Wielki finał. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra od morza po Tatry. Gorycz rodzin. Bliscy poległych żołnierzy piszą list do prezydenta Trumpa po jego skandalicznych słowach. Kolejna ofiara. Masowe protesty mieszkańców Minneapolis po zastrzeleniu 37-latka przez funkcjonariusza. Dobry wieczór, zapraszam na "19.30". W jedyny taki dzień w roku, zimowy, chłodny, ale jednocześnie gorący, a nawet rozgrzany do czerwoności, a to za przyczyną tych serc. 34. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nasi reporterzy trzymają rękę na pulsie Orkiestry. Małgorzata Wiśniewska jest w sztabie. A Marek Smółka nieopodal, bo na błoniach PGE Narodowego, gdzie jest scena orkiestry i skąd wzleci w górę światełko do nieba. Na początek Małgosia Wiśniewska, powiedz, jaka atmosfera w sztabie. Tutaj jak zwykle jest bardzo głośno, bardzo kolorowo i bardzo radośnie. Pokojowy patrol za mną stoi. Suma przed chwilą przekroczyła 80 mln złotych. Teraz najbardziej dynamicznie rośnie. Ale nie chodzi tutaj o rekord, tylko o każdą złotówkę. W Polsce co roku przybywa 1,5 mln dzieci z chorobami przewodu pokarmowego. Potrzeba zatem coraz więcej i coraz bardziej nowocześnie nowoczesnego sprzętu. Ryszard, utalentowany wszechstronnie uczeń 6. klasy. Gram na bębnach, lubię muzykę, lubię słuchać różnych podcastów. Chłopiec cierpi na nieswoistą chorobę zapalną jelit. Niemal od urodzenia jego organizm nie przyswajał pokarmów. To były bardzo poważne problemy. Ryś tak naprawdę umierał nam od dziecka. Było kilka sytuacji, kiedy go traciliśmy. Dzięki oddziałowi Ryś wracał do życia. Choroby autoimmunologiczne należą do coraz częstszych schorzeń układu pokarmowego. Tylko do tego szpitala uniwersyteckiego w Krakowie co roku trafia około 10 tys. dzieci z tymi chorobami. Są też pacjenci, którzy mają bardzo ciężki przebieg tej choroby, wymagający wielomiesięcznej hospitalizacji, zaawansowanego leczenia, w tym leczenia biologicznego, które jest najbardziej nowoczesnym leczeniem w tym momencie. Choroby przewodu pokarmowego to także przewlekłe bóle brzucha, alergie pokarmowe, a także coraz częstsza w Polsce choroba otyłościowa. Staramy się przeprowadzić pełną diagnostykę, która ma pomóc wdrożyć leczenie, które pozwoli na poprawę jakości życia pacjentów. O jakości leczenia decyduje najwyższej jakości sprzęt, który po tym finale trafi do ośrodków pediatrycznych. W studiu WOŚP na błoniach Stadionu Narodowego od rana pełna mobilizacja. Witamy was bardzo serdecznie. We mnie bardzo dobry nastrój, dostałem serduszko, wrzuciłem wolontariuszom pieniądze. Życzyłem im dobrego dnia. Potrzeby są ogromne, bo choroby przewodu pokarmowego to po chorobach układu oddechowego kolejne najczęstsze schorzenia. Państwo zbierają pieniądze dla nas, my te pieniądze zamieniamy na sprzęt, a on trafia w ręce fantastycznych lekarzy. A na końcu jest najważniejsza osoba w całej tej układance, czyli pacjent. A pacjenci i ich rodzice każdego dnia doświadczają obecności WOŚP, tak jak mama Ryszarda. Przez te lata, że gdyby nie wiele różnych sprzętów, to różnego rodzaju badania i diagnostyka nie byłyby możliwe dla Rysia. Czuję się coraz lepiej i mam nadzieję, że wkrótce w tym szpitalu będę coraz rzadziej. I właśnie taki jest cel Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Tuż po "19.30" będziemy transmitować na żywo światełko do nieba, bo wielka orkiestra wielkich serc to nasz wspólna sprawa. Z pewnością potwierdzi to Marek Smółka, który jest na błoniach PGE Stadionu Narodowego. Orkiestra gra po raz 34., ale energia już kolejnych pokoleń zaangażowanych w wielką sprawę nie maleje. Tak jest. WOŚP to absolutnie sprawa wspólna i międzypokoleniowa. Z tego, co mówią wolontariusze, wynika, że w wielu polskich domach udział w finale WOŚP to rodzinna tradycja. 30 lat temu zbierali pieniądze rodzice, a teraz wolontariuszami zostały ich dzieci. Na błoniach PGE Narodowego widać, że mimo mrozu są nieprzebrane tłumy. Polska ma dzisiaj kształt serca. Tego serca. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra od Bałtyku po Tatry. W Sopocie minusowa temperatura nie odstraszyła biegaczy. Cudowny cel i bardzo fajne miejsce. Jestem po operacji, to dzisiaj troszeczkę będę szła, ale będzie fajnie, najważniejsze, że pomagamy. I właśnie o to chodzi w orkiestrze. Dobrze się bawić i jednocześnie robić coś dobrego dla innych. Chyba tylko my w Polsce potrafimy zrobić tak pospolite ruszenie, żeby wesprzeć kogoś. Nieodzowny element to zbiórka do puszek. Orkiestra nie zagrałaby bez wolontariuszy. Już 9. Finał, Julian ma 12 lat, a to już 9. raz zbieramy, tak że tradycja rodzinna, można powiedzieć. I tak jest ładna pogoda, bo nie pada i nie wieje, tak że jest fajnie. Jak Polska długa i szeroka, zbiórkom towarzyszy moc atrakcji. Tanecznym krokiem w liczbie 123 osób weszliśmy w dzień WOŚP. A to już Wysokie Mazowieckie i zawody w przeciąganiu liny ciągnikami. Tych rolników wkoło mamy bardzo wielu, stąd ten pomysł na rywalizację. Już od pierwszego finału to fajnie nam wypaliło. To nie jedyne konie mechaniczne w zaprzęgu orkiestry. Na warszawskim Bemowie można było się pościgać takimi maszynami. Między innymi u boku kierowcy rajdowego. Najlepsza motoorkiestra w całej Polsce. I można wylicytować na Allegro przejazd ze mną na prawym w Polsce, albo dzień na torze we Włoszech. Licytacji są tysiące - wśród nich wydarzenia z gwiazdami. W wirtualnej rzeczywistości, ale z prawdziwym astronautą Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim, można zwiedzić Międzynarodowa Stację Kosmiczną. Pod młotek poszły rakieta i ręcznik Igi Świątek z Wimbledonu. Można też wylicytować występ z Dawidem Podsiadło na Narodowym. Reżyserka, jednym słowem: cała telewizja od kuchni. A "od kuchni" to w naszym przypadku nie jest przenośnia. Ja się z chęcią podzielę moim przepisem, ale też pewnie kawałeczkiem sernika baskijskiego. Bo to słodka redakcja. Orkiestra od początku przekracza granice. Poza Polską gra w tym roku w 23 krajach. Czerwone serduszka opanowały Wieżę Eiffla! To już 15. finał WOŚP nad Sekwaną. Od Portsmouth na południu Anglii po Inverness w dalekiej Szkocji, gdzie gra aż 25 sztabów, najwięcej poza Polską. Liczy się każde serce i każda złotówka. To dzięki nam wszystkim i najdrobniejszym nawet wpłatom w dotychczasowych finałach orkiestra tego dyrygenta zebrała ponad 2,5 miliarda złotych. To jest "19.30", dziś jeszcze w programie: Na 500-metrowy wieżowiec bez zabezpieczeń. To niesamowite uczucie. Tak długo o tym marzyliśmy i wyobrażaliśmy sobie, że to możliwe i udało się. Nie jest osobą impulsywną, opiera się na dużej ilości ćwiczeń i zapamiętywaniu tras. I pytania o sens oraz ryzyka. To przedsięwzięcie traktuje w takiej kategorii biznesowej a nie sportowej. Wątpliwości będą, potencjalny wypadek może się skończyć tragicznie. Prezydent Karol Nawrocki z wizytą na Litwie. W Wilnie razem z prezydentem Litwy, a także Wołodymyrem Zełenskim, wziął udział w obchodach 163. rocznicy powstania styczniowego. Trzej przywódcy spotkali się także z mediami, nie zabrakło trudnych pytań, m.in. o stanowisko do kontrowersyjnej wypowiedzi Donalda Trumpa na temat wojsk sojuszniczych NATO. Nie stał z tyłu, nie chował się. Lidia Kordasz-Garniewicz jest wdową po weteranie misji w Kosowie, Afganistanie i Iraku. Słowa Donalda Trumpa zabolały ją. Jest to cios w samo serce dla tych rodzin, których synowie, mężowie, ojcowie polegli, walcząc na tych misjach. Stowarzyszenie rodzin poległych żołnierzy w liście do amerykańskiego przywódcy domaga się sprostowania. Apeluje też do polskiego prezydenta o stanowczą obronę żołnierzy. A szefa MSZ prosi o notę dyplomatyczną. Przypomnijmy: chodzi o czwartkowe słowa prezydenta USA o europejskich sojusznikach w Afganistanie. Te wojska zostawały na tyłach, z dala od linii frontu. Polski prezydent pytany w Wilnie o słowa Donalda Trumpa przekonuje, że nie były one o polskich żołnierzach. Nasze ostatnie czwartkowe spotkanie skończył słowami: "you are great warriors", czyli mając świadomość tego, że polski żołnierz jest zawsze tam, gdzie jest interes przede wszystkim RP albo gdzie jest interes sojuszniczy NATO. O kim konkretnie myślał Trump w tej wypowiedzi, tego nie wiem. W Europie słowa Trumpa wywołały oburzenie. Włoski rząd był zszokowany, gdy dowiedział się o wypowiedziach prezydenta Trumpa. Kwestionowanie zaangażowania sojuszników jest "nie do zniesienia" - oceniła premier Danii. A prezydent Francji słowa Trumpa nazwał niedopuszczalnymi uwagami, które nie wymagają komentarza. Brytyjski premier swoje oburzenie przekazał prezydentowi USA wczoraj w telefonicznej rozmowie. Po niej Donald Trump zamieścił ten wpis. Wojsko Wielkiej Brytanii, o ogromnym sercu i duszy, nie ma sobie równych (poza Stanami Zjednoczonymi!). Kochamy was wszystkich i zawsze będziemy kochać. Mowa, jak widać, tylko o brytyjskich żołnierzach. W Polsce głos zabrał ambasador USA: Polska nie ma większego przyjaciela niż prezydent Trump. Wielokrotnie podkreślał swój głęboki szacunek dla poświęcenia Polski i jej niezachwianego zaangażowania w Sojusz Północnoatlantycki, w tym solidarności i służby u boku sojuszników w Iraku i Afganistanie. Wszyscy cenimy wspaniałych polskich przywódców Karola Nawrockiego i Donalda Tuska. W Afganistanie zginęło 44 Polaków. Oni nie stali z tyłu, oni zasłaniali swą piersią naszych sojuszników. Zawsze dbam o relacje transatlantyckie, ale dbanie o relacje z przyjaciółmi to jest też mówienie wprost, co nam się nie podoba. Prezydent pierwszy raz głos zabrał w piątek, pisząc o bohaterstwie polskich żołnierzy i o ofiarach. O Donaldzie Trumpie nie wspomniał. Reakcja prezydenta Nawrockiego była spóźniona, zbyt zachowawcza. Nigdy nikt nie powinien obrażać polskich żołnierzy. Natomiast z tego, co mówił minister Przydacz, to te słowa nie były w ich stronę skierowane. Okazja do uzgodnienia wspólnego stanowiska, także w tej sprawie, już jutro: Karol Nawrocki spotka się z Radosławem Sikorskim. To niedawne spotkanie z korpusem dyplomatycznym. Na zdjęciach uśmiechy. W tle spór o nominacje ambasadorskie. W sprawie ambasadorów ja nie potrzebuje się spotykać, wystarczy, żeby pan prezydent zaczął podpisywać. 42 kandydatury na ambasadorów od ponad 170 dni pozostają bez odpowiedzi. W tym te dwie dotyczące placówek w Rzymie i w Waszyngtonie. Prezydent Nawrocki niejednokrotnie podkreślał, że nie zgodzi się na niektóre nominacje, tutaj w tej materii się nic nie zmieniło, jeśli ten warunek będzie spełniony, na pewno dojdziemy do szybszego kompromisu. Ja mam nadzieję, że prezydent Nawrocki będzie szanował zapisy konstytucji i będzie współdziałał z rządem, jeśli chodzi o prowadzenie polityki zagranicznej i mam nadzieję, że będzie porozumienie w sprawie ambasadorów. Początek spotkania Nawrocki-Sikorski o 14:00. "Przyszła kryska na Matyska" to komentarz marszałka sejmu Włodzimierza Czarzastego przy informacji o zbieraniu podpisów pod wstępnym wnioskiem o postawienie byłego ministra sprawiedliwości przed Trybunałem Stanu. A jak może wyglądać droga z Budapesztu, który udzielił azylu byłemu ministrowi, do Trybunału Stanu? Ścigani przez wymiar sprawiedliwości, chronieni przez Orbana - taki plakat pojawił się nad głowami europosłów, co zauważyła strasburska ekipa TVP. Cala Europa o tym mówi, we wszystkich instytucjach jest to temat. Mówi polityk Lewicy, którego grupa w parlamencie przygotowała ten happening. To wyraz sprzeciwu wobec działań Viktora Orbana, który, jak twierdzą europosłowie, uczynił z Węgier przechowalnię ludzi podejrzewanych o łamanie prawa. Chronią się nawzajem, chronią się przed odpowiedzialnością, przed swoimi krajami w krajach członkowskich. Pod koniec stycznia sprawą posłów PiS-u, którzy ukrywają się na Węgrzech, zajmie się unijna komisja petycji. To parlament europejski. Z polskiego parlamentu też nie ma dobrych wieści dla byłego ministra sprawiedliwości. Rządzący chcą postawić Ziobrę przed Trybunałem Stanu. Marszałek w sieci pisze: przyszła kryska na Matyska. To polskie przysłowie oznaczające, że sprytny łotr w końcu został przyłapany i spotkała go zasłużona kara, koniec jego szczęścia lub fortuny. Ręka panu nie drżała, jak pan podpisywał ten dokument? Nie drżała. Politycy PiS-u bez zaskoczenia swojego podpisu pod wnioskiem nie złożą. Nie ma żadnych podstaw, żeby stawiać Zbigniewa Ziobrę przed Trybunałem stanu. Są podstawy - odpowiadają rządzący. To jest osoba, która nie powinna mieć dzisiaj poczucia bezkarności. I dodają, że Ziobro musi ponieść odpowiedzialność karną za sprzeniewierzenie milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości, a także konstytucyjną przed Trybunałem Stanu. Co to może oznaczać w praktyce? - pytamy prawniczkę. Złożenie z urzędu posła, zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych, utrata biernego bądź czynnego prawa wyborczego. To będzie już druga próba postawienia Ziobry przed Trybunałem Stanu. Pierwsza, podjęta w 2015 roku, zakończyła się niepowodzeniem. W sejmowy głosowaniu zabrakło 5 głosów. Zbigniew Ziobro miał stanąć przed Trybunałem Stanu za ściganie rzekomego układu. Komisja odpowiedzialności konstytucyjnej zarzucała byłemu ministerstw z czasów PiS-u naruszanie konstytucji. To jest czarny dzień w historii polskiego sejmu. Zbigniew Ziobro wręcz śmiał się politykom Platformy w twarz. Oni są po prostu nieudacznikami. Ten scenariusz tym razem się nie powtórzy - słyszymy. Politykom KO nie zadrży ręka przy wniosku. Daje pan gwarancję? Daję 100-procentową. Mówią rządzący, zapewniając, że wyciągnęli wnioski z przeszłości. Pierwsza nieudana próba postawienia Ziobry przed Trybunałem Stanu aż tak go rozzuchwaliła. Liczę na was. Mam nadzieję, że nie okażecie się takimi fujarami jak za czasów Trybunału Stanu. Krzyczał Ziobro dwa lata temu. A teraz uciekł przed wymiarem sprawiedliwości na Węgry. Co negatywnie ocenili Polacy. W sondażu dla WP ponad połowa ankietowanych ocenia to jako tchórzostwo i przyznanie się do winy. Zbigniew Ziobro to tchórz? Absolutnie nie. Inaczej twierdzi co piąty wyborca PiS-u i Konfederacji - wynika z tego sondażu. Zbigniew Ziobro jest dzisiaj problemem dla PiS? Bardzo dużym problemem. No ale PiS nie chce się od pana Zbigniewa Ziobry odciąć. Może nie może? Może nie może. Myślę, że pan Ziobro ma dużą wiedzę o działaniach PiS-u. Bo w rządzie PiS-u przez 8 lat był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym z nieograniczoną władzą. Kolejna ofiara ICE. Agenci Urzędu do spraw Imigracji i Egzekwowania Ceł zastrzelili wczoraj 37-letniego mieszkańca Minneapolis. Według agentów federalnych funkcjonariusz strzelał w obronie własnej. Jednak nagrania pokazują zupełnie inną wersję wydarzeń. Wzburzenie społeczne nie maleje, a władze stanu, by przywrócić porządek, wzywają gwardię narodową. Łzy i rosnący gniew. To jest po prostu przerażające. To, czyli śmierć 37-letniego Alexa Prettiego - pielęgniarza pracującego na oddziale intensywnej terapii szpitala w Minneapolis. Troszczył się o ludzi i wiedział, że to złe, co robią funkcjonariusze urzędu do spraw imigracji, więc brał udział w protestach. W sobotę Alex też uczestniczył w demonstracji. Według Białego Domu nacierał na funkcjonariuszy z bronią w ręku. Próbowali go rozbroić, ale zareagował gwałtownie. Obawiając się o swoje życie i życie otaczających go kolegów, funkcjonariusz oddał strzały w obronie własnej. Ale świadkowie i nagrania mówią co innego. Po prostu szedł, a oni go otoczyli, poślizgnął się na lodzie i zaczęli się z nim szarpać. A New York Times dodaje: szedł z telefonem w dłoni, a nie pistoletem. Próbował pomóc innej demonstrantce, zamroczonej gazem łzawiącym. Uderzyli go w głowę kanistrem. Zaczął się z nimi szarpać, a oni po prostu do niego strzelili. W sumie 10 razy. Funkcjonariusz wyjął broń, gdy Alex Pretti leżał na ziemi, przytrzymywany przez dwóch mężczyzn. Celował w głowę i klatkę piersiową. Przyjechali policjanci, próbowali go reanimować. Nie udało się. Mężczyzna zmarł, a wściekli mieszkańcy Minneapolis ponownie wyszli na ulice. By wykrzyczeć swoją wściekłość na funkcjonariuszy urzędu do spraw imigracji. Ci użyli przeciwko protestującym gazu łzawiącego i granatów hukowo-błyskowych. Rozumiemy wasz gniew, ale demonstrujcie pokojowo - apelują władze Minneapolis. Nie odpowiadajmy na chaos Donalda Trumpa naszą własną wersją chaosu. A władze stanu wysyłają na ulice miasta gwardię narodową. I składają pozew przeciwko administracji Trumpa, oskarżając ją o próby manipulacji dowodami w sprawie śmierci Prettiego. W tym roku w mieście doszło tylko do 3 zabójstw. Dwa z nich zostały popełnione przez Urząd do spraw Imigracji i Egzekwowania Ceł. Pierwszą ofiarą była 37-letnia Renee Good, zastrzelona na początku stycznia. Bez liny, uprzęży czy sprzętu asekuracyjnego. Wspinaczka na jeden z najwyższych wieżowców świata, liczący 101 pięter drapacz chmur w stolicy Tajwanu. Dokonał tego amerykański wspinacz Alex Honnold. Zrobił to przy aplauzie publiczności. Ale przy tym spektakularnym wyczynie, warto zadać też ważne pytanie, czy aby zdobyć poklask, warto zrobić wszystko? Jeden z najwyższych drapaczy chmur na świecie. Taipei 101 w stolicy Tajwanu. Ponad pół kilometra w pionie bez żadnej asekuracji. Alex Honnold wiele dni przygotowywał się do tej wspinaczki, analizował najtrudniejsze miejsca na tym wieżowcu. Oczywiście przygotowywał się pod kątem wytrzymałościowym. Na dole tysiące ludzi oglądających śmiałka i miliony widzów w internecie. Jego transmisja na żywo jest opóźniona. Więc nawet jeśli coś się wydarzy, wygląda na to, że już to przećwiczyli i nie zostanie to wyemitowane. Coś, czyli upadek, który skończyłby się tragicznie. Honnold na 60. piętrze uśmiechał się do żony i kontynuował wspinaczkę. Alex był znany w naszej społeczności górskiej, bardzo znaną osobą, może w powszechnych mediach mniej. Może to było mu potrzebne, żeby trochę zaistnieć w tych mediach powszechnych. To przedsięwzięcie traktuje w takiej kategorii biznesowej, a nie sportowej. Biznesowej z dużą siłą medialną, taki wyczyn medialny. W Polsce takie wyczyny medialne też się zdarzały. Dawid Kaszlikowski ćwierć wieku temu wspiął się na hotel Mariot. Dziś zauważa, że Honnold miejscami specjalnie wybierał bardziej niebezpieczne miejsca. Widziałem, że tam się palce naprawdę nie zaginają, tak że pomyślałem sobie, że naprawdę jest to groźne show i też po prostu ryzykowne momenty. 8 lat temu Honnold zasłynął pokonaniem 1000-metrowej ściany El Capinane w USA. Uwiecznił to słynny film "Free solo". Przede wszystkim bezpieczeństwo - tak mówią wszyscy instruktorzy w górach i na sztucznych ściankach. Jednak to właśnie ryzyko śmierci sprawia, że wspinanie bez asekuracji przyciąga dziś uwagę milionów ludzi. Bo wspinanie to dziś popularny sport, a Honnold staje się gwiazdą popkultury. Szczerze bardzo podziwiam. Poziom drogi na tym budynku zakładam, że był dużo poniżej maksymalnych umiejętności Aleksa, ale i tak uważam, że to jest strasznie niepotrzebne ryzyko. Po 90 minutach Alex wszedł na szczyt 100-piętrowego wieżowca. Co za widok, to było niesamowite. Co za piękny dzień. Bardzo wiało. Więc pomyślałem sobie: nie spadnij z iglicy. Nie spadł i przekonuje wszystkich, że walka ze strachem sprawia, że nie boimy się żyć. Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w podwarszawskiej miejscowości Błonie. Na przejeździe kolejowym utknął samochód. W zablokowany pojazd uderzył pociąg relacji Szczecin-Rzeszów. Auto przeleciało na drugi tor i wtedy wpadł na nie skład z Warszawy do Berlina. Uderzył w niego drugi pociąg i doszło do zapalenia się tego samochodu, na szczęście wszystkie osoby, które podróżowały tym samochodem, opuściły pojazd przed całym zdarzeniem. Nikomu nic się nie stało, choć wyglądało to poważnie, zwłaszcza gdy ogień z płonącego samochodu sięgał lokomotywy. Z pociągów ewakuowano około 590 pasażerów. Podróżnych decyzją burmistrza Błonia umieszczono w pomieszczeniach jednego z klubów sportowych. W akcji ratowniczej brało udział 11 zastępów straży pożarnej. Utrudnienia w kursowaniu pociągów trwały kilka godzin, na trasie przywrócono już ruch w obu kierunkach. Wjechała pod prąd na drogę ekspresową S14 w okolicy Łodzi. 71-latka jechała tak przez kilka minut, po czym doszło do czołowego zderzenia. To nie jedyny groźny wypadek na drogach podczas weekendu. Nieuwaga, zmęczenie kierowców. Powodów śmiertelnych zagrożeń jest wiele. Policjanci apelują o ostrożność. Bo pogoda też nie będzie nam sprzyjać. Trzy samochody osobowe uczestniczyły w tym poważnym wypadku, do którego doszło wczoraj pod Łodzią. 71-letnia kobieta kierująca Peugeotem wjechała pod prąd na drogę ekspresową S14. Jedna osoba ucierpiała, to jest właśnie ta kobieta, która prowadziła auto marki Peugeot, ona trafiła do szpitala. Oczywiście została pobrana krew do badań na zawartość alkoholu od tej kobiety, będziemy czekać na wyniki. Do zdarzenia doszło na tym odcinku ekspresówki, między węzłami Łódź Retkinia i Łódź Lubliniec. Kobieta najprawdopodobniej w tym miejscu popełniła błąd i wjechała na nitkę w kierunku Wrocławia. Kontynuowała jazdę pod prąd, zderzyła się czołowo z poprawnie jadącym Mercedesem, a ten z kolei uderzył w inne auto. Wjechanie pod prąd na autostradzie świadczy o czym? Że albo ktoś w ogóle nie widział znaków, czyli nie powinien siadać za kierownicą, albo widział, ale informacja o tym nie dotarła do jego mózgu. Służby badają przyczyny zachowania kobiety i to, czy oznakowanie w tym miejscu w momencie wypadku było prawidłowe. Kierowcy mają wiele teorii na temat tego, czym był spowodowany wypadek. Nierozwagą. Wszystko jest oznaczone dobrze. Pogoda i marznący deszcz na szybie przedniej. Rok temu na trasie A2 doszło do serii podobnych wypadków spowodowanych jazdą pod prąd. Na tych nagraniach widzimy kierowców, którzy w odstępie kilku dni doprowadzili do śmiertelnych wypadków, myląc zjazdy na autostradzie. Co robić, kiedy zorientujemy się, że jedziemy pod prąd na autostradzie? Najrozsądniej jest zatrzymać pojazd na pasie awaryjnym, opuścić autostradę i skorzystać z telefonu, powiadamiając służby ratownicze, które pomogą nam obrać właściwy kierunek. Właściwym kierunkiem jest także, z upływem wieku, poddawanie regularnym badaniom, które pozwolą specjalistom ocenić naszą sprawność za kółkiem. To nie wiek metrykalny decyduje o tym, czy możemy siadać za kierownicą, czy nie, tylko wiek naszych sprawności. A tutaj bez kontroli, bez badań psychologicznych tego nie stwierdzimy. Zawodowi kierowcy po 60. roku życia częściej muszą weryfikować swoje umiejętności i zdaniem ekspertów ta zasada mogłaby obowiązywać wszystkich uczestników ruchu drogowego. Nie tylko drogi w czasie zimy, która pokazuje swoje groźne oblicze, mogą stanowić zagrożenie. Ostrzeżenia płyną do tych, którzy w ferie albo w wolnym czasie planują górskie wycieczki. 3-osobowa rodzina z dzieckiem utknęła na szczycie Snieżki. Pomogli czescy ratownicy. Warto pamiętać: w górach panują trudne warunki. Pierwszy tydzień ferii za nami, a ratownicy Karkonoskiej Grupy GOPR już pokazują przykłady niefrasobliwego zachowania w górach. Od początku roku interweniowali już 28 razy. Wczoraj turysta potrzebował pomocy, bo silne skurcze unieruchomiły go na szlaku. Nie miał ze sobą ani raczków, ani kijków, ani latarki. W piątek ratownicy sprowadzali w dół rodzinę, która z 9-letnim dzieckiem utknęła w ciemnościach na szczycie Śnieżki, bo spóźniła się na wyciąg po czeskiej stronie. Tutaj mamy przypadek osób, które w ogóle nie przygotowały się na góry, tylko kolej linową i góry potraktowały jako wycieczkę jak do lunaparku. Ale ferie to wypadki nie tylko na szlaku. Ratownicy apelują też o właściwe przygotowanie przed ruszeniem na stok. Na dzisiaj mamy takich zdarzeń, które można zakwalifikować jako wypadki narciarskie, ponad 40 już w styczniu, a dopiero tydzień ferii za nami, taką górkę, która wydaje się, że jest łatwa, trzeba szanować jak trudną. W Tatrach mimo rekordowej frekwencji w 2025 roku liczba interwencji spadła o 10%. Ale od początku ferii ratownicy TOPR uratowali już 16 osób. Są turyści, którzy są bardzo dobrze przygotowani i wyposażeni. Zdarzają się sytuacje takie, gdzie są gorzej wyposażeni czy też przygotowani. Są turyści, którzy mają bardzo duże doświadczenie, ale są też tacy, którzy tylko uważają, że mają duże doświadczenie. Tak że tutaj nic nowego pod słońcem. Wszędzie możemy spotkać różnych turystów. W górach na pogodę uważać trzeba zawsze, ale Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega, że na drogach ponad połowy kraju dziś i jutro wystąpić mogą marznące opady powodujące gołoledź. Kończymy "19.30", ale liczę na to, że pozostaną państwo z nami. Bo już za chwilę niebo rozświetli światełko WOŚP. Do zobaczenia.