Mimo sprzeciwu m.in. Polski Unia Europejska podpisała umowę z Mercosur. Co dalej z Polską 2050? Obrady Rady Krajowej przerwano. Do gry wkracza Szymon Hołownia. Donald Trump nakłada cła na europejskie kraje za sprzeciwianie się zajęciu Grenlandii. Monika Sawka, dobry wieczór. Co dalej z Polską 2050? Mimo sprzeciwu 5 państw członkowskich, w tym Polski, godzinę temu w Paragwaju szefowa Komisji Europejskiej podpisała umowę handlową między Unią Europejską a państwami Mercosur. Dokument był negocjowany przez 25 lat. Skorzystają najważniejsze branże przemysłu. Polscy rolnicy obawiają się, że stracą na napływie drobiu i wołowiny. Tak kończą się trwające niemal ćwierć wieku negocjacje miedzy Europą a Ameryką Południową. Umowę handlową Unia - kraje Mercosur podpisano w Paragwaju. Umowa zakłada liberalizację handlu UE z tymi krajami Ameryki Łacińskiej. Dla Europy to przede wszystkim szansa na zwiększenie eksportu w branży motoryzacyjnej. Z państw Mercosur na nasz kontynent będzie płynęła głównie żywność. To główny powód trwających od miesięcy protestów europejskich rolników, którzy mówią o zalaniu rynku tanią żywnością niskiej jakości, bo w Mercosur nie obowiązują rygorystyczne zasady produkcji wymagane przez Unię. W praktyce oznacza to stosowanie w Ameryce pestycydów i innych chemicznych środków ochrony. W Polsce 1,7 kg na hektar ziemi uprawnej, w Brazylii 12,7 kg. To każdy z państwa może sobie porównać te wartości. To nieuczciwa konkurencja - słychać na ulicach Paryża i Brukseli. Hodujemy nasze krowy z sumieniem, jak dobrzy ojcowie i matki. To wymaga inwestycji i przemyślanej pracy. Polscy rolnicy obawiają się, że stracą na napływie drobiu, którego jesteśmy największym eksporterem, i wołowiny. Chronić mają ich klauzule, które przywrócą cła, gdy import wzrośnie o 5%. Choć część krajów Mercosur zaczyna je kwestionować, tłumacząc, że nie były częścią umowy. Ta została podpisana, choć przeciw było 5 państw - najgłośniej protestowały Polska i Francja. My jako Polska będziemy wykorzystywali wszystkie dostępne nam środki, aby zablokować lub wyeliminować wszystkie negatywne skutki Mercosur. Resorty rolnictwa i zdrowia przygotowały przepisy, które mają walczyć z importem żywności złej jakości. Zabronią wjazdu do kraju produktom, które będą zawierać pozostałości pestycydów, które nie będą tych norm spełniały. Mimo to politycy PiS zarzucają rządzącym bezczynność, złożyli też wniosek o odwołanie ministra rolnictwa. Te sprawy ruszyły w momencie przejęcia władzy przez rząd Donalda Tuska. To hipokryzja - odpowiadają rządzący. Ponieważ jest winien, to bardzo głośno krzyczy, że to nie my, tylko nasi następcy. Gdy PiS chwaliło Mercosur, to PSL alarmował, to jest rok 2019, bo wtedy kluczowe decyzje zapadały. Wicepremier przypomina m.in. te słowa byłego komisarza rolnictwa z ramienia PiS. Nie trzeba wprowadzać, żadnych barier, jeżeli komuś się będzie opłacało przywieść wołowinę z Argentyny i ją tutaj próbować sprzedać na tym rynku, który będzie wspierany takimi działaniami na rzecz właśnie tego lokalnego rynku, to proszę bardzo. A to już były szef polskiej dyplomacji w rządzie PiS, na konferencji z odpowiednikiem z Brazylii. Polska jest tutaj zwolennikiem zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a wspólnym rynkiem Południa, czyli Mercosur. Rządzący przypominają też, że na ostatniej prostej negocjacji z mniejszości blokującej zrezygnowały Włochy. Gdyby tego nie zrobiły, umowę udałoby się zablokować. Włoską premier do zostania z Polską w sojuszu miał namówić prezydent Karol Nawrocki. W fundamentalnej kwestii okazało się, że PiS nie ma żadnych umiejętności, żeby skutecznie walczyć o interesy polskich rolników. Wicepremier i minister rolnictwa chcą debaty z politykami PiS w sprawie umowy mercosur. Dajemy im fory, bo ich jest trójka, a z naszej strony dwie osoby. Bo oni się na tym nie znają. Polska chce, by umowę zbadał TSUE. Głosowanie w tej sprawie w Parlamencie Europejskim w środę. Jeśli wniosek przepadnie, Polska chce złożyć go sama. Co dalej z Polską 2050? Rada Krajowa miała zdecydować, czy po unieważnieniu drugiej tury wyborów na szefa partii powtórzyć pojedynek między Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz a Pauliną Hennig-Kloską, czy cały proces wyborczy. Niespodziewanie jednak obrady przerwano. Atmosfera była burzliwa. Do gry wkroczył ten, który mówił, że liderem Polski 2050 już nie będzie. Pytanie, czy w partii będzie teraz miejsce dla niego. Ten serial szybko się nie skończy. Prawie 6 godzin obrad Rady Krajowej. I nadal brak decyzji, jak wybrać nowego szefa partii. Zapadła decyzja o przerwie. Oficjalnie z powodu późnej pory - była 23:00. Ja osobiście wolałem dłużej pracować. Według ustaleń "19.30" powód przerwania obrad mógł być inny - układ sił w Polsce 2050 się zmienił. Stworzyły się dwa obozy, które nie chcę powiedzieć, że przeciwko sobie pracują, ale sprzeczają się, jak powinien wyglądać kształt naszej partii. Po jednej stronie Szymon Hołownia z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, kilkoma posłami i większością ministrów, po drugiej większość klubu parlamentarnego, nazywana frakcją zmiany. To tu jest czworo kandydatów, którzy startowali w pierwszej turze. W sumie oddano na nich 379 głosów. To więcej niż na Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz. Dlatego ta grupa chce powtórzenia unieważnionej drugiej tury głosowania. Przed nami tylko druga tura, im szybciej to się wydarzy, tym lepiej. Ale to dla grupy Szymona Hołowni może oznaczać utratę władzy. Stąd te słowa sprzed 4 dni. Nie wiem, nie podjąłem jeszcze tej decyzji. Czyli rozważa pan start? Nie podjąłem jeszcze decyzji. Nie chcę odgrywać figury "tatuś wrócił". Na razie Szymon Hołownia nie tyle nie chce, co nie może. Drogę do pozostania szefem partii zamknął sobie sam tą decyzją sprzed 4 miesięcy. Nie będę ubiegał się w styczniowych wyborach o funkcję przewodniczącego. Do gry mógłby wrócić, gdyby Rada Krajowa partii zdecydowała o powtórzeniu całej procedury wyborczej. Ale tu, jak ustaliła "19.30", Szymon Hołownia stracił większość. Jego propozycje wczoraj popierało zaledwie 30% członków. To dlatego, to też nieoficjalna informacja, Szymon Hołownia chciał, by decyzję o tym, co dalej z wyborami, podjęła nie Rada Krajowa partii, lecz partyjna komisja wyborcza. To głosowanie też przegrał. Po czym wylogował się z obrad. Jego zwolennicy tłumaczą to tak: Jeżeli jest daleko za granicą wraz z rodziną i u niego jest znacznie później, bo była godzina druga w nocy, to poprosił, żeby zostało przejęte prowadzenie obrad i że wróci do tego spotkania w poniedziałek. Drugiej strony to nie przekonuje. Nie możemy sobie pozwolić, żeby emocje rządziły naszymi działaniami, musimy twardo stąpać w realiach statutowych, prawnych. Obie frakcje zgadzają się w jednym: partia jest w kryzysie, nie tylko sondażowym. Michał Gramatyka, który swoje sympatie podkreślił zamieszczając dziś to zdjęcie, przypomina słowa legendarnego premiera Wielkiej Brytanii: Nigdy nie zmarnuj dobrego kryzysu - mówił podobno Churchill. Ten sam, który ze dwa razy przegrał wszystko, by później wszystko wygrać. Według obozu zmiany ta wygrana w przypadku Szymona Hołowni to raczej pieśń przyszłości. Znaleźliśmy się na zakręcie, głęboko wierzę w to, że nowa przewodnicząca będzie nas w stanie z tego zakrętu wyprowadzić. Zróbmy jak najszybciej drugą turę, żeby zamknąć temat i zamiast o wyborach w partii, rozmawiać o postulatach w partii. Szymon Hołownia, który według naszych informacji jest w Dubaju, dziś nie komentował sprawy, podobnie jak dwie kandydatki, które przeszły do drugiej tury. Co było na Radzie Krajowej, zostanie na Radzie Krajowej. To oficjalny przekaz. Na zażegnanie konfliktu w Polsce 2050 szanse są przynajmniej techniczne. Podczas wczorajszej Rady Krajowej głosowano za pośrednictwem tego samego narzędzia internetowego, które zawiodło podczas II tury. Nikt nie wrzucał żadnych screenów do internetu, więc nie było żadnych problemów. To dla części polityków Polski 2050 zamyka dyskusje cyberataku na wybory partyjnych władz. Oglądają państwo "19.30", już za chwilę: Tragiczny pożar - wczoraj zmarł 11-latek, dziś jego mama. Strażacy ewakuowali z budynku dwie osoby nieprzytomne. Tragedia, straszna tragedia. Rodzina ma pomoc psychologiczną. Najnowocześniejszy polski prom, w tle polityczna przepychanka. Przez zaniedbania poprzedniej władzy niemal utonął w długach. Możemy się pochwalić statkiem, jest wyjątkowy. Wrażenie zrobiło na mnie naprawdę duże. Donald Trump nałożył dziesięcioprocentowy cła na kraje sprzeciwiające się aneksji przez USA. Sprzeciwiają się nie tylko europejscy sojusznicy. Jeszcze nikt w historii Grenlandii nie zmobilizował mieszkańców do tak licznego marszu. Donald Trump zrobił to już dwa razy. Pierwszy raz rok temu. Drugi dziś. Tu, zaledwie 200 kilometrów od koła podbiegunowego, naprawdę wrzało od emocji. Grenlandczycy czują, że symbol demokracji i wolności, USA, depcze ich prawa i godność. Jestem tutaj, by sprzeciwić się brutalnej polityce obecnego gospodarza Białego Domu, który bez powodu chce zabrać nasz dom. Ulicami mroźnego Nuuk przeszło nawet 17 tysięcy ludzi - niemal cała społeczność stolicy Grenlandii. Ogromny, milczący pochód sprzed parlamentu przeszedł przed amerykański konsulat. Z transparentami, które mówiły jedno: to jest nasz dom. Ważne, że jesteśmy razem. Dla Grenlandczyków to bardzo ważne i wzruszające. Podobne demonstracje odbyły się także w wielu miastach Danii, w tym w Kopenhadze, stolicy królestwa, którego Grenlandia i Wyspy Owcze są nierozerwalną częścią. Choć amerykański prezydent twierdzi inaczej. Fakt, że 500 lat temu dopłynęły tam ich statki, nie oznacza, że są właścicielami tego terenu. My też mieliśmy tam mnóstwo łodzi. Potrzebujemy Grenlandii. Trump chce zająć wyspę zanim, jak twierdzi, zrobią to Rosja i Chiny. Ale duńska armia mówi wprost: w pobliżu Grenlandii nie ma obecnie okrętów Pekinu i Moskwy. Na wyspę przybyli za to europejscy sojusznicy ze Szwecji, Norwegii, Niemiec, Francji i Holandii. Biorą udział w manewrach "Arctic Endurance". Rozmawialiśmy z wieloma partnerami z NATO, również z USA, i zaprosiliśmy ich do udziału w ćwiczeniach. Polska nie wyśle tam swoich wojsk, ale Ministerstwo Spraw Zagranicznych rozważa uruchomienie konsulatu. Jeśli nasi rodacy powiedzą, że tam to by się przydało, to będziemy rozważać taki ruch. Na ulice wyszli mieszkańcy największego miasta Grenlandii. Donald Trump od lutego nałoży 10 procent cła na Danię i wszystkie europejskie kraje sprzeciwiające się przejęciu przez USA. Nie rozumieją, dlaczego Donald Trump tak uparcie chce ich wyspy, skoro od ponad 70 lat obowiązuje specjalna umowa między USA a Danią, gwarantująca Amerykanom dostęp wojskowy i strategiczny. Około 75% Amerykanów uważa, że przejęcie Grenlandii to zły pomysł. Ja również tak uważam. Kongresmani i senatorowie zapowiadają blokowanie zapędów Trumpa. Wczoraj 11-osobowa delegacja przyleciała do Kopenhagi. Z szacunkiem wysłuchaliśmy naszych przyjaciół i sojuszników z Danii i Grenlandii. Lecimy teraz do USA, by o tym opowiedzieć i obniżyć temperaturę. Na to liczą dziś ci ludzie, tłumy zaniepokojonych mieszkańców Nuuk. Inuici maszerują całe życie. Kiedyś by utrzymać ciepło. By przetrwać. Dziś po coś więcej, by utrzymać swoją ziemię. Bo gdy maszerują ci, którzy przez wieki milczeli, świat naprawdę powinien słuchać. Ukraińska energetyka na krawędzi. Po masowym ataku Rosjan wielu mieszkańców Kijowa nadal żyje bez światła, niektórzy też bez ogrzewania. Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy. Ukraińskie władze mówią o terrorze i przyznają, że rezerwy paliwowe wystarczą na około 20 dni. Pomoc zaoferowała już Wielka Brytania. Kijów w tak dramatycznej sytuacji nie był jeszcze nigdy. Mieszkańcy stolicy od tygodnia żyją w ciemności i przeraźliwym chłodzie. Próbują przetrwać mroźną zimę w mieście atakowanym dzień w dzień przez armię Putina. Wśród nich Oksana. Mieszkamy na 23. piętrze w 36-piętrowym wieżowcu. I każdego dnia, powiem żartobliwie, zajmujemy się sportem, bo trzeba chodzić po schodach. Do pracy, po zakupy, z dziećmi i z psem, który nie pyta, czy w bloku jest prąd. Na spacer wyjść musi. Prąd włączają czasem na chwilę późno w nocy, na przykład około 1:00. Wtedy człowiek wstaje i zaczyna gotować, bo nie wszystko da się przygotować na kuchence gazowej. Barszczu na przykład nie da rady. A najbardziej lubię go zjeść. Od razu cię ogrzewa i napełnia do syta. Stolica otrzymuje obecnie jedynie połowę potrzebnej do funkcjonowania energii. A mrozy sięgają minus 20 stopni. I będą trzymały przez co najmniej kolejne dwa tygodnie. Dlatego mer Kijowa wezwał mieszkańców do ewakuacji. To nic innego jak ludobójstwo, ponieważ Putin nie potrzebuje nas, Ukraińców, potrzebuje terytorium. Stąd ataki, przede wszystkim na obiekty energetyczne, aby pozbawić ludzi ogrzewania, wody i prądu. Sytuację ratują tak zwane punkty niezłomności, których w całym kraju jest około 10 tysięcy. W samej stolicy 1300. Tu można się ogrzać, naładować telefon, napić ciepłej herbaty. Syn namawia mnie, żebym przyjechała do niego chociaż na ten czas, kiedy jest tak zimno w mieszkaniu, ale jeszcze się zastanawiam. Bo to trudna decyzja. Jednak człowiek przywykł do tego, żeby być u siebie w domu. W takich punktach wiele starszych osób spędza nieraz wiele godzin. Bo choćby kuchenka gazowa to koszt około 300 złotych. A średnia emerytura to 500. Niczego nie dam rady kupić, bo ceny poszły w górę na dwa razy. W energetyce od środy obowiązuje stan nadzwyczajny. Priorytet w dostawach prądu mają szpitale, szkoły i inne obiekty krytyczne. Mniejsze firmy muszą czekać. Piotr od tygodnia rozpoczyna każdy dzień pracy w przejmującym chłodzie. No i w pracy rano jest minus 12 stopni mrozu w pomieszczeniu. Teraz już po kilku godzinach grzania jest plus 3. W trwającym sezonie grzewczym Rosja zaatakowała obiekty energetyczne Ukrainy już ponad 250 razy. Najczęściej uderzała w infrastrukturę Kijowa i okolic. Mamy informacje od wywiadu, że Rosjanie przygotowują się do kolejnych masowych ataków. Dlatego ciągle rozmawiamy z naszymi partnerami o rakietach i systemach obrony, jakie są niezbędne dla naszego bezpieczeństwa. Na razie ich brakuje. Jantar ochrzczony. W tle polityczny spór, kto jest ojcem sukcesu. Nowy prom pasażersko-samochodowy, największa i najnowocześniejsza jednostka polskiej floty promowej, został zaprezentowany w Szczecinie. Na jego pokładzie będzie mogło zmieścić się 400 osób. Przez zaniedbania poprzedniej władzy niemal utonął w długach - mówi premier. Według opozycji, gdyby nie PiS, promu by nie było. Niemal 200 metrów długości i 400 miejsc dla pasażerów. Jantar - najnowocześniejszy prom polskiej floty. Ochrzczony i gotowy do żeglowania po Bałtyku. Szczecinianie pod wrażeniem. Bardzo duży, bardzo ładny. W szoku jesteśmy. W ogóle wygląd tego. I praca ludzka tych, którzy to wybudowali. Dla całej grupy polskiej żeglugi morskiej i dla wszystkich ludzi morza ten moment, kiedy możemy się pochwalić statkiem, jest wyjątkowy i bardzo dużo znaczy. To pierwszy od ponad 30 lat prom zbudowany dla polskiego armatora. Morski skok technologiczny dla pasażerów i dla załogi. Ekologia i komfort połączona z ekonomią to jest najwyższa klasa tego promu. Jest to inwestycja niestety dla rynku, dla Unity Line spóźniona o kilka lat. Miała mnóstwo perturbacji. To powód politycznego sztormu, który rozszalał się wokół promu Jantar jeszcze przed pierwszym rejsem z pasażerami. Przez zaniedbania poprzedniej władzy niemal utonął w długach. Nasz rząd przeznaczył ponad miliard złotych na ratowanie tego przedsięwzięcia. Mówi szef rządu i przypomina te wydarzenia sprzed 9 lat. Mateusz Morawiecki w otoczeniu innych polityków PiS-u kładł stępkę pod prom w stoczni szczecińskiej. To miał być początek programu Batory - reaktywacji polskiego przemysłu stoczniowego poprzez budowę statków pasażerskich dla rodzimych armatorów. Przyjechaliśmy tutaj, żeby dać z powrotem nadzieję na rozwój stoczni szczecińskiej. Mówił wtedy wicepremier w rządzie Beaty Szydło. Mateusz Morawiecki i ówczesny minister gospodarki morskiej dziś mówią tak: Śmialiście się ze stępki, to teraz patrzcie. Pierwszy polski prom z programu PiS zaprojektowany i zrealizowany w polskiej stoczni. Chyba jednak to Tuskowi musi być łyso. Dwa lata, a wy dalej chwalicie się inwestycjami z czasów mojego rządu, jeżeli jakimś cudem ich jeszcze nie opóźniliście. Jednak opóźnienia były już na starcie. Na początku 2020 roku na wodowaniu tego promu. Takie były zapowiedzi. Prom powstawał 6 lat dłużej. I nie w stoczni szczecińskiej, tylko tu, w prywatnej stoczni gdańskiej. Tam na kilka tygodni przed utratą władzy przez PiS zwodowano kadłub Jantara. Mam taki apel do polityków PiS-u. Po wielkich planach dla stoczni szczecińskiej została rdzewiejąca jedynie stępka i ten młotek premiera Morawieckiego - mówi wiceminister infrastruktury. To jest symbol nieudolności poprzedniego rządu, ich niekompetencji. A myślę, że jak biorą się za gospodarkę morską fachowcy, to są takie efekty jak nowy prom Jantar. Stępka w stoczni szczecińskiej kosztowała kilkaset tysięcy złotych. Tam wyrzucano pieniądze, których z kolei później brakowało na budowę promu - wytykają rządzący. Ten projekt nie miał finansowania, miał gigantyczne długi i skończyłby się jak rdzewiejąca stępka Morawieckiego i Gróbarczyka. Prom Jantar połączy Polskę i Szwecję. Pierwszy rejs ze Świnoujścia do Trelleborga 20 stycznia. W przyszłym roku dołączy do niego bliźniacza jednostka Bursztyn. Rodzinna tragedia w Wielkopolsce. W domu jednorodzinnym w Myjomicach wybuchł pożar. Jeszcze przed przyjazdem na miejsce strażaków ojciec wyprowadził z płonącego budynku dwoje dzieci. Matka pobiegła na poddasze po niepełnosprawnego syna. Ogień rozprzestrzenił za szybko. Oboje zginęli. 11-latek na miejscu, 38-latka w szpitalu. Myjomice w Wielkopolsce. To tu rozegrał się rodzinny dramat. Ojcu udało się wynieść z domu dwójkę młodszych dzieci, roczne i czteroletnie. Matka próbowała uratować z pożaru najstarszego, niepełnosprawnego syna. Oboje wydostali z budynku dopiero strażacy. Po przybyciu na miejsce stwierdzono już rozwinięty pożar na poddaszu budynku. Strażacy przystąpili do działań gaśniczych. Jednocześnie ewakuowali z budynku dwie osoby nieprzytomne. 11-letni chłopiec zmarł na miejscu, 38-letnia matka - kilka godzin później w szpitalu. Sąsiedzi rodziny są w szoku. Większość nie była w stanie rozmawiać. Straszna tragedia dla rodziny to jest. Jest już organizowana zbiórka, rodzina ma pomoc psychologiczną. Według wstępnych ustaleń do pożaru mogła doprowadzić awaria instalacji fotowoltaicznej. Do śmierci matki i syna miało doprowadzić zatrucie toksycznymi gazami pożarowymi. Powstają w wyniku spalania różnych substancji i rzeczy, które są w miejscu, w którym jest pożar. Najgroźniejszy jest cyjanowodór i tlenek węgla. Służby nadal ustalają przyczyny pożaru w domu w Jaszczowie-Kolonii na Lubelszczyźnie, który wybuchł dziś rano. Strażacy z zadymionego budynku wynieśli dwie kobiety w wieku 59 i 89 lat. To matka i córka. Mimo wysiłku służb nie udało się ich uratować. Wiemy, że w momencie wejścia strażaków do środka budynku panowało w nim bardzo duże zadymienie. W Nowym Dworze Gdańskim ogień wybuchł na parterze rodzinnego domu dziecka. Na szczęście dziewiątka dzieci, które znajdowały się w momencie pożaru w budynku, zostały bezpiecznie ewakuowane przez opiekuna. Dzieci nie odniosły obrażeń, ale wymagały wsparcia psychologicznego. Nie wiadomo, kiedy będą mogły tu wrócić, bo budynek wymaga remontu. Dzieci są bezpieczne i dochodzą do siebie w drugim domu. To już czarna seria w ostatnich dniach. Od początku października doszło do blisko 12 tysięcy pożarów w budynkach mieszkalnych, w wyniku których śmierć poniosło 160 osób. Wśród najczęstszych przyczyn eksperci wymieniają błędy w dogrzewaniu mieszkań i przeciążenie instalacji elektrycznych. Używamy często niesprawnych lub niepoddawanych przeglądom urządzeń, do tego dochodzi również kwestia właściwego zadbania i czyszczenia przewodów kominowych. Dlatego nie ustają apele o regularne przeglądy instalacji grzewczych i wentylacyjnych oraz o montowanie czujek dymu i czadu. Jeśli wykryjemy pożar we wczesnej fazie, to nie będzie nagromadzenia toksycznych, trujących gazów, które przynoszą te najgorsze skutki. Straż pożarna ustaliła, że domu w Myjomicach nie było czujek dymu. Jakie macie plany na ferie? Pojechać na narty do Zakopanego! Na stokach już widać większy ruch. Ludzi jest dość sporo, ale ten ruch rozkłada się dobrze, warunki są przyjemne. Widoki mega, dzisiaj słoneczko, pogoda. Ci, którzy zaczęli ferie, ruszyli do zimowej stolicy Polski. W tym roku zamiast 4 terminów ferii są 3. Jako pierwsi dwutygodniową przerwę w nauce rozpoczęli uczniowie z województw mazowieckiego, pomorskiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego. Ferie by były udane, muszą być bezpieczne. O wypadek na stoku nietrudno. Najczęściej są to upadki, ale zdarzają się również potrącenia, najechania, zderzenia na stoku. Wiele krajów europejskich wprowadza wymóg posiadania kasku, więc warto się w ten kask zaopatrzyć. Nie są to duże pieniądze, a naprawdę to może nas uratować przed poważną kontuzją. Poważnym wypadkiem mogą się też skończyć piesze wędrówki, zwłaszcza jeśli nie mamy zimowego sprzętu i odpowiednio nie zaplanujemy wycieczki. W Tatrach powyżej granicy lasu obowiązuje trzeci, znaczny, stopień zagrożenia lawinowego. W dosyć wielu miejscach stabilność pokrywy śnieżnej jest taka, że mogą być spore prawdopodobieństwa wyzwolenia lawin. Tatrzański Park Narodowy wspólnie z TOPR i PZU uruchomił Lawinowe Centrum Treningowe na Kalatówkach. Kilka zasypanych skrzynek, które imitują zasypanych poszkodowanych. Bardzo fajne miejsce, żeby potrenować akcję ratunkową. Bo nie znamy dnia ani godziny, gdzie ta lawina nas może przysypać. Albo możemy też być świadkiem. Służby proszą o rozwagę - niezależnie gdzie spędzamy ferie. Apelują też, by nie wchodzić na zamarznięte jeziora czy stawy. W Kwidzynie 80 strażaków z Pomorza ćwiczyło ratowanie ludzi. Oby ta wiedza nam się nie przydała, jednak ferie jest to okres zimowy, lód jest zamarznięty na różnych rozlewiskach. Ktoś wpadnie na lód w ciuchach... Najlepiej niech położy ręce na lód i niech one mu przymarzną, wtedy nie pójdzie pod wodę. Bo jak pójdzie pod wodę, to już wzywamy tylko nurków. O bezpieczeństwo warto zadbać także w czasie podróży. Policja i Inspekcja Transportu Drogowego uruchomiły punkty kontroli autokarów w całym kraju. Będziemy sprawdzać przede wszystkim stan trzeźwości, wyposażenie, oznakowanie. W szczególności zwrócimy uwagę na stan ogumienia. Początek ferii ma upłynąć pod znakiem prawdziwie zimowej aury. Mróz ma trzymać co najmniej do końca stycznia. Uczniowie z Wysokiej Głogowskiej ferii jeszcze nie mają. Mało tego, dziś chętnie przyszli do szkoły. Nic dziwnego, na sali gimnastycznej zaśpiewała popularna wśród młodzieży Roxie Węgiel. Ten koncert oficjalnie otworzył podkarpacką część projektu "Polska na TAK". Reporterzy TVP Info byli też w Lipnie. To nasza mała ojczyzna. Jestem mieszkańcem Lipna i musiałbym długo opowiadać, z czego jestem dumny. Bardzo dziękujemy TVP za program Polska na Tak, zapraszamy do powiatu lipnowskiego, bo warto tu przyjechać. Podobno dzieci od tygodnia zamiast dzwonka na lekcje słyszały tu piosenki Roxie Węgiel. Miło mi, że mieliście moje numery jako dzwonki. Czuję, że się przygotowywaliście na mój przyjazd, mega to miłe. Wspaniałe przeżycie, nie do zapomnienia. Spełnienie marzeń dla wielu osób. Ja już państwu dziękuję za uwagę. Czas na Pytanie Dnia. W studiu są już Marek Czyż i jego gość, mecenas Przemysław Rosati, Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej. Do zobaczenia jutro o 19:30.