Snucie narracji - Zbigniew Ziobro z Budapesztu atakuje rz@dz@cych. W poślizgu - w prawie całym kraju marznący deszcz i ślisko. Głos niezależny - niezależni wydawcy za zakazem prasy opłacanej przez samorządy. Joanna Dunikowska-Paź, dobry wieczór. To już pewne: Zbigniew Ziobro jest w Budapeszcie, azyl ma od 22 grudnia, a do Polski nie wraca, bo jest prześladowany. Po wielu dniach milczenia były minister sprawiedliwości ruszył z medialną ofensywą i własną narracją. Mówi o nagonce rządu, upadku praworządności i zaangażowaniu na odległość, ale krytycznych ocen w sprawie drogi, którą wybrał, przybywa także w samym politycznym obozie Ziobry. Jestem ofiarą polowania i nagonki. Zbigniew Ziobro rusza do medialnej ofensywy. Dzień przed podjęciem przez polski sąd decyzji w sprawie jego aresztowania z Budapesztu, gdzie dostał azyl, zapewnia, że jest niewinny. Głównym atakiem tej zgrai Tuska jestem ja. Szeryf, który był taki odważny i mówił, jak nie należy zasłaniać się immunitetami, ucieka do państwa, które jest teraz najbliższe Putinowi w Europie. Czego dowodem są nie tylko takie zdjęcia. To listopad ubiegłego roku. Węgry są hamulcowym unijnych sankcji wobec Rosji. Blokują też wypłatę Polsce 2 mld euro za pomoc wojskową udzieloną Ukrainie. Odrębnym aspektem jest to, że same Węgry w drastyczny sposób zdewastowały praworządność i demokrację. Już 8 lat temu Bruksela wszczęła wobec władz w Budapeszcie procedurę naruszenia praworządności. Z tego powodu Węgry mają zablokowany dostęp do części europejskich funduszy. Teraz zdecydowały o otworzeniu parasola ochronnego nad kolejnym już politykiem PiS. Orban po prostu zabezpiecza bezkarność dla ludzi, którzy łamią w innych krajach europejskich prawo. Nie na to się umawialiśmy w Unii Europejskiej, nie możemy sobie pozwolić na to, żeby jeden kraj robił sobie żarty i kpiny z prawa. Stąd to, wysłane w poniedziałek, pismo do Komisji Europejskiej z pytaniami o reakcję. Dla PiS sprawa jest jasna. W Polsce po prostu pan Ziobro nie mógłby liczyć na sprawiedliwy proces. Zawodowi przestępcy i tchórze zawsze tak robią, że zamiast iść do sądu czy do prokuratury, to opluwają ten sąd i prokuraturę. Zbigniew Ziobro idzie jeszcze dalej i to, co dzieje się w Polsce, dziś nazywa tak: To jest Białoruś. To Białoruś i zdjęcia z 2020 roku. Po sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach do aresztów trafiło ponad 30 tys. osób. Od 5 lat w białoruskim więzieniu jest przetrzymywany polski dziennikarz Andrzej Poczobut. To jest rzecz niegodna, obrzydliwa, to jest plucie w twarz wszystkim bohaterom. Tak słowa Zbigniewa Ziobry oceniają rządzący. Były minister ma postawionych 26 zarzutów, które dotyczą Funduszu Sprawiedliwości. Miliony złotych, które powinny iść na pomoc ofiarom przestępstw, były przeznaczane na partyjne cele. Wśród nich zakup Pegasusa, którym inwigilowano ówczesną opozycję, takie prezenty wręczane w kampanii wyborczej czy budowa centrum medialnego. Prawo i sprawiedliwość tak, ale nie dla swoich - oceniają rządzący. Zbigniew Ziobro porównuje się do opozycjonistów z czasów PRL-u. Ja nie wróciłem, tak jak wielu nie wróciło w czasach stanu wojennego. Na te słowa zareagował szef dyplomacji. Zbigniew Ziobro, choć zapewniał, że uciekać przed wymiarem sprawiedliwości nie będzie... Liczę na was. ...z Polski wyjechał 3 miesiące temu. Do czego według posłów koalicji przygotowywał się już wcześniej. W 2024 żona ministra sprzedała luksusowy apartament w centrum Warszawy. Komu sprzedała? Sprzedała prawnikowi, który obsługiwał wcześniej Ziobrę i który był w 3 radach nadzorczych za czasów PiS-u. To ostatni sondaż na zlecenie Rzeczpospolitej. Według 71% Zbigniew Ziobro powinien wrócić do Polski. O 20.18 w TVP Info program Justyny Dobrosz-Oracz "Bez trybu", w którym dziś m.in. tajemnice Zbigniewa Ziobry. Oglądają państwo "19.30" w środę. Co jeszcze przed nami? Porodówki znikają z mapy kraju. Dla mieszkańców takiej malej miejscowości to jest kłopotliwe. Plan awaryjny to utworzenie nowego miejsca. Tak zwanego pokoju narodzin, wyposażonego dokładnie tak samo jak sala porodowa. Uważaj na drogach i chodnikach. Jeśli możesz, zostań w domu. Alarmuje Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, ostrzegając przed marznącym deszczem i gołoledzią. I jutro to też ma być aktualny alert. Gdy z drogi znika śnieg, przy takich temperaturach pojawia się "czarny lód", niemal niewidoczny i wyjątkowo niebezpieczny. 7 godzin - tyle trwała walka służb ze skutkami tego wypadku, do którego doszło nad ranem w Wielkopolsce. W zderzeniu 2 ciężarówek ranna została jedna osoba, a ruch na tej drodze był zablokowany w obydwie strony. Działania zastępów polegały na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia, wykonaniu dostępu do kabiny samochodu ciężarowego, uwolnieniu kierowcy i przekazaniu go zespołowi ratownictwa medycznego. Do wypadku doszło prawdopodobnie przez trudne warunki, które w całym kraju utrzymują się na drogach. Żeby uniknąć takich sytuacji kierowcy mogą usprawnić swoje umiejętności, np. tutaj. Nie za mocno kierownicą, dobrze? Delikatnie kierownicą. Jak mamy takie trudne warunki na drodze, to delikatnie kierownicą. Bo gdy nie mamy w pełni kontroli nad pojazdem, szczególnie takich gabarytów, oszczędność w ruchach jest kluczowa. Trzeba delikatnie operować gazem, kierownicą, bo te wszystkie gwałtowne manewry od razu doprowadzają do poślizgu przedniej lub tylnej osi, czyli po prostu problemów na drodze. To samo tyczy się aut osobowych. Po zaśnieżonych stołecznych ulicach przejechaliśmy się z Andrzejem Łabęckim, instruktorem nauki jazdy z 40-letnim doświadczeniem. Staram się wybrać taki moment w czasie jazdy, kiedy z tyłu nie mam samochodów i z tyłu nic nie jedzie, i lekko przyhamować. Jeżeli na desce rozdzielczej zapalają mi się lampki od ABS-u, to znaczy, że droga jest śliska. Wówczas droga hamowania może być nawet kilkukrotnie dłuższa niż w normalnych warunkach. Dlatego o ile to możliwe, zrezygnujmy z podroży, pozostańmy w domu, jeżeli już musimy wyjść, starajmy się spacerować spokojnie, zmniejszmy prędkość samochodu. Ci, którzy zaplanowali podróż wcześniej, np. samolotem, muszą uzbroić się w cierpliwość, bo pogodowy Armagedon dał się we znaki także na lotniskach. Na dzisiaj specjalnie ściągnęliśmy dodatkowy personel, żeby dbał o zabezpieczenie operacji lotniczych, żeby wszystko odbywało się płynnie. Ale chociażby proces odladzania samolotów oraz odśnieżania pasów startowych sprawia, że wiele lotów jest opóźnionych. Linie lotnicze apelują do pasażerów, by na bieżąco sprawdzali status swojego rejsu. W górach z kolei trwa nierówna walka ze zwałami śniegu. W Zakopanem od wczoraj służby wywożą tony białej zmarzliny. Prognozy nie są optymistyczne. W weekend i z początkiem przyszłego tygodnia napłynie do nas arktyczna sucha masa powietrza z rejonu Rosji. Tam tworzy się wyż, który właśnie sprowadzi do nas to ochłodzenie. To oznacza że mróz i arktyczne powietrze nie zamierzają odpuszczać i na to muszą się przygotować nie tylko kierowcy. Co dalej z budżetem? Ustawa jest na biurku prezydenta, a Karol Nawrocki pytany o to, co zrobi, odpowiada, że do budżetu ma wiele zastrzeżeń, nie wie, co zrobi i dopuszcza każdą możliwość. Te wydają się ograniczone, ale opozycyjni politycy kreślą różne scenariusze, także sięgające daleko poza konstytucyjne ramy. Jakie? Kolejnego weta prezydenta nie będzie, bo być nie może. Ale rządzący w sprawie ustawy budżetowej nie spodziewają się dobrej współpracy z Karolem Nawrockim. I szykują się na otwarcie przez Pałac kolejnego frontu walki. Nie ma żadnych, żadnych podstaw do tego merytorycznych, aby kwestionować konstytucyjność ustawy i aby kierować ją do TK. To odpowiedź szefa resortu finansów i gospodarki do tej oceny prezydenta. Mam wiele zastrzeżeń do polskiego budżetu i do rozdysponowania polskich środków na przyszły rok. Dużo żalu do rządu i do ministra finansów. Prezydent już wcześniej krytykował wysokie wydatki i deficyt, który ma wynieść 270 mld zł. Wtórują mu politycy PiS. Nie mamy dobrego budżetu, przede wszystkim patrzę przez pryzmat pogłębiającego się deficytu. Wydatki zaplanowano na ponad 900 mld zł. Niemal 1/4 to służba zdrowia, na którą przewidziano 25 mld więcej niż w poprzednim roku. Rekordowe 200 mld, czyli prawie 5% PKB, pójdzie na obronność. To wydatki niezbędne - ripostują politycy koalicji rządzącej. Jesteśmy państwem frontowym, więc budżet musi uwzględniać dużo większe wydatki niż w latach ubiegłych na zbrojenia. Ustawa budżetowa z Sejmu trafiła na biurko prezydenta we wtorek. Teraz Nawrocki ma 7 dni na decyzję. To jedyna ustawa bez możliwości weta. Prezydent może ją podpisać, podpisać i później odesłać do Trybunału Konstytucyjnego lub skierować do Trybunału bez podpisania. Nie wiem, co zrobię, dopuszczam każdą możliwość na dzień dzisiejszy. Politycy koalicji rządzącej braku podpisu się nie obawiają. Budżet będzie obowiązywał, nawet jeżeli nie zostanie podpisany. Odesłanie ustawy do Trybunału będzie miało inne konsekwencje. Rząd działałby w oparciu o prowizorium budżetowe. Musi wykazać się większą elastycznością w zakresie pewnych decyzji fiskalnych. Ale oczywiście oznaczać to może np. zmniejszenie wydatków jakichś konkretnych, np. na inwestycje. Skierowanie budżetu do Trybunału bez podpisu będzie oznaczało działanie na podstawie pierwotnego projektu ustawy. Nie było w nim m.in. tych poprawek Senatu. Zwiększono nakłady na bezpieczeństwo, dodatkowe środki dla ABW, dodatkowe środki dla AW. Nie sądzę, żeby zwierzchnik sił zbrojnych chciał w jakikolwiek sposób utrudniać wydatki na modernizację, transformację, uposażenia dla żołnierzy, budowę silnej i bezpiecznej Polski. Jest jeszcze ta narracja polityków PiS. Przed uchwaleniem ustawy snuli takie wizje. Słuchajcie, w najbliższych miesiącach może dojść do przyspieszonych wyborów. I mimo że budżet trafił do prezydenta w terminie, działacze PiS-u nadal przekonują o możliwości skrócenia kadencji Sejmu, jeśli Trybunał stwierdziłby niekonstytucyjność ustawy. Były prezes Trybunału ten argument odrzuca. Jest bałamutny, jest nieprawdziwy, bo to co najwyżej otwiera drogę do ponownego uchwalenia budżetu, ewentualnie pewnych jego zmian. Trybunał Bogdana Święczkowskiego i tak nie mógłby zająć się budżetem, bo obecnie nie zasiada w nim pełny skład. Orzeczenia nie są publikowane przez rząd, a TSUE uznał, że ta instytucja nie jest niezawisłym sądem. Mam złą wiadomość dla PiS: nie ma takiej możliwości, kadencja nie będzie skrócona, wybory odbędą się w 2027 r. Obowiązuje konstytucja, czy to się politykom PiS podoba, czy nie. Decyzję prezydenta w sprawie budżetu mamy poznać w ciągu kilku dni. W Białym Domu o strategicznym terytorium. J.D. Vance rozmawiał z szefami dyplomacji Danii i Grenlandii o wyspie, którą Ameryka chce mieć, a jeśli premier Grenlandii uważa, że ta należy do Królestwa Danii, to w ocenie amerykańskiego prezydenta "będzie to dla niego duży problem". Łączymy się z Marcinem Antosiewiczem. Jaki komunikat płynie po spotkaniu w Białym Domu? Komunikat Amerykanów do Duńczyków jest jasny: oddajcie nam wyspę. Ze względu na bezpieczeństwo Ameryki i bezpieczeństwo NATO. Chyba że wolicie, żeby przejęły ją Rosja i Chiny. Komunikat Duńczyków: Grenlandia nie jest na sprzedaż. Kopenhaga wysyła w tym momencie na wyspę i jej okolice więcej żołnierzy, okrętów i samolotów. Duńczycy i Grenlandczycy są jednak otwarci na większą współpracę z USA. Donald Trump mówi, że interesuje go tylko prawo własności. Jednak nie ma większości w Kongresie. Jedynie 17 procent Amerykanów podziela roszczenia Trumpa. A Dania zwiększa wojskową obecność na Grenlandii, by wzmacniać obronę i w porozumieniu z NATO ćwiczyć dla bezpieczeństwa Europy i Atlantyku. Na początek dowództwo, które ma przygotować wyspę na przyjęcie kolejnych żołnierzy wojsk lądowych. O militarnej gotowości, która ma być sygnałem dla Waszyngtonu z Grenlandii Artur Kieruzal. Od poniedziałku na lotnisku w Nuuk wylądowały już 2 samoloty transportowe duńskich sił powietrznych. Duński rząd wysyła tzw. dowództwo wysunięte, strukturę, która ma przygotować wyspę na przyjęcie większych sił wojsk lądowych. To kolejny czytelny sygnał wysłany do Waszyngtonu. Jedno musi być jasne dla wszystkich: Grenlandia nie chce być własnością USA. Grenlandia nie chce być rządzona przez USA. Grenlandia nie chce być częścią Stanów Zjednoczonych. Zarówno władze w Kopenhadze, jak i w Nuuk podkreślają: w obliczu narastającego napięcia kluczowa pozostaje dyplomacja. Jako naród grenlandzki jesteśmy otwarci na dyplomację, demokrację i sprawiedliwość. Nie sięgniemy po miecz. Na ulicach grenlandzkiej stolicy coraz częściej spotkać można duńskich żołnierzy. Dla wielu mieszkańców to znak, że Dania o wyspie pamięta. Dobrze, że są żołnierze. To ważny sygnał. Ale lepiej byłoby, gdyby wszystko dało się załatwić przy stole, bez karabinów. Całe szczęście nasze władze, premierzy Grenlandii i Danii, nie dają się prowokować Amerykanom. To byłoby najgorsze w tak krytycznym momencie. Grenlandia wchodzi dziś w nową fazę militarnej gotowości, choć jej mieszkańcy wyraźnie mówią, że nie chcą być ani polem rozgrywki, ani nagrodą w globalnym sporze. Tu, na krańcu Arktyki, coraz wyraźniej słychać jedno oczekiwanie: mniej politycznej presji, więcej rozmów, zanim demonstracja siły na dobre zastąpi dyplomację. Dziś ważny dzień dla Marynarki Wojennej. W Gdańsku odbył się chrzest i wodowanie okrętu rozpoznania radioelektronicznego. To drugi okręt z programu "Delfin", serii zaawanasowanych jednostek wywiadowczych służących do śledzenia, komunikacji oraz zbierania danych o pracy systemów, takich jak np. radary. Silna marynarka wojenna jest dla Polski nie tylko kwestią prestiżu, ale przede wszystkim gwarancją bezpieczeństwa. Musimy skutecznie chronić nasze wody terytorialne, szlaki handlowe i infrastrukturę krytyczną. W obliczu zagrożeń zdolność do kontrolowania Bałtyku stała się kluczowa dla ochrony naszych interesów oraz wypełniania zobowiązań sojuszniczych. Okręt został nazwany na cześć wybitnego matematyka i kryptologa Henryka Zygalskiego, który w latach 30. przyczynił się do złamania kodu niemieckiej Enigmy. Przyszły ORP przed przyjęciem do służby zostanie odpowiednio doposażony w wymagane systemy rozpoznawcze oraz przejdzie proces niezbędnych prób morskich. Coraz mniej porodów i coraz więcej likwidowanych oddziałów ginekologiczno-położniczych. Od miesięcy trwa dyskusja o projekcie resortu zdrowia, która zakłada m.in. całodobowe dyżury położnych w placówkach oddalonych od najbliższych porodówek o co najmniej 25 km lub transport do posiadającego lepsze zaplecze szpitala. Ministerstwo Zdrowia zapewnia: nie ma mowy o porodach na SOR-ach. Co oferuje w zamian? Bruno dopiero przyszedł na świat. Mama urodziła go w szpitalu w Poznaniu. Rodzić przyjechała z Grodziska Wielkopolskiego. To około 50 km. W Grodzisku się zamknęła porodówka już pod koniec roku, więc byliśmy świadomi tego, że tak będzie. Aczkolwiek i tak, gdyby była otwarta, to i tak zdecydowalibyśmy się tutaj na poród. Polki chcą rodzić bezpiecznie, pod najlepszą opieką lekarską. U nas rodzą kobiety z całej Wielkopolski i to nie jest kwestia, że one nie mają bliżej porodówki, tylko mają większe zaufanie do szpitala, w którym odbywa się dużo więcej porodów. To jedna z przyczyn zamykania kolejnych porodówek. Decyzją samorządu od maja w Lublinie porodówka przy ulicy Lubartowskiej zostanie połączona z oddziałem przy alei Kraśnickiej. W tej pierwszej porodów jak na lekarstwo. 1,5 porodu dziennie przy zatrudnieniu ponad 60 osób. Oddziały, na których nie rodzą się dzieci, przynoszą straty, bo NFZ płaci za wykonane świadczenia. W ubiegłym roku w całej Polsce zamknięto 26 oddziałów położniczych. Z roku na rok rodzi się coraz mniej dzieci. Porodówki będą się zamykały, jest to nieunikniona sytuacja, podobna sytuacja dotknie w niedługim czasie także rynek edukacyjny. Ten wykres przedstawia, jak spada liczba urodzeń w Polsce. Już od ponad 30 lat współczynnik dzietności utrzymuje się poniżej 2. W odpowiedzi na likwidację porodówek Ministerstwo Zdrowia przygotowuje program "Top Mama". Polki nie będą rodziły na SOR-ach, każda ciężarna ma urodzić w szpitalu, w którym jest oddział położniczy. Plan zakłada utworzenie przy oddziale ratunkowym szpitala, w którym zamknięto porodówkę, specjalnego pomieszczenia - pokoju narodzin. Wyposażonego dokładnie tak samo jak sala porodowa, w którym w przypadku porodu, który jest już tak zaawansowany, że kobieta nie będzie mogła dojechać do szpitala z oddziałem położniczym, będzie mógł się odbyć poród w bezpieczny sposób. W pokojach mają dyżurować wykwalifikowane położne, które ocenią też, czy poród można bezpiecznie odebrać na miejscu. W sytuacji wymagającej dodatkowego wsparcia przez całą dobę do dyspozycji rodzącej ma być karetka. To wszystko ma wyeliminować sytuacje, w których porody odbywają się na oddziałach ratunkowych, oraz poprawić bezpieczeństwo rodzących kobiet. Jeśli kobieta znalazła się w sytuacji wyjątkowej, awaryjnej, to powinna móc skorzystać z opieki w szpitalu, w którym jest dedykowana sala narodzin. Pokoje narodzin mają działać w miejscach, gdzie do najbliższego oddziału położniczego jest więcej niż 25 km. Rozporządzenie w tej sprawie, zgodnie z zapowiedziami resortu zdrowia, ma być wydane do końca tygodnia. "Byliśmy blisko blackoutu" - mówi minister cyfryzacji i ostrzega: "cyfrowe czołgi już tu są". Według przekazanych przez wicepremiera Krzysztofa Gawkowskiego informacji pod koniec grudnia doszło do najpoważniejszego ataku na infrastrukturę energetyczną w naszym kraju, a celem było odcięcie obywateli od prądu. O kolejnym rosyjskim sabotażu i jego możliwych konsekwencjach. Grad rosyjskich dronów i rakiet codziennie spada na Ukrainę. To efekt takich ataków: tysiące domów bez ogrzewania i prądu, ludzie cierpiący z powodu blackoutu. Podobnie mogło być w Polsce, choć bez bomb i wybuchów. Cyfrowe czołgi już stoją na ulicach polskich miast. Pod koniec zeszłego roku doszło do najpoważniejszych dotąd cyberataków na polską infrastrukturę energetyczną - ujawnia minister cyfryzacji. Wszystko wskazuje na to, że przyszły ze służb rosyjskich z jasnym celem: pozbawić na nowy rok Polaków prądu. Termin nieprzypadkowy. Kilkunastopniowe mrozy to czas największego zużycia prądu. 9 stycznia padł historyczny rekord. Blackout byłby wyjątkowo odczuwalny. O to chodzi rosyjskiej armii, która zimą bombarduje ukraińskie elektrownie. O to chodziło też hakerom wynajętym przez rosyjskie specsłużby do cyberataków w Polsce. Wszystkie te ryzyka pewnie były wzięte pod uwagę przez tych, którzy tych ataków się dopuszczali, ale nasz system działa stabilnie. Służby nie ujawniają szczegółów ataku. Wiadomo, że celem była jedna większa elektrociepłownia oraz wiele pojedynczych wiatraków i farm fotowoltaicznych. Jeżeli ja miałbym taki atak przygotowywać, to także uderzałbym w te rozproszone źródła OZE. Bo jak mówi ekspert, technologia ma narodowość. W tym przypadku głównie chińską. A Pekin i Moskwa to sojusznicy. Kiedyś szacowaliśmy, że w szczycie może być 5-6 gigawatów mocy pod kontrolą Chin. Bez wystrzelenia jednej rakiety możemy zdestabilizować system energetyczny. Rząd przygotował tzw. pakiet antyblackoutowy. W nim m.in. wymóg certyfikatów bezpieczeństwa oraz nacisk na kupowanie polskich urządzeń. To ma zabezpieczyć system energetyczny przed ingerencją z zewnątrz. Nie jesteśmy wolni od tego rodzaju działań i nie będziemy. Rosjanie, a także inni gracze na międzynarodowym polu wojny cybernetycznej, dalej będą przypuszczać ataki na naszą energetykę. Cyberataki sprzed kilkunastu dni udaremniono. To pokazuje, że polska infrastruktura energetyczna jest dobrze chroniona - mówi tester systemów informatycznych. To widać nie tylko w energetyce, ale to widać też w sektorze bankowym, gdzie stosunkowo rzadko dochodzą do nas informacje, gdzie słyszymy o naprawdę krytycznym incydencie. Polskie Sieci Elektroenergetyczne, jedna z najważniejszych polskich firm odpowiadających za rynek, już kilka miesięcy temu przygotowała ćwiczenia, które wskazywały, jak powinny zachowywać się poszczególne elementy rynku - firmy i instytucje produkujące prąd. Polska jest najczęściej atakowanym przez hakerów krajem w UE. To nawet 1,5 tys. incydentów dziennie - wylicza wiceminister obrony. Stąd choćby to porozumienie podpisane w tym tygodniu z armią USA. Dotyczy współpracy w obronie cyberprzestrzeni. Niezależne lokalne media w defensywie. Przegrywają w konkurencji z gazetami wydawanymi przez samorządy. Te miały mieć zakaz wydawania prasy, ale z projektowanych zmian w ustawie medialnej ten zapis zniknął. Czy mieszkańcy polskich miast i gmin będą czytać wyłącznie artykuły, w których przekaz kontrolują lokalni włodarze? Polska powiatowa i gminna, rządzona przez wójtów, burmistrzów i starostów. A to oni, dziennikarze niezależnych lokalnych mediów. Na co dzień patrzą samorządowcom na ręce. I właśnie dlatego miejscowym władzom ich praca nie zawsze się podoba. Nikt mnie tak przez te 50 lat nie obraził. Nie może być tak, że redaktor sobie wymyśli, bo ja nie wiem, czy pani redaktor sobie to sama wymyśliła, czy ktoś jej podesłał ten temat. Radny z Brzegu Dolnego poczuł się urażony artykułem w "Kurierze Gmin". A to efekty. Postuluję, żebyśmy przestali płacić tej gazecie. Wszelkie informacje o przetargach publicznych możemy dawać do "Gazety Wrocławskiej". Nie będziemy sponsorować kogoś, kto tylko negatywnie od wielu lat pisze o nas. To nie jest odosobniony przypadek. 66% dziennikarzy mediów lokalnych przyznaje, że spotyka się Samorządy w całej Polsce wydają własne gazety. W nich oczywiście nie ma krytyki lokalnych władz. Są za to reklamy, także tych, którzy liczą na przychylność władz i kontrakty. Ciężko przez gardło przechodzi słowo "media samorządowe", bo to są takie propagandówki, które zabierają nam rynek reklamowy, przede wszystkim oszukują mieszkańców. One są uruchamiane nie tylko po to, żeby przejąć sferę informacyjną, ale po to, żeby wypchnąć niezależne media z rynku. Gazeta wydawana przez władze Świdnicy na Dolnym Śląsku ma nakład 15 tys. egzemplarzy. Duży jak na 50-tysięczne miasto. Prywatne media nie mają z nią szans. Z samej sprzedaży nie da się utrzymać, a gdy reklam brak, zbliża się koniec. Była też gazeta, która niestety nie wytrzymała kompletnie tej nieuczciwej konkurencji ze strony samorządówki i upadła kilka lat temu. Sytuację mała uzdrowić nowelizacja ustawy medialnej. Był w niej zapis zakazujący samorządom wydawania gazet. Ale znikł na etapie konsultacji międzyresortowych. "Nie było zgody politycznej" - wyjaśniała w grudniu ministra kultury. Wydawcy, wsparci m.in. przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, apelują o jego przywrócenie. I przypominają te słowa premiera. Media, jeśli nie są w pełni niezależne, na poziomie ogólnopolskim, lokalnym, wojewódzkim, to wtedy władza staje się bezkarna. Do lokalnych, niezależnych nadawców w tym roku popłynie wsparcie. Z programu "Bliska Kultura". Przeznaczamy 10 mln zł na wsparcie mediów lokalnych poprzez publikacje treści o charakterze kulturalnym, promujących lokalne dziedzictwo, w tytułach prasowych, w stacjach telewizyjnych, w stacjach radiowych należących do prywatnych podmiotów. Resort kultury ma też twarde stanowisko w sprawie ustawy. My oczekujemy, że w ustawie medialnej zostanie utrzymany zapis zakazu wydawania prasy przez samorządy. Bo to te niezależne redakcje często rozwiązują problemy ludzi, którzy odbijają się od drzwi urzędów. Mają nas za ostatnia deskę ratunku, że my, nagłaśniając sprawę, wzbudzimy zainteresowanie innych organów. Niezależne media nie lukrują rzeczywistości. To z nich mieszkańcy mogą się dowiedzieć prawdy, a decyzje wyborcze podejmować na podstawie faktów, a nie laurek. Choćby dlatego warto zawalczyć o lokalne wolne media. W "19.30" to już wszystko, bardzo państwu dziękuję. Za chwilę "Pytanie dnia" i rozmowa z Bartoszem Arłukowiczem, europosłem Koalicji Obywatelskiej. Ciekawego wieczoru, do zobaczenia.