilku dni pustoszy Katalonię. Kilka tysięcy mieszkańców wciąż objętych jest zakazem poruszania się. Jest dużo strachu i dużo płaczu, Bo pożar jest tuż obok. Zeszłej nocy z powodu wiatru, ognia i dymu nie mogliśmy opuścić domu. To straszne. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Z pożarami walczą także Bułgaria, Grecja, Macedonia i Turcja. Koalicja jest stabilna, a wyjaśnienia i deklaracje Szymona Hołowni po jego spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim w mieszkaniu Adama Bielana są wystarczające. Takie wnioski między innymi płyną po wieczornym spotkaniu liderów koalicji tworzącej rząd. Czy to zamyka sprawę? O tym za chwilę. Wiadomo już, że szczegóły zapowiadanej rekonstrukcji rządu poznamy z opóźnieniem, 22 lipca. Wbrew zapowiedziom to nie było ostatnie spotkanie przed rekonstrukcją rządu. Ogłoszenie jej szczegółów przełożono o tydzień, na 22 lipca. Na wniosek pana marszałka Hołowni, motywował to koniecznością uporządkowania różnych spraw, które ma w swoim środowisku. Według pana te emocje już opadły? Temat został wyjaśniony i nie ma sensu do niego wracać. Przekonują dziś politycy Polski 2050, ale to nocne spotkanie już odchudziło klub. Na razie o minus jeden. Robię to z bardzo ciężkim sercem. Z perspektywą na minus dwa. Tomasz Zimoch po tym, jak skrytykował Szymona Hołownię, został zawieszony. Teraz pisze tak. Po tym, jak Izabela Bondar jako pierwsza złożyła rezygnację, na profilu Polski 2050 pojawił się wpis sugerujący, że powodem nie było to spotkanie, lecz partyjne ultimatum. Ale w partii nie wszyscy się z tym zgadzają. Ja bym tego nie napisał, nie udostępniłem go, nie utożsamiam się. Nie jest to coś, pod czym bym się podpisała. I to mówię szczerze. Ryszard Petru, który wcześniej o nocnym spotkaniu Szymona Hołowni mówił tak: byłem wstrząśnięty tym, że marszałek Sejmu tam był, dziś zamieścił taki wpis. Dopytywany dziś nie potwierdza żadnego transferu. Podobnie jak ten polityk. Ktoś z Polski 2050 już pukał do drzwi Koalicji Obywatelskiej? Żadnych odgłosów pukania nie słyszałem. Akurat pukania. To wszystko w trakcie dopinania rekonstrukcji rządu, podczas którego Polska 2050 gra wysoko. Będziemy też walczyć o stanowisko wicepremiera. Dla Polski 2050. To wymagałoby jednak zmiany umowy koalicyjnej, w której jest zapis tylko o dwóch wicepremierach, z PSL-u i Lewicy. Nie ma w tej chwili mowy o zmianie umowy koalicyjnej i nie będzie. Pod znakiem zapytania także sprawa mieszkalnictwa. Oczywiście, że jest to nasz temat. Ale nie tylko Polska 2050 tak twierdzi. Wiele wskazuje na to, że to właśnie ten fachowiec z Lewicy będzie go nadzorować. Minister Lewandowski to bardzo kompetentny fachowiec i dzisiaj walczymy o to, aby to on odpowiadał za tę działkę mieszkalnictwa. Jako wiceminister gospodarki, jednego z dwóch planowanych superresortów. Kolejny ma się zajmować energetyką i przejąć część kompetencji czterech ministerstw. Jest to skuteczne działanie, które pokazuje nasz kierunek, bezpieczeństwo energetyczne, bezpieczeństwo gospodarcze, to są dla nas absolutne priorytety. Zanim premier ogłosi szczegóły rekonstrukcji, jeszcze raz dojdzie do takiego spotkania liderów. Po tym wczorajszym. O stabilność koalicji jestem bardzo spokojny. Przekaz jest jeden. To efekt deklaracji i wyjaśnień złożonych wczoraj przez Szymona Hołownię. Kulisy spotkania dziś w programie Bez Trybu. Tajemnicą jest, ile mamy w Polsce amunicji, ale wiadomo oficjalnie, że będzie jej więcej, a produkcja będzie odbywać się w naszych zakładach. Polska Grupa Zbrojeniowa przy wsparciu Ministerstwa Aktywów Państwowych i Funduszy Inwestycji Kapitałowych zapowiada zwiększenie produkcji. Nowe linie i połączone siły w ramach zakładów. O zwrocie ku amunicyjnej niezależności. Armatohaubica Krab. Produkowana w Polsce, wysoko oceniana przez wojskowych. Ale bez takich wielkokalibrowych pocisków to tylko pojazd. Zapasy amunicji polskiej armii są tajne. Jawne są za to możliwości produkcyjne. W 2022 roku Polska Grupa Zbrojeniowa była w stanie w ciągu roku wyprodukować około 5-6 tysięcy pocisków artyleryjskich 155 mm. Tamte liczby były zatrważające. Mówi minister obrony narodowej. Ale to problem całej Europy i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Rosja produkuje 3 razy więcej amunicji w ciągu trzech miesięcy niż całe NATO w ciągu roku. Przyznał podczas ostatniego szczytu w Hadze sekretarz generalny NATO. Europejskie fabryki amunicji przez lata stały niemal bezczynnie. W Polsce produkcja ma ruszyć z kopyta. To jest niezwykle ważny dzień. Polska Grupa Zbrojeniowa dostała niemal 2,5 miliarda złotych na rozwój krajowych fabryk pocisków. Mamy dobre firmy, mamy wspaniałych naukowców, będziemy jednym z największych producentów zbrojeń w Europie i na świecie. Filarem mają być istniejące zakłady w Bydgoszczy, Nowej Dębie, Jaśle i Skarżysku Kamiennej. To one dostaną pieniądze na nowe hale, magazyny, maszyny i linie produkcyjne. Dzięki temu powstaną trzy nowe fabryki amunicji. Jedną z fabryk Mesko zbuduje w Kraśniku, na Lubelszczyźnie. Cel jest jasny. Zapełnić magazyny Wojska Polskiego i uniezależnić się produkcyjnie w zakresie technologii pocisku 155. Za 3 lata Polska Grupa Zbrojeniowa chce ich produkować do 180 tysięcy rocznie. Jednak w warunkach wojennych zapotrzebowanie na taką amunicję jest ogromne. Broniąca się przed rosyjskimi atakami Ukraina zużywa do 10 tysięcy pocisków w ciągu doby. Ta produkcja w trzech lokalizacjach trzech fabryk amunicji PGZ nie wystarczy na potrzeby polskiej armii. Dlatego konieczna jest współpraca z polskimi firmami prywatnymi. Jedna z nich buduje fabrykę amunicji w Niewiadowie, w Łódzkiem. Za 2 lata chce produkować tyle pocisków co Polska Grupa Zbrojeniowa. To wszystko pozwoli w ciągu 2-3 lat na taką ilość amunicji, która nie tylko zabezpieczy nasze potrzeby szkoleniowe, ale przygotuje nas do długotrwałego kryzysu. Polskie fabryki zwiększają też produkcję amunicji małokalibrowej do karabinów. Zakłady Mesko będą wytwarzać około miliona takich pocisków dziennie. Mały błąd, wielki problem - tak sprawa świadectw wydrukowanych według nieobowiązującego wzoru komentowana jest najczęściej. A chodzi o jedną literę w nazwie resortu. To problem, który może dotknąć uczniów, bo ich świadectwa uznawane są za nieważne. Ci, którzy je odebrali, będą teraz musieli wrócić do szkoły, na szczęście tylko na chwilę. O tym, jak jedno "i" zrobiło różnicę. Brakowało literki "i". Niby jedna literka, a problemów całkiem sporo. W jednej z wrocławskich szkół podstawowych na świadectwach pojawił się błąd. W sumie same się nie zorientowałyśmy. Dostałyśmy telefon od wychowawczyni klasy w dniu rozdania świadectw. To już było po południu i pani poinformowała nas, że będziemy musiały przyjechać do szkoły oddać to świadectwo. Nowe miały być gotowe kilka dni później, a czasu na złożenie podania o przyjęcie do liceum - coraz mniej. Jak przyjechałyśmy w poniedziałek do szkoły, to nie dostałyśmy tego świadectwa i powiedziano nam, żeby przyjechać kolejnego dnia, ponieważ jeszcze druki nie dotarły do szkoły. I wtedy właśnie pojawiła się taka lekka obawa. Obawa o to, że świadectwa bez błędów nie dotrą na czas i nie będzie można ich przedłożyć w szkole średniej. Na czym polegał błąd? Na tej tablicy widać wyraźnie, jak aktualnie nazywa się ministerstwo odpowiedzialne za edukację. Jednak mimo to na świadectwach powinna widnieć stara nazwa, a dokładnie skrót Ministerstwa Edukacji i Nauki. Niektórzy spojrzeli w stopce na dole, że jest stary skrót ministerstwa, i zmienili dosyć samowolnie na Ministerstwo Edukacji Narodowej. Zaktualizowana nazwa, choć prawidłowa, okazała się błędem. Ona niestety nie miała nic wspólnego z rozporządzeniem, którego żeśmy celowo nie zmieniali, żeby nie wprowadzać dodatkowego chaosu i zamieszania. Wbrew intencjom chaos jednak powstał. Wczoraj dostaliśmy pierwsze sygnały, że uczniowie, którzy zanieśli do szkół ponadpodstawowych świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, otrzymali informacje, że to świadectwo jest błędne, nieprawidłowe. Uznanie świadectw niezgodnych z ministerialnym rozporządzeniem nie wchodziło w grę, ale MEN zaapelowało do szkół średnich, by te nie odrzucały dokumentów z błędem, tylko poczekały na ich podmianę. Do tej pory problem zgłosiło kilkanaście szkół, więc błędnych świadectw było kilka tysięcy. Nie mamy tych danych, bo nie my wydajemy świadectwa. Błąd popełniły szkoły, ponieważ rozporządzenie o świadectwach jest niezmienione od roku 2023. W szkole Glorii Cesarano problem udało się rozwiązać. Już dostałyśmy ważne świadectwo i mogę na spokojnie jechać na wakacje, już wniosek wypełniony, teraz tylko trzymam za siebie kciuki. Absolwenci szkół podstawowych na przedstawienie świadectw w wymarzonych szkołach średnich mają czas do 22 lipca. To jej najlepszy w dotychczasowej karierze turniej na trawiastych kortach Wimbledonu. Po zwycięstwie z Ludmiłą Samsonową nasza najlepsza tenisistka zagra w półfinale. Po raz pierwszy w karierze Artur Kieruzal jest w Londynie. To był wielki i pełen napięcia mecz. Jutro rywalką Igi będzie Szwajcarka Belinda Bencic. Iga idzie jak burza, jak oceniane są jej szanse? Spotkały się do tej pory 4 razy. Bilans przemawia na korzyść Polki. Ma 76% szans na zwycięstwo według bukmacherów. Iga potrafi zachować chłodną głowę. Tak było dzisiaj. Po meczu przyznała, że miała gęsią skórkę. Wywalczyła półfinał. W końcu z trawą się dogadała. Trzymamy kciuki za nią jutro. I w sobotę. Jak kończy się lekceważenie przepisów i bezwzględnego znaku stop? Inowrocław. Ulica Wielkopolska. Czerwone światło sygnalizuje zakaz wjazdu na tory, ale to nie powstrzymuje kierowcy autobusu. Jak jechał w tę stronę, to rogatka się opuszczała, ale czerwone światła musiały się już świecić. Rogatka szoruje po autobusie, ale ten jedzie dalej. Wjechał na przejazd kolejowy przy czerwonym świetle, następnie zatrzymał się przed kolejnymi rogatkami, manewrował autobusem, aby opuścić przejazd. Było o włos od tragedii. Kierowcy udało się zjechać z torów zaledwie kilkanaście sekund przed pędzącym pociągiem. Całą sytuację widzieli policjanci, którzy czekali na możliwość przejazdu. Podjęli interwencję, kierowca został zatrzymany do kontroli, zatrzymane zostało jego prawo jazdy, w tej sprawie toczy się postępowanie karne. W autobusie poza kierowcą byli także pasażerowie, dla których ten przejazd mógł być ostatnim w życiu. To nie jest młody kierowca, to jest kierowca z dużym doświadczeniem. Za narażenie pasażerów na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia grozi mu kara do 3 lat więzienia. Niestety to nie jest odosobniony przypadek. Od początku roku na przejazdach kolejowych doszło do 85 wypadków. Zginęły 24 osoby. Ponad 30% wypadków powodują kierowcy zawodowi, tirów i jak w tym przypadku autobusów. Jest to ogromne zagrożenie nie tylko dla tych kierowców, ale też użytkowników dróg. Kierujący na ogół tłumacza się pospiechem, nieuwagą, tym, że zagapili się. Natomiast tutaj nie ma żadnego logicznego wytłumaczenie takiej sytuacji. Za wjazd na przejazd kolejowy przy czerwonym świetle grozi 2 tysiące złotych mandatu i 15 punktów karnych. Ale według kolejarzy kierowcy często czują się bezkarni, bo w wielu miejscach brakuje kamer. System weryfikacji jest tak mały, że kierowcy się nie obawiają, wjeżdżają pomimo zamkniętych półrogatek, kiedy pali się czerwone światło. A takie sytuacje to tragedia nie tylko kierowców i ich rodzin, ale także maszynistów. Dla nich jest to sytuacja traumatyczna. Mamy często do czynienia z zespołem stresu pourazowego, oni wymagają opieki psychologicznej, niektórzy z nich nie są w stanie wrócić do wykonywania zawodu. Dlatego niezbędna jest edukacja skierowana także do najmłodszych, którzy kiedyś będą kierowcami. Trzy niedźwiedzie żyjące na terenie gminy Cisna na Podkarpaciu mają być odstrzelone. Jest już na to oficjalna zgoda. Decyzję w tej sprawie podjęła Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Powód to coraz częstsze ataki niedźwiedzi na człowieka w tej okolicy. Adam Wajrak, dziennikarz i przyrodnik, komentuje tę radykalną decyzję, pisząc: "To wina ludzi". To niemal codzienność. Niedźwiedzie podchodzą pod same domy. Wkoło dom obszedł, pozaglądał do wejścia. Jakbym szedł, jak by zareagował na mnie? On się czuje jak na swojej posesji. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zgodziła się na zabicie 3 niedźwiedzi w gminie. Jak uzasadnia - w trosce o bezpieczeństwo ludzi. W przypadku gminy Cisna mieliśmy w ciągu ostatniego roku 75 incydentów związanych z napotkaniem niedźwiedzia. Na całym Podkarpaciu w 2023 roku odnotowano dwa ataki na ludzi. W tym roku - jeden. Najczęściej dochodzi do nich w lasach, gdy człowiek znajdzie się zbyt blisko gawry lub zaskoczy niedźwiedzia. W Bieszczadach żyje około stu tych zwierząt. Każdy niedźwiedź jest dla naszej przyrody na wagę złota. Decyzja o odstrzale 3 osobników została wydana na wniosek lokalnych władz. Wskazaliśmy też alternatywę, czyli odłów i odseparowanie konfliktowych osobników, wywiezienie w inny region Polski. Decyzja Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oburzyła ekspertów. Największym problemem jest to, że my jako ludzie przyzwyczajamy je do naszej obecności. To nagranie z Rumunii. Po zrobieniu tego zdjęcia niedźwiedzica zaatakowała turystę. Mężczyzna nie przeżył. Tu kolejne skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie człowieka. Dokarmianie jest niedopuszczalne. Niedźwiedzie, także te w Bieszczadach, jak stołówki traktują niezabezpieczone śmieci i kompostowniki. A także, co widać na tym nagraniu, ule. Nawet zabijając te 3 osobniki, nie rozwiązujemy problemu, tylko go przesuwamy w czasie, bo z czasem przejdą inne osobniki, które znowu będą robiły problem. To nie jest licencja na zabijanie. To znaczy, że w tej chwili wójt gminy Cisna ma zwołać grupę ludzi, która ma biegać po lasach w celu odstrzeliwania niedźwiedzi. Dziś w Urzędzie Gminy Cisna protestowali aktywiści. Bo to właśnie od gminy zależy, czy do odstrzału ostatecznie dojdzie. Protest wsparli mieszkańcy, którzy podkreślają, że zwierzęta można by wywieźć lub przepłoszyć. Jak drapieżcy ludzcy reklamujemy się przez te zwierzęta, ale żywe zwierzę to już nam się nie wpisuje w konwencję i trzeba je zastrzelić. Strzelanie do niedźwiedzi nie jest niczym dobrym. Sądzę, że nikt tutaj tego nie chce. Wniosek o odstrzał 5 niedźwiedzi złożył też wójt innej bieszczadzkiej gminy - Solina. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska już go analizuje. W 19.30 to wszystko dziś, za chwilę Pytanie Dnia. Do zobaczenia.