Rz@dowe przymiarki. Kto zostanie, a kto si- po¼egna z tek@ ministra? Noce w schronach. Jak wygl@da ¼ycie pod bombami? Przypomnie^ i pom#c tym, kt#rzy ¼yj@ z niewidoczn@ chorob@. Dobry wieczór, zapraszam na "19.30". Cel jest opisany jasno: dowozić, przekonać elektorat i wygrać wybory. Ma już nawet kto te sukcesy komunikować, ale na tym proste założenia i proste działania się kończą. Przed rządem dyskusje o rekonstrukcji przez redukcję, a to zawsze trudne rozmowy, bo partie koalicyjne rozmiary mają różne, ale ego takie samo. O przymiarkach do mniejszego rozmiaru. Niech nikt nie śpi spokojnie. To odpowiedź na pytanie o rządową rekonstrukcję. Ma być nie tylko odchudzenie, ale i usprawnienie. To nie jest z mojej strony wskazanie ta zła, ten się nie udał, tamtemu nie wyszło. Tylko to będzie efektem uzgodnionej wspólnie z koalicjantami nowej konstrukcji rządu, która ma dawać szanse na dużo większy impet i sprawność działania. Obecnie w rządzie oprócz premiera jest 26 ministrów. Zniknąć mogą pełnomocnicy. Część resortów zostanie połączona. Ja chcę o energii rozmawiać z jednym ministrem, a nie z pięcioma spierającymi się, więc będziemy komasować tam, gdzie to ma logiczne uzasadnienie. Cel zmian w rządzie jest jasny: Ma dowieźć wszystkie tematy, odbudować zaufanie i wygrać wybory w 2027. Bedzie się działo. Na pewno już się tam kłócą i denerwują, kto kogo będzie oddawał. Ministrowie zapewniają, że są gotowi na każdy scenariusz. Nie, nie jestem spakowana. Te decyzje należą do liderów, ja czuję, że nasz resort pracował bardzo dobrze. To decyduje premier, więc nikt nie jest nigdy pewny żadnej pozycji. Trudno wystawiać sobie samemu ocenę. Jeżeli ci, którzy oceniają, uznają, że należy podjąć taką, a nie inną decyzję, no to trzeba będzie się z tym pogodzić. Przed liderami koalicji rozmowy. Dopiero potem rekonstrukcja. Myślę, że ostatni tydzień lipca, pierwszy tydzień sierpnia. Uczciwa wymiana członków rządu, uczciwa koordynacja tego procesu, ewentualne łączenie ministerstw. Szymon Hołownia przy okazji rekonstrukcji chce stanowiska wicepremiera dla Polski 2050. Np. pani Pełczyńska-Nałęcz w tym obszarze jest bardzo dobrą kandydatką. Jeżeli nasz wicepremier, to wicepremier od rozwoju właśnie. Ja, jak powiedziałem, do rządu się nie wybieram. Mimo że w listopadzie przestanie być marszałkiem Sejmu. Będziemy przestrzegać umowy koalicyjnej, w której jest zamiana marszałka Hołowni na Włodzimierza Czarzastego. Rządowe cięcia mogą objąć też wiceministrów, których jest ponad 80. Można w różnych miejscach szukać tych zmian. Rząd w szerokim rozumieniu to też wiceministrowie. Pierwsza zmiana już jest - to rzecznik rządu. Adam Szłapka to polityk Nowoczesnej, dotychczasowy minister do spraw europejskich. Tak jak bezobjawowa była ta prezydencja, tak bezobjawowy był pan Szłapka. My się mamy czym pochwalić. Pewnie przez ostatni czas byliśmy zbyt skromni. To teraz czas, żebyśmy naprawdę zaczęli się tym chwalić. Po przegranych wyborach prezydenckich rzecznika rządu głośno domagali się koalicjanci. Dla mnie rzeczą kompletnie niezrozumiałą jest to, że my dotąd nie mieliśmy kogoś, kto by 8 godzin dziennie opowiadał, co zrobiliśmy. Co kończy się tym, że przychodzą tacy, którzy przez te 8 godzin dziennie opowiadają o tym, czego nie zrobiliśmy. Adam Szłapka formalnie nową rolę w rządzie rozpocznie z końcem czerwca, kiedy zakończy się polska prezydencja. No to zaczynamy. Na biurku kładę te 2 rzeczy: telefon, żeby być z wami w kontakcie, być cały czas dostępny, i teczka z sukcesami rządu. Premier Donald Tusk w internetowym wpisie pyta o prawdziwe wyniki wyborów prezydenckich, Sąd Najwyższy informuje o co najmniej 50 tysiącach protestów wyborczych. Jednocześnie rzecznik sądu podkreśla, że żądanie ponownego przeliczenia głosów w całym kraju jest prawnie niedopuszczalne. Jeżeli wyborca stwierdził, że w jego komisji wyborczej doszło do jakichś nieprawidłowości konkretnych, wówczas może, nawet powinien złożyć protest wyborczy, ale protest wyborczy nie służy do tego, żeby zakwestionować wybory w całości. Do sprawy wyborczych protestów w mediach społecznościowych nawiązał premier. Nie jesteście tak zwyczajnie po ludzku ciekawi, jakie są prawdziwe wyniki głosowania? - to pytanie skierował do prezydenta Andrzeja Dudy, do Karola Nawrockiego i Jarosława Kaczyńskiego. Dopisał jeszcze, że uczciwi nie mają się czego bać. Nie jestem ciekawy wyników wyborów prezydenckich, bo je znam. Ogłosiła je oficjalnie Państwowa Komisja Wyborcza - odpowiedział Andrzej Duda i dodał: Niech pan z kolegami zaprzestanie prowokacji, kłamstwa i nacisków. To nie służy Polsce i poczuciu bezpieczeństwa naszych Rodaków. Niepełnosprawności, których nie widać. Ja niedosłyszę, mąż niedowidzi, tak się fajne zgraliśmy. Dla mnie ważne, by inność i różnorodność w tym kraju była widziana. W tej wojnie nie ma frontu, bo strony oddzielają dwa państwa, ale cały jej koszmar i tak spada z nieba i nie ma litości. Izrael wysyła samoloty nad Teheran, ale jego miasta też pod ogniem rakiet i dronów. Jak się toczy życie, gdy wyją syreny? Ludzie mają tego wszystkiego dosyć. Z takim przeciwnikiem i dużymi rakietami Izrael jeszcze nigdy nie miał do czynienia. Dlatego władze wprowadziły bezprecedensowe restrykcje. Zakazane są zgromadzenia. Praca i szkoła odbywają się zdalnie. Gdy tylko jest spokojniejszy moment, Izraelczycy chcą zachować trochę normalności. Wtedy ruszają do pojedynczych otwartych sklepów. Gdy tylko Iran wystrzeliwuję rakiety, dostają na telefon alarm. Wtedy posłusznie ruszają do schronów. Tak było minione i nocy. Tak będzie zapewne także tej nocy. Mieszkańcy Bat Yam pod Tel Awiwem wciąż nie mogą otrząsnąć się po tragedii. To była straszna noc. Usłyszeliśmy wielki wybuch, cały dom się trząsł. Powywracała nas fala uderzeniowa, nie da się tego opisać słowami. To w ten wieżowiec tydzień temu uderzył irański pocisk balistyczny. Zginęło 10 osób, blisko 200 zostało rannych. To miejsce stało się symbolem wojny, która na zawsze zmieniła życie Izraelczyków. Po 8 dniach od rozpoczęcia konfliktu Tel Awiw ma dwa oblicza. Mieszkańcy miasta, gdy tylko mogą, próbują wieść normalne życie. Ale to zmienia się w ułamku sekundy, gdy wyją syreny informujące o zbliżającym się ataku wroga. A wyją często, przede wszystkim w nocy. Od początku wojny Iran wystrzelił w stronę Izraela blisko 500 pocisków balistycznych. Izraelczycy za każdym razem słysząc taką syrenę w panice i popłochu ruszają do schronów. Od 30 lat każdy budowany w Izraelu budynek obowiązkowo musi mieć taki schron. Ale te starsze ich nie posiadają. Dlatego izraelskie rodziny próbują pomagać sobie nawzajem. Mieszkamy na co dzień w starym domu, bez bunkra. W nocy jest z reguły kilka alarmów, za każdym razem musiałabym wychodzić z domu i biec na drugą stronę ulicy, razem z dzieckiem. To bardzo stresujące. Dlatego przyjechaliśmy tutaj. Sarah z mężem i 3-letnim synkiem przeprowadzili się więc do mieszkania brata. I każdą noc spędzają w schronie. Tak wygląda bezpieczny pokój, czyli schron. Ma stalowe drzwi, które nie przepuszczają powietrza. Poza tym wzmocnione są ściany, to mieszanka stali i cementu, więc nawet gdy zawali się cały dom, ten pokój zostanie nienaruszony. W oknach są też specjalne zasłony. Ta wojna jest dużo bardziej przerażająca niż wszystkie dotychczasowe. Sporą część czasu spędzamy w zamknięciu. Mam nadzieję, że zakończy się to jak najszybciej. Władze Izraela zapowiadają jednak, że ta wojna szybko się nie skończy. Potrwa tak długo, ile będzie trzeba, to jest odpowiedź. Stajemy w obliczu egzystencjalnego zagrożenia. Podwójnego zagrożenia: irańskich rakiet i bomb atomowych. Tej nocy Iran ponownie wystrzelił w stronę Tel Awiwu pociski balistyczne. Izrael w odwecie zaatakował irańskie składy broni i wyrzutnie rakiet oraz ośrodek nuklearny w Isfahan - największy taki w Iranie. Ale ostrzeliwując obiekty nuklearne Izrael nie oszczędza też cywilów. Reżim w Teheranie po raz pierwszy od tygodnia podał zaktualizowaną liczbę ofiar tej wojny. W ciągu ostatnich 8 dni udzieliliśmy pomocy ponad 3500 rannym. Zginęło ponad 430 osób. Amerykańskie bombowce B-2 kierują się w stronę Iranu. Wcześniej Donald Trump zapowiedział, że decyzję co do udziału amerykańskiego wojska w tej wojnie podejmie za dwa tygodnie. Dorośli mają swoje wojny, a dzieci mogą w nich tylko cierpieć. W strefie Gazy głód, choroby, śmierć i rozpacz odbierają dzieciom wszystko, bo rodzice albo giną, albo nie są w stanie ich ochronić. Brakuje wszystkiego, od żywności i wody po leki i paliwo. Gdzie się podziewa cywilizacja i człowieczeństwo, gdy dzieci z głodu jedzą trawę? Ostatnie pożegnanie z tatą. Ojciec tej dziewczynki zginął, próbując zdobyć jedzenie w izraelskim punkcie pomocy. Do czego doszliśmy? Do czego? Takich dzieci jest więcej. Według organizacji charytatywnej Al Amal Institute od początku wojny w Gazie prawie 40 tysięcy dzieci straciło przynajmniej jednego rodzica. Zbombardowali miejsce, w którym byliśmy. Mama i tata zginęli, mój najmłodszy brat też. Ranne, zmagające się z traumą, prześladowane wspomnieniami śmierci rodziców. Opiekują się nimi dalsi krewni, lekarze z nielicznych czynnych szpitali oraz wolontariusze organizujący prowizoryczne sierocińce. Każde dziecko ma bolesną historię. A każda ta historia zawiera frustrację, ból, cierpienie i smutek. Bo prawie każde dziecko w Strefie Gazy wie, co znaczy być przesiedlonym, widzieć swój dom w gruzach, stracić bliskich. A międzynarodowe organizacje alarmują: dzieci z enklawy desperacko potrzebują pomocy. Skala cierpienia dzieci w Strefie Gazy narusza wszelkie ludzkie standardy. Nie ma żadnego uzasadnienia dla pozbawiania najmłodszych dostępu do środków przetrwania, takich jak żywność i opieka zdrowotna. W enklawie brakuje wszystkiego, z wodą pitną i żywnością na czele. Dzieci jedzą trawę, by choć trochę zapełnić żołądek. Nie mamy jedzenia. Potrzebujemy mąki. Wkrótce może też zabraknąć wody. Działa tylko 40% zakładów produkujących wodę pitną. Prognozy mówią o nadchodzącej suszy, brakuje też paliwa do jedynej pozostałej w Strefie Gazy instalacji odsalania wody. Możemy znieść brak jedzenia, ale woda jest niezbędna. Nie mogę odmówić dziecku wody. Paliwo jest też potrzebne w szpitalach, w których codziennością są braki w dostawach prądu. Zagrożone jest przede wszystkim życie noworodków, które są uzależnione od inkubatorów i respiratorów. Ale osierocone, cierpiące z głodu dzieci i tak mogą mówić o szczęściu. Bo przeżyły i mogą mieć nadzieję. Chcę zostać lekarzem. W ciągu ostatnich 12 miesięcy w Gazie zginęło już ponad 15 tysięcy dzieci. Długo na to czekali i wreszcie jest. Siarhiej Cichanouski, mąż liderki białoruskiej opozycji, Swiatłany Cichanouskiej, został uwolniony. Władze Białorusi wypuściły na wolność 14 osób, w tym troje Polaków. Liderka opozycji nie ukrywa, że za decyzją o jego uwolnieniu stały działania dyplomatyczne. Podziękowała prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi oraz specjalnemu wysłannikowi Stanów Zjednoczonych do spraw Ukrainy, Keithowi Kelloggowi. To właśnie on spotkał się w sobotę z Aleksandrem Łukaszenką. Według informacji przekazanych przez rzecznika litewskiego rządu, wszystkie uwolnione osoby znajdują się już na terenie Litwy i są bezpieczne. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zapewnił, że rząd będzie kontynuował działania na rzecz uwolnienia pozostałych Polaków, w tym dziennikarza Andrzeja Poczobuta. Kolejny w tym roku długi weekend jeszcze trwa, ale są statystyki, z którymi nie trzeba czekać do niedzieli, by widzieć, że mało się zmienia. Prawo jest surowe, można stracić uprawnienia, a nawet samochód, ale pijani kierowcy to ciągle groza polskich dróg. I trochę wstyd ustawodawcy, bo nie ubywa tych, którzy są skłonni sprawdzić, czy całe to prawo ich też dotyczy. Po pościgu trasą S8 stołeczni policjanci zatrzymali pijanego kierowcę golfa. 40-latek miał dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu. W trakcie ucieczki kilkukrotnie jechał pod prąd i wjechał w policjanta, który usiłował go zatrzymać. Była to bardzo niebezpieczna sytuacja, w tym przypadku dotyczyło to policjanta, ale miejmy świadomość, że w momencie, kiedy zdesperowany kierowca ucieka, stwarza ogromne zagrożenie. Kierowca miał zakaz prowadzenia pojazdu i był poszukiwany listem gończym. To już Droszków w województwie lubuskim. Tu również pijany kierujący próbował uniknąć policyjnego zatrzymania. W jego krwi było ponad półtora promila alkoholu. Okazało się, że to znany lekarz. Tłumaczył, że miał za sobą ciężki dyżur. Policjanci zażądali, żeby mężczyzna otworzył drzwi, ale nie reagował, wobec tego wybili szybę, wyciągnęli mężczyznę i obezwładnili. Proszę nabrać powietrza i mocno dmuchamy. Od początku długiego weekendu policjanci zatrzymali już blisko tysiąc nietrzeźwych kierowców. Szacuje się, że nawet niewielka dawka alkoholu, pół promila alkoholu we krwi, trzykrotnie wydłuża czas reakcji. Problem miała ograniczyć konfiskata samochodów pijanych kierowców, ale efekty są znikome. Do tej pory zarekwirowano blisko 9,5 tysiąca aut. W ubiegłym roku pijani kierujący spowodowali ponad 1200 wypadków, w których zginęło 170 osób. To nieznaczny spadek rok do roku. Nie działa niestety, bardzo często dochodzi do takich kuriozalnych sytuacji, w których osoba, która prowadziła pojazd, nie jest jego właścicielem, był leasingowany, ewentualnie jest to samochód o bardzo małej wartości i tak naprawdę niewiele to zmienia. Tu powinny być przepisy ujednolicone i odpowiedzialność powinna być nie od wartości samochodu, ale od wartości minimalnej ustalonej przez rząd. Zdaniem ekspertów kluczem jest nieuchronność kar i nałożenie sankcji również na osoby, które przyzwalają na prowadzenie po alkoholu. Policja zapowiada wzmożone kontrole, do końca długiego weekendu. Nie będzie tutaj pobłażliwości, będziemy kontrolować i będziemy wyciągać konsekwencje. Od czwartku na polskich drogach zginęło 11 osób, a blisko 250 zostało rannych. Wczoraj oddał cumy i wyszedł z Gdyni. Dar Młodzieży ze studentami na pokładzie płynie na Morze Północne, by wziąć udział w regatach Tall Ship Races. Nasza biała fregata rocznik 81. znów zada szyku wśród najbardziej efektownych żaglowców świata. A skoro przy wieku jesteśmy, to jest zapowiedź zmiany warty. Dar Młodzieży znów w morzu. Majestatyczny żaglowiec zabrał w rejs grupę ponad 120 studentów uniwersytetu Morskiego w Gdyni. To będzie dwumiesięczna rozłąka z synami, córkami, wnukami. Powróciły moje wspomnienia, jak męża żegnałam, jak wypływał przez tyle lat, tak że jestem bardzo wzruszona. Ja jestem po 42 latach na morzu, tak że jakaś kontynuacja rodzinna. Dar Młodzieży zawinie do kilku portów, między innymi do Dunkierki, Aberdeen czy Bremerhaven. Jest to ogromna przygoda, nie każdemu zdarza się mieć okazję popływać na tak ogromnym żaglowcu i to po regatach w dodatku. Mowa o regatach The Tall Ship Races 2025. Studentów czeka więc żeglarski wyścig. Owszem jest to przygoda, ale rektor uczelni zapowiada też krew pot i łzy, słowem: szkołę życia. Malowanie, obieranie ziemniaków, wchodzenie na maszty, rzucanie żagli, chodzi o to, żeby oni nabrali szacunku do żywiołu, żeby zrozumieli, że sami w morzu nic nie znaczą. Co innego w grupie. Dlatego ważna jest praca zespołowa. Przede wszystkim też będą próbować w morzu przećwiczyć to, co się nauczyli na zajęciach teoretycznych, to jednak nie jest to samo. W sali wykładowej możemy mówić na sucho, w morzu wychodzi cała prawda. Dar Młodzieży, 100-metrowa, trójmasztowa fregata, to ambasador Polski w morskim świecie i legenda. W historii żaglowiec zapisał się między innymi tym wyczynem. W 1988 roku, kiedy Australia świętowała 200-lecie osadnictwa, na oczach świata, pod pełnymi żaglami przepłynął pod Sydney Harbour Bridge. Żaglowiec pod wodzą kapitana Leszka Wiktorowicza odbywał wtedy rejs dookoła świata. Jednostka ma już 44 lata. Dar Młodzieży się kończy. Chociaż z zewnątrz wygląda doskonale, wewnątrz nie jest tak elegancko. Myślę, że to jest ostatni moment, żeby rozpocząć prace nad nowym statkiem. Założenie było takie, że zanim osiągnie 50 lat, żeby był już następca, no i do tego dążymy. Na razie, z tego co widać, mamy zielone światło. To zielone światło premier zapowiedział już w maju. Przeznaczyliśmy już środki, blisko 400 milionów złotych. Kolejny polski szkoleniowy żaglowiec, być może jest, to jest na razie wizualizacja. Na razie szef rządu nie określił, kiedy miałby zostać zbudowany, ani czy będzie to kolejny dar po Darze Młodzieży. Wiadomo natomiast kiedy z rejsu wrócą studenci, na których już czekają bliscy. Najpierw się trochę tęskni, a później trochę bardziej. W sierpniu wrócą, mam nadzieję, cali i zdrowi. A do tego czasu - pomyślnych wiatrów. Wzywa się ich na pomoc, gdy czas jest cenniejszy od krwi, z którą wycieka szansa na przeżycie. Tego czasu nigdy nie mają dużo, do działań muszą ruszyć w 3 minuty, dlatego na tych dyżurach każdy zna swoje miejsce i zadanie. A potem jest warkot wirnika, spokój procedur i nadzieja wniesiona w rozpacz drogowych katastrof i losowych tragedii. Lotnicze Pogotowie Ratunkowe ma ćwierć wieku. Gdy załoga Lotniczego Pogotowia Ratunkowego usłyszy ten sygnał, ma dokładnie 180 sekund, by w pełnej gotowości poderwać maszynę do lotu, by ruszyć ratować ludzkie życie. Tu liczy się każda sekunda i każdy dobrze wie, jakie są jego zadania i co ma robić. Jest uruchomiona cała sekwencja zdarzeń, które następują po sobie, przygotowanie całej operacji lotniczej. Operacji lotniczej, która ma na celu jak najszybsze dotarcie do poszkodowanego, namierzenie tego poszkodowanego, udzielenie mu pomocy i transport tego pacjenta do szpitala. Bo stawką jest ludzkie życie, dlatego to nie jest zwykły helikopter. Maszyna Airbus H135 ma na swoim pokładzie nie tylko świetnych pilotów i ratowników, ale też masę sprzętu. Respirator, aparat USG czy pompy infuzyjne to tylko ułamek tego, czym dysponuje każdy z 27 śmigłowców LPR. To jest mobilna karetka, a nawet można powiedzieć mobilny mały oddział intensywnej terapii. Takie pojedyncze stanowisko intensywnej terapii latające. Zespół LPR musi być gotowy na wszystko, bo życie pisze różne scenariusze. Quad, który runął w przepaść, mężczyzna, który wjechał w kibiców w trakcie wyścigów czy wypadek w górach. Ratownicy LPR często wylatują w nieznane. 90% naszych lądowań, szczególnie w terenie, to są miejsca, które są dla nas zupełnie nieznane. Dostając wezwanie lecimy w miejsce, w którym nigdy nie byliśmy, w którym przeważnie nikt nigdy nie lądował. Dlatego w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym służą najlepsi z najlepszych i tak od ćwierć wieku. LPR w tym roku obchodzi właśnie swoje urodziny, to, co widzimy dziś, to efekt wielu lat pracy. Jesteśmy perłą wśród HEMS-ów europejskich, nie mamy czego się wstydzić. To był wysiłek ludzi przede wszystkim, ale również koncepcja, ogromny wysiłek, ponieważ z niczego musiało powstać coś. To było 25 lat pełne szkoleń, podnoszenia umiejętności, usprawniania procedur, ulepszania sprzętu i doszlifowywania działania ludzi, którzy często są pierwsi tam, gdzie potrzebna jest pomoc. Tak jak mówi nasze motto: latamy, by ratować, żeby jeszcze być bardziej dostępnym dla pacjentów i starać się za wszelką cenę uratować ich życie i zdrowie. W ubiegłym roku LPR wykonało ponad 12 tysięcy misji, a przez te 25 lat LPR lądował ponad pół miliona razy. Tych niepełnosprawności nie widać. Dają znać o sobie w atakach, medycznych incydentach, ale czasem, tak jak przy migrenowych bólach, wie o nich tylko chory. Autyzm, epilepsja, przewlekły ból, zaburzenia sensoryczne. Wymagają leczenia tak jak wiele chorób, podobnie jak świadomości, że są. Dziś na Polu Mokotowskim odbył się charytatywny Bieg Słonecznika. By przypomnieć i pomóc. Ja niedosłyszę, mąż niedowidzi, tak się fajne zgraliśmy. Ewa i Andrzej mają jeszcze dorosłego syna w spektrum autyzmu. Wszyscy zmagają się z ograniczeniami, których nie widać. Dlatego właśnie zorganizowali ten bieg. Ja mam 4 ukryte niepełnosprawności. Ja zrobię pewnie 10-20 kroków i to będzie mój bieg. To bieganie dla zdrowia i dla zrozumienia. Niewidoczne niepełnosprawności są bardzo często bagatelizowane, ludziom się wydaje, że jak czegoś nie widać, to tego nie ma. Oprócz tego, żeby wesprzeć ludzi z autyzmem, to też by schudnąć, bo trochę się zaniedbałem ostatnio. Słonecznik jako symbol ukrytych niepełnosprawności stworzył 9 lat temu Paul White dla swojej autystycznej córki. Stworzyliśmy znak słonecznika, aby pomóc ludziom z niewidocznymi niepełnosprawnościami, aby firmy i organizacje mogły ich wesprzeć poprzez dodatkowy czas, większa opiekę i cierpliwość. Dziś symbol słonecznika jest noszony przez 3 miliardy ludzi w 90 krajach. Pomaga odnaleźć się w przestrzeni publicznej - w szkołach, na lotniskach czy szpitalach. Jest osoba który ma lęk społeczny, wchodzi do urzędu, jest napisane, że osoby z niepełnosprawnością poza kolejnością, ale ona się nie odważy komukolwiek o tym zakomunikować. Przez całe życie nikt nie potrafił mnie zdiagnozować, dopiero w dorosłym życiu zostałam zdiagnozowana, wiele to wyjaśniło. Biegnę dla mojego syna, dla mnie ważne, by różnorodność w tym kraju była widziana, akceptowalna i była czymś normalnym. Zdrowi i niepełnosprawni mogą się tu lepiej zrozumieć także poprzez wspólne problemy. Jak widzę jakąś ładną kobietę, to nie umiem zagadać, bo się wstydzę. Z tym to zmaga się wiele ludzi, nawet bez autyzmu. Autyzm, epilepsja, migrena, przewlekły ból - w katalogu niewidocznych niepełnosprawności jest aż 900 chorób. Co szósty z nas cierpi na niewidoczne niepełnosprawności. Ten znak ma ułatwić codzienne życie w urzędzie, w szkole, w komunikacji. Pokazać tym zdrowym, aby wykazali nieco cierpliwości i zrozumienia, że są wśród nas tacy, którzy funkcjonują trochę inaczej. Minister Adam Szłapka, rzecznik rządu u Aleksandry Pawlickiej w Pytaniu Dnia. To wszystko w "19.30". Dziękuję i do zobaczenia.