Drugie srebro. Kolejny medal dla Polski na zimowych igrzyskach. Powrót do sprawy. Oczekiwanie na wznowienie śledztwa w sprawie afery podkarpackiej. Program dozbrojenia. Koalicja za, opozycja przeciw pożyczkom na obronność. Dobry wieczór, zapraszam na "19.30". Od ubiegłego roku jest polskim obywatelem i w znakomitym stylu reprezentuje biało-czerwone barwy na igrzyskach. Władimir Semirunnij właśnie zdobył srebrny olimpijski medal w łyżwiarskim biegu na 10 kilometrów. Jako nastolatek zdobywał mistrzowskie medale dla Rosji. O drodze młodego panczenisty, która zaprowadziła go do polskiej reprezentacji i na olimpijskie podium. Ruszył po zwycięstwo. Równo. Mocno. W wyśmienitej formie. Biało-czerwony Władimir Semirunnij przyśpieszał niemal na każdym okrążeniu. Dał z siebie wszystko, ale rywalizacja była zacięta. Do mistrza stracił ponad 5 sekund. To wystarczyło, by wywalczyć srebro w wyścigu na 10 kilometrów. To pierwsze igrzyska Władimira w polskich barwach. Młody sportowiec jeszcze kilka lat temu reprezentował Rosję. Po napaści Rosji na Ukrainę przeniósł się do Polski. Zamieszkał w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie dołączył do miejscowego klubu - Pilicy. On wnosi do klubu tak dużo spokoju, takiej chęci do pracy, że inni zawodnicy, ja zauważyłem, że się mocno zarazili, chcą osiągać takie wyniki jak on, chcą być z nim w grupie. Bardzo szybko zaczął wygrywać w polskich barwach - w zeszłym roku dwa medale mistrzostw świata: srebro na 10 kilometrów, brąz na pięć. W tym sezonie mistrz Europy na 5 kilometrów. Od sierpnia jest obywatelem Polski. Tą opiekę, te wsparcie, które Władek potrzebował, to od nas dostał też czas, żeby się rozwijać, żeby móc po prostu robić to, co kocha, bez ograniczeń. To drugi medal dla Polski na tych igrzyskach. Kibice liczą na kolejne. Bardzo dumni jesteśmy i trzymamy też kciuki za Żurka. Bo panczeniści już byli blisko podium. Brakowało jedynie szczęścia, jednego mocniejszego okrążenia. W środę Damian Żurek przegrał brąz o zaledwie 7 setnych sekundy. Nasi reprezentanci w ostatnich tygodniach byli w ścisłej czołówce, więc to pozwala nam naprawdę z dużym optymizmem patrzeć na to, co jeszcze podczas tych igrzysk olimpijskich. Forma jest i kolejne szanse też. Jutro finał na 500 metrów - koronnym dystansie Żurka. Póki trwają igrzyska, wszystko jest możliwe. To jest "19.30" w piątek 13 lutego. A wśród wiadomości: Koszmar w rodzinie zastępczej. Był regularnie wyzywany i bity po całym ciele. Policjanci zatrzymali 31-letnią kobietę i 39-letniego mężczyznę. Nie przyznają się do znęcania się nad 8-latkiem. Kontrole odbywały się na bieżąco, nic nie wskazywało, by dochodziło do jakichkolwiek naruszeń. To jest rujnujące dla psychiki dziecka. To może być pierwsza sprawa zespołu prokuratorów wyjaśniających polskie wątki afery Epsteina. Chodzi o tak zwaną aferę podkarpacką. Wiele wskazuje też na to, że sprawa śmierci boksera Dawida Kosteckiego trafi do ponownego rozpatrzenia przez policyjne archiwum X. Rodzina nie wierzy w wersję o samobójstwie. Mówią o tym po raz pierwszy przed kamerami "19.30". - Pamięta Pani ten drugi sierpnia? - Pamiętam. - Zadzwonił telefon? - Nie. - Zapukał ktoś do drzwi? - Zapukał dzielnicowy, ale zanim zapukał, media się już rozpisywały. Dawid Kostecki był znanym pięściarzem, obracającym się w podkarpackim półświatku. Odsiadywał 5-letni wyrok więzienia za handel narkotykami, kierowanie gangiem i sutenerstwo. Zmarł w 2019 roku, dwa lata przed wyjściem na wolność. Miał taką wiedzę, że mógłby dużo powiedzieć, to było tak obrzydliwe, to było tak straszne, podejrzewam, bo ja wiedzy tej nie mam, nie obarczył mnie tym. - Ta wiedza mogła zaszkodzić ważnym ludziom? - Na sto procent. Chodziło o aferę podkarpacką, czyli układ agencji towarzyskich ze służbami, trzymającymi nad nimi parasol ochronny. Kilka miesięcy przed śmiercią Dawida Kosteckiego media informowały o istnieniu nagrań z wizyt w tych agencjach osób z pierwszych stron gazet, w tym ważnego polityka PiS. Ten wszystkiemu zaprzeczył. Nie było też na to dowodów. - Widzi pan podobieństwo do sprawy Epsteina? - No tak. Nie na taką skalę, ale widzę, to jest nasza lokalna, a to jest światowa. I jest to ukrywane, jest to tuszowane, są osoby, które popełniają samobójstwa, a ich nie popełniły. W sprawie śmierci Dawida Kosteckiego, którą ówczesna prokuratura uznała za samobójstwo, znaków zapytania jest wiele. Brat dzwonił, chyba we wtorek, parę dni przed tym, jak to się wszystko wydarzyło i mówił, że czuje, że coś się wydarzy, że coś wokół niego się szykuje i mówił, że się boi. PiS, które wówczas kontrolowało prokuraturę, zrobiło wszystko, żeby ta sprawa i dowodowo, i decyzyjnie została zamieciona pod dywan. Już kilka godzin po śmierci Dawida Kosteckiego śledczy postawili tezę o samobójstwie. Według niej miał on powiesić się w celi na prześcieradle, leżąc pod kocem na takim jak to łóżku. A współwięźniowie niczego nie zauważyli ani nie usłyszeli. To niemożliwe - mówi były szef służby więziennej. Jeżeli to jest ręcznik lub prześcieradło, to to jest po prostu lipa wielka, jeżeli to tak miałoby być, to jest to niewykonalne. Wątpliwości budzi też to, czego nie wykonano w ramach śledztwa. nie przeszukano na przykład osób, które były razem z panem Kosteckim w celi, nie przeszukano strażników, dlaczego tak się stało, co się stało, że kamera nie działała? W protokole z oględzin zwłok znalazła się informacja o dwóch śladach z tyłu szyi, które wyglądały jak powstałe w wyniku wkłucia igły. Ale w późniejszej sekcji zwłok już ich nie badano. Prokuratura stwierdziła, że to mało istotne jest dla sprawy. Śledczy odrzucili wszystkie wnioski składane przez rodzinę. Pojechałam do Warszawy, do prokuratury, sugerując, co jeszcze można by zrobić i pani mówi do mnie: za dużo się pani filmów naoglądała amerykańskich. - Czy mieliście wrażenie w sierpniu 2019 roku, że zderzacie się ze ścianą? - Oczywiście i to bardzo twardą. Stąd złożony tydzień temu wniosek pełnomocników rodziny o wznowienie sprawy. Według informacji "19.30" jej wyjaśnieniem mają zająć się policjanci z Archiwum X. Dostałem raport, taką pierwszą notatkę i widzę tam wiele kwestii, które należałoby jeszcze wyjaśnić i pogłębić. Ja na pewno nie lekceważę tego i będę się pochylał nad tą sprawą. To była zadziwiająca sytuacja, że ktoś ze zorganizowanej grupy przestępczej, kto ujawnia całą aferę, ginie w więzieniu. Decyzja jeszcze nie zapadła. Pewne jest już natomiast to, że afera podkarpacka będzie jedną z pierwszych spraw, którą zajmie się powołany przez premiera zespół dotyczący afery Epsteina. Na pewno będziemy badać, czy te polskie wątki afery Epsteina nie nakładają się na aferę podkarpacką. Te deklaracje dla rodziny Dawida Kosteckiego znaczą wiele. Chcemy poznać prawdę, po prostu. - Nawet najgorszą? - Jakakolwiek by nie była, ale prawdę. A o tej sprawie w TVP Info o 20:15 specjalna debata, którą poprowadzi Karolina Opolska. Prywatny odrzutowiec Jeffreya Epsteina krążył pomiędzy Nowym Jorkiem a Londynem. Lolita Express, bo tak go nazwano, miał także dowozić kolejne kobiety do syna królowej Elżbiety, księcia Andrzeja. O tej sprawie mówi królewski historyk. To właśnie tym prywatnym odrzutowcem Epsteina, znanym jako Lolita Express, młode kobiety miały być dostarczane wpływowym brytyjskim klientom. Jedna z nich, według ujawnianych informacji, miała trafić nawet tu, do Pałacu Buckingham, na osobiste życzenie byłego księcia Yorku. Nowe fakty pojawiają się niemal co kilka minut i wywierają coraz większą presję na rodzinę królewską. Bo, jak podkreślają krytycy, samo deklarowanie solidarności z ofiarami już nie wystarcza. Król musi ujawnić wszystkie sekrety pałacu, włączając w to osobistych ochroniarzy Andrzeja. Inaczej monarchia znajdzie się w poważnych tarapatach. Do natychmiastowego i dogłębnego śledztwa wzywa również były premier Gordon Brown. To, co odkryłem na temat wykorzystywania kobiet przez drapieżników i ich pomocników oraz nieujawnionej roli Wielkiej Brytanii, wstrząsnęło mną do głębi. To moment krytyczny dla brytyjskiej monarchii. Ujawnienie sekretów w szczerej konfrontacji ze społeczeństwem byłoby mniejszym złem niż wieloletnie przecieki do prasy, które mogą doprowadzić do utraty zaufania i poważnego kryzysu instytucji. Karol wiedział o tych historiach. Być może będzie musiał sam paść pod miecz, by ocalić swojego syna Williama. Ten bałagan w stajni muszą posprzątać sami. Na ulicach Wielkiej Brytanii słychać gniew i niepokój. Moje zdanie się nie zmieniło. Jest winny i powinien odpowiedzieć za swoje czyny jak każdy inny. Boję się tego, co jeszcze może wyjść na jaw. Rodzina królewska na razie mówi niewiele. Policja w Londynie i Windsorze przygląda się doniesieniom, ale na tym etapie nie zapadła decyzja o wszczęciu śledztwa. Krytycy ostrzegają: bez formalnych przesłuchań i pełnego dochodzenia zaufanie społeczne do wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza wobec wpływowych osób, będzie nadal topnieć. I to właśnie może okazać się dla monarchii groźniejsze niż jakikolwiek skandal. Ponad 40 miliardów euro może przypaść Polsce. Dziś Sejm przyjął ustawę o finansowym instrumencie zwiększenia bezpieczeństwa SAFE, która ma regulować kwestię wykorzystania pożyczek na obronność w ramach tego programu. Ustawę poparły kluby koalicji rządzącej, a przeciwni byli posłowie PiS i obu Konfederacji. "Maski opadły" - tak premier skomentował głosowanie. To kolejny krok w budowaniu bezpieczeństwa Polski. Sejm przyjął ustawę o przystąpieniu do SAFE - unijnego programu, z którego nasz kraj otrzyma blisko 44 miliardy euro na zbrojenia. To niemal 1/3 całości środków. Mówimy tutaj o wielkiej inwestycji w rzeczywistą obronę Polski, możliwości defensywne Polski i w rozwój polskiego przemysłu zbrojeniowego. To jedno z najważniejszych głosowań w tej kadencji parlamentu, a tak naprawdę w historii modernizacji sił zbrojnych. Tych opinii nie podzielają PiS i Konfederacja, które zagłosowały przeciw. Maski opadły - komentuje postawę prawicy premier. "To już nie jest opozycja, to są wrogowie polskiej niepodległości." Każdy, kto głosuje przeciwko programowi SAFE jest albo głupcem, albo zdrajcą interesów Polski. Były minister obrony z PiS to dziś jeden z najgłośniejszych krytyków SAFE. Rzucacie się na te pożyczki, nie mając w sobie za grosz refleksji. A to Mariusz Błaszczak o SAFE 2,5 roku temu, gdy PiS było u władzy: "Fundusz SAFE to szansa na rozwój Sił Zbrojnych RP. Nie możemy pozwolić na to, aby te środki zostały zmarnowane lub skierowane do zagranicznego przemysłu zbrojeniowego." Wtedy nie mówił o zadłużaniu państwa, bo SAFE jest pożyczką. Dziś poseł Błaszczak nie chciał też odpowiedzieć, na jaki procent był kredyt za zakupy sprzętu wojskowego w Korei za jego kadencji. Według mediów, planowana pożyczka miała opiewać na sto miliardów zł. Była to inna waluta, to nie było euro, tylko inna waluta, a więc inne zasady. Oprocentowanie pożyczki z SAFE wyniesie 3%. Nie ma tańszego i bardziej efektywnego źródła finansowania niż program SAFE. To są miliardy złotych oszczędzone dla polskich podatników. Szacunki mówią o minimum 36 miliardach zł oszczędności. Polityków PiS i otoczenia prezydenta to nie przekonuje. Szef BBN ubolewał, że z SAFE nie będzie można finansować zakupów amerykańskiej broni, co miałoby odbić się na dwustronnych relacjach. Ale tylko w zeszłym roku podpisaliśmy ze Stanami kontrakty na ponad 18 miliardów złotych. Pada też ten dobrze znany argument. Na kolanach przed Niemcami, na warunkach niemieckich. PiS sugeruje, że brak udziału Niemiec w programie SAFE oznacza, że Polska będzie kupować niemiecki sprzęt, a cały program jest tak naprawdę ratunkiem dla tamtejszej gospodarki. Rzecznik PiS krytykuje obecność ambasadora Niemiec w sejmie i pisze o niemieckim kagańcu SAFE. Rządzący przypominają. Nigdy na taką skalę pieniądze nie były alokowane w polskim przemyśle zbrojeniowym. Bo w ramach SAFE Polska może kupować głównie u rodzimych firm zbrojeniowych. To m.in. amunicja i broń, ale duża część środków ma trafić na nowoczesne systemy wchodzące w skład Tarczy Wschód. Potrzeby są duże. Mamy do zrobienia ścianę dronów, to nie tylko to, żeby drony latały na wschodniej granicy, ale to przede wszystkim systemy antydronowe i nie możemy absolutnie bazować na jednym systemie. Polskie przedsiębiorstwa dostaną minimum 80% środków z SAFE. By tak się stało, prezydent będzie musiał podpisać ustawę. A tu pewności nie ma, bo Karol Nawrocki zgłasza te same zastrzeżenia co PiS. Premier mówi o kampanii kłamstw. Tylko dlatego, że nie chcą się pogodzić z faktem, że Polska osiągnęła sukces, to jest coś naprawdę niewybaczalnego. No będę czekał też na decyzję prezydenta, czy będzie wetował, czy nie. Jeśli nie, pieniądze z SAFE mogłyby trafić do Polski już w marcu. Kolejne weta prezydenta Karola Nawrockiego. Tym razem w sprawie ustawy o kryptowalutach i ustawy zakładającej nadanie mowie śląskiej statusu języka regionalnego. Ustawa o kryptowalutach została przez głowę państwa zablokowana po raz drugi. To już kolejny głos sprzeciwu wobec rządowych propozycji dobiegający z Pałacu Prezydenckiego. "Wzruszająca lojalność wobec sponsorów krajowych i zagranicznych" - tak prezydencką decyzję o zawetowaniu kolejnej wersji ustawy o kryptowalutach komentuje minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Ponownie zawetowałem ustawę dotyczącą rynku kryptowalut. Nie podpiszę złego prawa tylko dlatego, że zostało przegłosowane ponownie przez parlamentarną większość - złe prawo przegłosowane nawet sto razy ciągle pozostaje złym prawem. Zdaniem rządzących taka decyzja to puszczenie oka do spekulantów, którzy wierzą, że bez dobrego prawa będą mogli dalej oszukiwać ludzi. Nowe przepisy miały m.in. poszerzyć uprawnienia Komisji Nadzoru Finansowego. Sprawcom najgorszych nadużyć miały grozić grzywny w wysokości do nawet 10 milionów złotych. Prezydent wie doskonale, że na rynku kryptoaktywów jest wiele nieuczciwych osób, które zarabiają na tym, że różne osoby chcą w ten instrument finansowy swoje pieniądze włożyć, gdyby był odpowiedzialny, to by nie dopuścił do tego, że są oszustwa na zwykłych osobach, prezydent miał na stole dobre prawo, europejskie prawo, nie chce go, nie wiem, jakiego chce, bo sam swojej ustawy nie złożył. Wraz z nowymi przepisami o rynku kryptoaktywów Karol Nawrocki odmówił też w czwartek wieczór podpisania ustawy uznającej język śląski za regionalny. Od momentu objęcia urzędu Karol Nawrocki odmówił podpisania już 25 ustaw. To więcej niż w trakcie swoich kadencji zawetowali: Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski oraz Andrzej Duda. Trwa Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa. 50 głów państw i przedstawicieli rządów, a wśród nich polski premier, prezydent Ukrainy czy sekretarz stanu USA Marco Rubio, rozmawiają o przyszłości Sojuszu Transatlantyckiego i Europy. W Monachium jest ponad 60 światowych liderów, świadomych tego, że od lat tylu wojen i konfliktów równolegle na świecie nie było, podobnie jak tak bardzo nadwyrężonych europejsko-amerykańskich relacji. Pomiędzy Europą a USA powstała przepaść, głęboka otchłań. Wiceprezydent J.D. Vance powiedział to bardzo szczerze tutaj, w Monachium, rok temu. Miał rację. Wojna kulturowa ruchu MAGA nie jest naszą wojną. Nie stawiamy też na cła i protekcjonizm. W stolicy Bawarii jest najliczniejsza w historii delegacja z USA - demokratów i republikanów, na jej czele sekretarz stanu Marco Rubio. Jego wystąpienie wyczekiwanie jest z niecierpliwością. Świat zmienia się bardzo szybko na naszych oczach. Stary świat przestał istnieć. Żyjemy w nowej erze geopolitycznej, która wymaga od nas wszystkich ponownego przeanalizowania naszej roli. W raporcie, który ukazał się przed konferencją, mowa jest już nie o europejskim otrzeźwieniu w transatlantyckich relacjach, a o destrukcji międzynarodowego porządku pod przywództwem USA. Z całą pewnością priorytetem jest sytuacja ukraińska i relacje transatlantyckie. I te pewne napięcia i turbulencje, jakich jesteśmy świadkami i niestety uczestnikami wewnątrz NATO. Stąd powracające pytanie: czy Europa jest w stanie mówić jednym głosem, na ile w sytuacji zagrożenia potrafiłaby się obronić. Musicie się przygotować, zanim wojna do was przyjdzie. I w tym my, Ukraińcy, jesteśmy dla was najlepszymi partnerami, bo już żyjemy w przyszłości pełnej wojny. I płacimy za to najwyższą cenę: życia ukraińskiego narodu. W Monachium jest już też prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oraz szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski. Premier Donald Tusk, który uczestniczył w spotkaniu koalicji chętnych, jutro wygłosi laudację na cześć ukraińskiego narodu. Spotka się też z liderem węgierskiej opozycji Peterem Magyarem. Dramat 8-latka w rodzinie zastępczej. Był bity nawet za źle złożone skarpetki. Jego opiekunowie mieli w swojej pieczy jeszcze kilkoro innych dzieci. O tym, że może dziać im się krzywda, dowiedzieli się pracownicy pomocy społecznej i policja. Służby podjęły decyzję o odebraniu dzieci. Co zrobiłaś temu dziecku? Nic nie zrobiłam. Prokuratura ustaliła jednak coś zupełnie innego. Bito go drewnianymi przedmiotami po całym ciele, na przykład za nieodnalezienie bielizny albo nieskompletowanie skarpetek. Był zmuszany do klęczenia nago, trzymania butelki nad głową przez bardzo długi okres. Zarzuty okrutnego znęcania się usłyszała para, która była rodziną zastępczą i jeszcze jeden mężczyzna. Sprawa wyszła na jaw, gdy 8-latka telefonem nagrał świadek, który zobaczył go stojącego na mrozie. Bez zimowej kurtki, bez butów, płaczącego i trzęsącego się z zimna. Gdy na miejsce przyjechali policjanci, sprawy potoczyły się bardzo szybko. Natychmiast zostało wezwane pogotowie, pogotowie zabrało tego chłopczyka na badania. W domu była również szóstka dzieci w wieku od roku do 10 lat. To była zawodowa rodzina zastępcza, czyli taka, która dostaje wynagrodzenie za opiekę nad dziećmi. Starała się o ten status w Zgierzu. Ale wystawiono jej negatywną opinię. Rodzina ubiegała się o status również w bardzo odległych powiatach, co wzbudziło podejrzenia naszych pracowników, że być może chcieliby mieć mniejszą kontrolę. Para przeszła procedury nadzorowane przez instytucje w Świętochłowicach. Świętochłowice również miały naszą negatywną opinię. Mimo to z jakichś powodów zdecydowali na przyznanie takiego statusu i umieszczenie w tej rodzinie kolejnych dzieci. Kontrole odbywały się na bieżąco, nic nie wskazywało na to, że doszło do naruszeń. Wszystkie dzieci trafiły placówek opiekuńczych. Kiedy dziecko miało nadzieję, że wreszcie znalazło jakąś bezpieczną przystań i to ludzie, którzy bezpieczeństwo powinni zapewnić, kolejny raz zawodzą, to musi zostawiać ślad. Zatrzymanym grozi 10 lat więzienia. Policjantem jest się nawet po służbie. Podobno. Bo jak pokażemy za chwilę, łamanie prawa po godzinach pracy, niektórych funkcjonariuszy nie obchodzi. Samochód jedzie pod prąd, stwarza ogromne zagrożenie, a stojący na czerwonym świetle w oznakowanym radiowozie patrol nie reaguje. Jak to się skończyło dla policjantów? Pod prąd na jednokierunkowej trzypasmowej drodze w centrum Wrocławia tuż obok patrolu policji. Zachowanie kierowcy osobówki może dziwić, ale jeszcze bardziej dziwi reakcja funkcjonariuszy. A raczej jej brak. Nagranie opublikowane przez portal piracidrogowi.pl daliśmy do oceny specjalistom. Brak reakcji na pewno jest niepokojący, no bo oczekiwalibyśmy jednak od służb, zwłaszcza od policji, w tym momencie działania. Podobnego zdania jest instruktor nauki jazdy. Dziwi, bo policja jest od tego, żeby reagować na zagrożenia, które stwarzają się na drodze. I dodaje, że w takich sytuacjach policja powinna zareagować zdecydowanie i szybko. Minimalizacja ryzyka jest tutaj kluczową kwestią, żeby do niczego nie doszło, więc tutaj zabezpieczenie tego ruchu drogowego przez policję jest obowiązkowe. Nagranie dotarło już do komendanta policji we Wrocławiu. Z chwilą kiedy obejrzał ten film, wszczął postępowanie wobec policjantów, którzy kierowali tym radiowozem, którzy byli w służbie. I choć dziś za wcześnie mówić, jakie poniosą konsekwencje, policja przyznaje, że nawet jeśli funkcjonariusze mieli w tamtej chwili inne obowiązki, to powinni zareagować. Powinni chociaż przynajmniej powiadomić o takiej sytuacji dyżurnego i wówczas my jesteśmy w stanie gdzieś tam tą sytuację dalej pokierować i zareagować, tutaj tej reakcji nie było i to jest główny zarzut. Na tym nie koniec, policja zapewnia, że zna już tożsamość kierującego, który musi liczyć się z konsekwencjami stworzenia zagrożenia na drodze. Zapisała się w naszej pamięci jako wielka aktorka, kochana przez publiczność i widzów. Jej role teatralne, jak Goplana w "Balladynie" Juliusza Słowackiego w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, przeszły do historii teatru. Ale widzowie pokochali ją za wyraziste, pełne charakteru postaci kreowane w filmach i serialach. Bożena Dykiel nie żyje. Niezapomniana Miećka w kultowym serialu "Alternatywy 4" Stanisława Barei. Mada Müller z "Ziemi obiecanej" czy Jadwiga Kolęda z "Wyjścia awaryjnego". Bożena Dykiel pracowała z największymi w polskim kinie i teatrze - od Andrzeja Wajdy po Adama Hanuszkiewicza i jego interpretację "Balladyny". To było szokujące przedstawienie, a ona była wspaniała. Później spotkaliśmy się w serialu "Dom". Ten serial jest kultowym po dziś dzień i dzięki temu serialowi udało jej się nie zniknąć z pola zainteresowań kilku pokoleń. 130 filmów, seriali i spektakli telewizyjnych. Strata jest ogromna, ponieważ drugiej takiej aktorki nie ma i nie będzie. Ten żywioł, ta witalność, dołeczki i uśmiech oraz niespożyta energia i temperament - wspomina krytyk filmowy, Łukasz Maciejewski. Mówił mi to Wajda. Podeszła do Wajdy i mówi: panie reżyserze, ja tu nie mam co grać, po co mnie pan wziął? Mam tu latać po tym planie? Podskakiwać? A on na to: niech pani wymyśli coś takiego, żeby panią wszyscy zapamiętali. I wymyśliła. Tę kultową scenę z "Wesela". Półtora roku temu odsłoniła swoją gwiazdę przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Wcześniej Ministerstwo Kultury uhonorowało ją Medalem Zasłużonych Kulturze Gloria Artis. Będziemy pamiętać na pewno charyzmę, ten uśmiech, tą swojskość dziewczyny z sąsiedztwa. Taka była Bożena Dykiel. Przez lata walczyła z chorobą serca i depresją. Mówiła, że jej "zawód jest na nią podatny". "Nie mijajmy się obojętnie na ulicy" - apelowała. Każdy człowiek jest ważny. Te słowa zapamiętamy. Monitoruje rytm serca i może uratować życie pacjenta, przerywając groźne dla życia zaburzenia. To najnowszy kardiowerter defibrylator, wszczepiony pozanaczyniowo, a więc w sposób dający mniej powikłań. Jednocześnie pacjent może być na odległość monitorowany przez lekarza a fundusz finansuje taką opiekę. Marek Brodziak miał groźny atak arytmii. To było utrzymujące się bardzo szybkie bicie serca. Objawy nie ustępowały, więc żona zawiozła go do szpitala. Lekarze wszczepili mu najnowszy kardiowerter-defibrylator. Tutaj mam wszczepione pudełko, czyli tego mojego anioła stróża, no i tutaj ten kabelek tak idzie pod serce. To pierwszy taki zabieg w Uniwersyteckim Centrum Kardiologii i Kardiochirurgii w Lublinie. Kardiowerter-defibrylator nowej generacji, w odróżnieniu od dotychczas stosowanych, nie jest wprowadzany do układu żylnego i do serca. Główna elektroda jest umieszczona pod mostkiem w bezpośrednim sąsiedztwie serca. To pozwala uniknąć długotrwałej obecności elektrod w układzie żylnym i w sercu, co zmniejsza ryzyko powikłań. Urządzenie jest wszczepione u tego pacjenta po to, żeby monitorować pracę serca i w przypadku groźnych zaburzeń rytmu ma to urządzenie pomóc przerwać tą arytmię. Urządzenie jest refundowane, a Polska ma duży wkład w rejestrację go dla pacjentów na całym świecie. W badaniach uczestniczył m.in. Instytut Kardiologii w Aninie. Zarówno w fazie badań przedklinicznych, w których brały udział ośrodki z Zabrza i Krakowa w fazie badań klinicznych, w którym my jako jedyny ośrodek w Polsce braliśmy udział. To urządzenie umożliwia także zdalną kontrolę nad sercem pacjenta poprzez transmiter, który rejestruje pracę serca. Od niedawna taka opieka objęta jest refundacją. To są chyba jedne z lepiej wydanych pieniędzy przez NFZ, dlatego że w ten sposób monitorując zdalnie pracę serca pacjenta, możemy wykryć odpowiednio wcześniej moment, w którym powinniśmy zainterweniować. Po tym zabiegu pan Marek będzie mógł wrócić do normalnego życia. Gdyby atak arytmii powtórzył się, kardiowerter powinien go uratować. Jeżeli włączy mi się to urządzenie i będzie delikatnie kopać prądem, nie będę musiał wsiadać w karetkę i wzywać pomocy. Taki telemonitoring pozwala wcześniej wprowadzić skuteczne leczenie i uniknąć pobytów pacjenta w szpitalu. Jutro także serce będzie w centrum zainteresowania, ale to bijące z miłości. Dziś dziękujemy. Gościem Doroty Wysockiej-Schnepf w "Pytaniu Dnia" będzie za chwilę Miłosz Motyka, minister energii. Do zobaczenia.