W ciszy modlitw za zmarłych, w chłodzie styczniowego dnia, w skromnym świetle zniczy świat wspomina tragedię, którą ludzkość do dziś próbuje opisać, bo zrozumieć nie może. 80 lat temu, to był mroźny dzień, którego nie doczekało ponad milion ludzi, bo pochłonęła ich machina śmierci, zbudowana jak silnik na ludzką rozpacz i ból. Witamy państwa w specjalnym wydaniu 19.30 z Oświęcimia, w 80. rocznicę wyzwolenia niemieckiego, nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz Birkenau, Marek Czyż. To wyjątkowa uroczystość transmitowana przez najważniejszych publicznych nadawców Europy i świata. Wraz ze mną program dziś poprowadzi Kasia Madera z BBC News. Dziękuję, Marku, dobry wieczór państwu. O świadectwo tamtej zbrodni coraz trudniej, ale o pamięć - nie. Dziś byli tu ważni ludzie, z różnych stron świata, by zapewnić, że w pamięci o Auschwitz nic nie może się zmienić. Bartosz Filipowicz obserwował przebieg uroczystości. Bartosz, powiedz, jaki to był dzień. Dzień pełen zadumy, ważnych słów i wzruszeń. To najprawdopodobniej ostatnia okrągła rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau z tak licznym udziałem tych, którzy ocaleli. Tym bardziej powinniśmy się wsłuchać w ich słowa. Wracają do Auschwitz nie dla siebie, tylko dla nas. I opowiadają o czasach, kiedy dehumanizacja była codziennością. Te makabryczne wydarzenia były bardzo dawno temu, ale zadaniem kolejnych pokoleń, naszym zadaniem jest zrobić wszystko, żeby te czasy nie wróciły. Tak nas zdegradowano do przedmiotów jednorazowego użytku. Bardzo mi dokuczał ten czarny spalonym mięsem dym. Dziś, jak co roku, ci, którzy ocaleli - spotkali się w miejscu kaźni. By przypomnieć o pomordowanych i oddać im hołd. Ich szeregi z każdym rokiem topnieją, ale w uroczystościach w Auschwitz wzięło udział ponad pięćdziesięciu byłych więźniów obozu. To ich głos był dziś najważniejszy. Marian Turski wspominał miliony ofiar, których nikt nie usłyszał. Nigdy nam nie powiedzą, co przezywały, co czuły, ponieważ pochłonęła je zagłada. Jesteśmy 80 lat po wojnie, więc najmłodsi ocalali mają 90 lat. Choć jak dodaje dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau, wspomnienie piekła, które przeszli sprawia, że wielu z ocalałych nigdy nie przekroczyło ponownie bram byłego obozu. Rzutowało na wszystko: na sny, na kłótnie, na postrzeganie świata, postrzeganie człowieka, na relacje międzyludzkie. To jest dla nich wielki wysiłek i musimy mieć tego świadomość, że oni wracają właśnie dla nas. Oni tego nie robią dla siebie. Dla nas - kolejnych pokoleń. I w ten głos, ostrzegający przed złem - powinniśmy się wsłuchać. I zapamiętać. Apeluję do wszystkich ludzi dobrej woli: bądźcie uczuleni na wszelkie przejawy nietolerancji. Naziści deportowali do Auschwitz-Birkenau milion trzysta tysięcy osób. Wyzwolenia doczekało zaledwie siedem tysięcy. Dzieje tej zbrodni opisane są dokładnie, ujęte w daty i wydarzenia. Świat wie o pierwszych transportach, liczbach ofiar, narodowościach. Są dane i statystyki. Ale jest też inne świadectwo, w którym jest więcej niż szkiełko i oko naukowca. To historie ludzi, wspomnienia, czasem zdjęcia i daty w obozowym życiu, ważne bardzo osobiście. Oto kadry z piekła w ludzkich wspomnieniach, kronikarskie okruchy, z których powstała historia. Jak przekroczyłam bramy Auschwitz, to miałam 10,5 roku. Barbara Doniecka, numer obozowy 86341. Do Auschwitz-Birkenau trafiła z mamą w czasie Powstania Warszawskiego. Krzyczeli po niemiecku: "Szybciej, polskie świnie!". A ja mówię: "Mamusiu, czemu oni nas od świń wyzywają? Jesteśmy wykąpani". A mama mówi: "Cicho, nic nie mów, bo to Niemcy. Jak będziesz głośno mówiła, to nas jeszcze wywołają i pozabijają". W Auschwitz rozdzielili ją z mamą. Trafiła do baraku dla dzieci. Bałam się bardzo, te kominy, taki zapach. Boże, jak nas prowadzili do tego bloku, to ci Niemcy, te psy ujadające i ten blask z tych kominów... Boże, ja już myślałam, że w piekle jestem. Był sierpień 1944 roku, największa fabryka śmierci działała już na masową skalę. Zdolność spalania zwłok w Auschwitz była praktycznie nielimitowana. Można było spalić dosłownie dowolną ilość osób zamordowanych w komorach gazowych. Jeden barak mieścił nawet tysiąc więźniów. Piekło na ziemi. II wojna światowa pokazała nam i udowodniła, jak bardzo niebezpieczne jest posługiwanie się w przestrzeni publicznej językiem wykluczenia, językiem, który zakłada eliminację jakiejś grupy społecznej z danego kraju w sposób siłowy. W 1933 roku Hitler doszedł do władzy na fali antysemickich haseł, obarczając Żydów winą za światowy kryzys gospodarczy. Wielu ludzi w Niemczech uważało wtedy, że te hasła antysemickie Hitlera były jedynie grą wyborczą. Ale machina nienawiści przyspieszała. Zaczęły się prześladowania Żydów, dzielenie na nadludzi i podludzi. W '41 roku najpierw próba wystrzelania Żydów. Tzw. Holocaust by bullets - Holokaust przez kule. A w '42 roku przemysłowa zagłada w obozach śmierci. Pierwszy masowy transport do Auschwitz to czerwiec 1940 roku - polscy więźniowie polityczni z Tarnowa. Masowe deportacje Żydów zaczęły się dwa lata później, gdy Niemcy przyjęli plan "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", czyli zagłady 11 milionów europejskich Żydów. Juden Rampe - rampa żydowska, torowisko między obozami Auschwitz i Birkenau. To tu od wiosny '42 roku takimi wagonami masowo Niemcy zwozili Żydów skazanych na zagładę. Najwięcej żydowskich ofiar Auschwitz-Birkenau pochodziło z Węgier i okupowanej przez Niemców Polski. Ale były też transporty z innych krajów. Niemieccy oprawcy chcieli odebrać ofiarom człowieczeństwo. Zamienić w numery tatuowane na przedramieniu. Na niektórych fotografiach widać jakiś rodzaj przemocy czy strachu. Np. jest tutaj Samuel Grunhut. Ja pamiętam, bo ten wyraz twarzy, który widzimy, jakiegoś przerażającego strachu... Ten człowiek przeżył w obozie właściwie tydzień. Muzeum Auschwitz przywraca obozowym numerom twarze. Od 3 lat codziennie publikuje w sieci fotografie i nazwiska więźniów, którzy urodzili się danego dnia. Rocznie to kilka tysięcy zdjęć. Bardzo trudne są zdjęcia dzieci. Bardzo małych niemowląt i kiedy patrzymy na datę śmierci, datę urodzenia, to zdajemy sobie sprawę, że 2-letnie, 3-letnie dzieci były mordowane w Auschwitz. W Auschwitz-Birkenau zginęło milion sto tysięcy ludzi. Najwięcej - bo aż milion - Żydów. Drugą największą grupą byli Polacy - 70 tysięcy osób. Barbara Doniecka co roku wspomina czteroletnią dziewczynkę, z którą dzieliła w obozie pryczę. Tak rozpaczała za tą matką. 2 czy 3 tygodnie i zmarła. Nie chciała jeść ani pić. Helenka. Jak jeżdżę do Auschwitz, to tę koję zawsze traktuję jak jej nagrobek. Stawiam aniołka. W tym miejscu, gdzie ludzi głodzono, bito na śmierć i palono w krematorium, w tych barakach narodziła się przyjaźń. To właśnie tu spotkali się dwunastoletni powstaniec z Warszawy - Bogdan Bartnikowski - i rok młodszy Bogusław Rygiel. Przetrwali obóz, przeżyli wojnę. Dziś pan Bogdan już sam opowiada o wspólnych przeżyciach. Ten obóz i te przeżycia w nas żyją. Miał 12 lat, gdy trafił do Auschwitz Birkenau. Bogdan Bartnikowski z roku na rok czuje się coraz bardziej osamotniony w pamięci o tych strasznych dniach. Nie żyje już żaden kolega z jego transportu. Ja już chyba zostałem tylko sam. W sierpniu odszedł najbliższy przyjaciel z tamtego czasu. On się szykował, że w 2025 roku weźmie udział w uroczystościach w Auschwitz Birkenau. No niestety nie dożył. Stoimy przy jego grobie. Poznali się w Birkenau, spali na jednej pryczy. Minęło 80 lat, a Bogdanowi Bartnikowskiemu wciąż trudno jest o tym opowiadać, trudno odwiedzać Auschwitz. Każdą wizytę w muzeum tak samo przeżywa, także tę dzisiejszą. Myśmy z tego obozu nie wyszli. My w tym obozie ciągle jesteśmy. Tego się nie da zapomnieć. To wraca. Najtrudniejsze są te powroty, które opisał w książce na podstawie wspomnień swoich i wielu byłych więźniów. Nagle następuje jakieś zdarzenie, moment i już jestem w obozie. Ja nie założę pasiastej piżamy na przykład, bo ona mi się jednoznacznie kojarzy z obozem. Prysznic... Co z niego poleci? Bogdan Bartnikowski trafił do Birkenau razem z mamą pierwszym transportem z powstania warszawskiego, w którym był łącznikiem. Nie od razu zorientował się, co to za miejsce. Któryś z kolegów spytał: kiedy my na wolność wyjdziemy, panie kapo? Śmiał się tylko i mówił: widzicie te kominy? Stąd na wolność to wychodzi się tylko przez komin. Stąd nie ma innego wyjścia. Po pięciu miesiącach na parę tygodni przed wyzwoleniem Auschwitz wyszedł z obozu przez bramę. Razem z mamą - jeszcze nie na wolność, najpierw do obozu pracy w Berlinie. To jest mój kolega tutaj. Ten Bodek, z którym razem spaliśmy na jednej pryczy. Po Auschwitz ich drogi rozeszły się, ale po roku los znów ich połączył, już w innych okolicznościach, w liceum Batorego w Warszawie. Dyrektor przyprowadził nowego ucznia. Ja patrzę, że ja go chyba widziałem. Wrzasnąłem wtedy: "Bodek!". Ten mój kolega z pryczy po paru minutach siedział obok mnie w jednej ławce. Widywali się potem wielokrotnie, jeździli razem do Niemiec, by tam uświadamiać, jak wyglądał ich los w niemieckim nazistowskim obozie zagłady Auschwitz Birkenau. Dopóty sił starczy, dotąd będziemy mówić i wspominać naszych kolegów, a ja będę wspominał mojego najbliższego mi Bodka, czyli Bogusława Rygla. Pierwsi sowieccy żołnierze dotarli do bram obozu około piętnastej. W ich wspomnieniach są ludzkie cienie, ludzkie szkielety, stosy ciał i dzieci. Więzione dzieci w różnym wieku. Wspominają euforię wyzwolonych i swój szok po tym, co zobaczyli. Przez całe dekady Armia Czerwona była zakuwana w spiż pomników ku czci wyzwolicieli, ale dziś Rosja jest na liście nieobecnych, bo historyczny mit wyzwoliciela przykryła współczesna prawda o oprawcy. Daniel Chaliński towarzyszył dziś delegacjom. Witaj, powiedz, kto był dziś w Oświęcimiu i jak dobrze pamięta, że to Auschwitz. Chyba łatwiej powiedzieć, kogo dzisiaj zabrało. Bo w uroczystościach brało udział ponad 60 delegacji z całego świata. Prezydenci, premierzy, koronowane głowy. A to tylko oznacza, że pamięć o tym, co się działo w tym miejscu, wciąż trwa. Do Auschwitz - co ważne i symboliczne - przyjechał prezydent i kanclerz Niemiec. Święty i bardzo ponury moment - mówił dziś chociażby król Karol. Obecny był także prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, który mówił, że zło wciąż istnieje i nie może zwyciężyć. Przywódcy wolnego świata, razem, na gruzach piekła. Z jasnym przesłaniem. My, Polacy, na których ziemi okupowanej wtedy przez hitlerowskich Niemców, Niemcy zbudowali ten przemysł zagłady i ten obóz koncentracyjny, jesteśmy dzisiaj strażnikami pamięci. Pamiętać potrzeba, bo Auschwitz Birkenau to dla świata symbol terroru i ludobójstwa. Jest to moment, w którym pamiętamy świadectwa ocalałych, którzy nauczyli nas cenić naszą wolność, rzucać wyzwanie uprzedzeniom i nigdy nie być obojętnym w obliczu przemocy i nienawiści. To pierwsza wizyta króla Karola w Polsce po objęciu tronu. Monarcha spotkał się z ocalałymi w Centrum Społeczności Żydowskiej. Benjamin Netanjahu nie zdecydował się na przyjazd do Polski. Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania polityka w związku z wojną w Strefie Gazie. Izrael reprezentował minister edukacji. Chcieli nas wymazać z powierzchni ziemi. Te akty terroru zostały popełnione tylko z jednego powodu: po prostu dlatego że jesteśmy Żydami. Niemiecka fabryka śmierci pracowała do końca. Skalę zagłady trudno zapomnieć, jeszcze trudniej zrozumieć. Każde nazwisko, każda opowieść musi zostać przekazana z pokolenia na pokolenie, tak nas wychowano. Mamy się tym dzielić. Jeżeli tego nie zrobimy, to wszystko zaginie. To, co się stało, nie wydarzyło się po prostu z dnia na dzień. To się rozwijało i zawsze kiedy ignorujemy te znaki zmian, pozwalamy potencjalnie na to, aby coś takiego znowu się wydarzyło. Tym wyraźniej wybrzmiewają słowa prezydent Ukrainy, dziś obecnego w Auschwitz. W Auschwitz nie ma dziś przedstawicieli Rosji, choć to żołnierze pierwszego frontu ukraińskiego 80 lat temu otworzyli bramy obozu. W szeregach Armii Czerwonej obok Rosjan walczyli Ukraińcy czy Ormianie. Kiedy się zapyta przeciętego Rosjanina, kto zwyciężył Hitlera, usłyszy, że tylko armia radziecka. Zafałszowanie historii jest powszechne. Od trzech lat Rosja nie jest informowana o uroczystościach w Auschwitz. Władze muzeum podjęły taką decyzję po rosyjskiej napaści na Ukrainę. Dzisiaj Rosja, a szczególnie jej władze, jej prezydent są tacy, że są niegodni temu, żeby im rękę podawać, bo na tych rękach mają po prostu krew. Krew tysięcy dzieci, kobiet, cywili, na których spadają rosyjskie bomby. I zamieniają ukraińskie miasta w morze gruzów. Nie chcemy ruskiego miru. Mir to pokój, ale jaki to pokój? Zobaczcie, co robią. Czy tak ma wyglądać pokój? Światem wstrząsnęły obrazy rosyjskich zbrodni w Buczy. Gdy po raz ostatni - 20 lat temu - Putin brał udział w uroczystościach w Auschwitz, Rosja prowadziła wojnę z Czeczenią. Wtedy Rosja była przyjmowana jako kraj wyzwalający Europę z faszyzmu. Teraz jest to wykluczone z tego powodu, że sama jest agresorem Rosja. Dziś to, co robi, jest w dużej sprzeczności z legendą o sile, potędze państwa, które wyzwala, przynosi wolność. Po szoku wojny, po traumie obozów Europa i świat, przewietrzone z nazistowskiego zaczadzenia, robią rachunek sumienia. Pracują trybunały, odmierza się zbrodnia i kara, jest przekonanie, że nigdy więcej. Czas podleczył rany, zbudował pomniki i nowe sojusze, ale też dał schronienie starym sentymentom jak nacjonalizm, nietolerancja i populizm. 80 lat po wojnie pojawia się pytanie, czy lekcję odrobiono, jak trzeba. Czy Niemcy rozbroili szponiastą swastykę raz na zawsze, czy w nowych pokoleniach mają pamięć i pokorę? Czy może nie trzeba swastyki, by nie spać spokojnie? Kiedy wyzwalano Auschwitz, piece krematoryjne obozu koncentracyjnego Buchenwald nadal płonęły. Piece krematoryjne do Auschwitz, ale i do Buchenwaldu produkowała firma Topf und Soehne. Jej siedziba znajdowała się zaledwie 25 km stąd. Dziś jest tu miejsce pamięci pokazujące udział koncernu w masowej zbrodni. Ale i zaangażowanie pojedynczych pracowników w doskonalenie procesu zabijania. Inżynier, który zaprojektował te piece, był wielokrotnie w Auschwitz. Stał ze stoperem i sprawdzał, ile trwa spalenie ciała, a potem zasugerował, że potrzebne są ciała z większą zawartością tkanki tłuszczowej, aby lepiej się paliły. Pracownicy firmy wdrażali także technologię wentylacji komór gazowych, mieli kontakt z więźniami. O wszystkim wiedzieli. 80 lat po wojnie ślady pamięci są w Niemczech widoczne. Na ulicach - kamienie pamięci, trudno nie dostrzec pomników. Ten poświęcony pomordowanym Żydom Europy w sercu Berlina ma wielkość czterech piłkarskich boisk. Sprawcy stawiają swoim ofiarom pomniki. Zawsze mnie to dziwi, bo jest to nieszczere. Niklas Frank jest synem jednego z największych nazistowskich zbrodniarzy. Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanej Polski. Nazywano go "rzeźnikiem Polaków", on miał siebie za "króla Polski". Niklas w ogrodzie powiesił jego płaszcz. Ma być strachem na wróble. Nienawiść do ojca i gniew przez całe życie nie dają mu spokoju. Za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, mam przy sobie to zdjęcie. Po co? Patrzę na nie, by upewnić się, że on rzeczywiście umarł. Ale wygląda, jakby się uśmiechał, był zadowolony z tego, co się dzieje. Frank uważa, że duch nazizmu się odradza w postaci skrajnie prawicowej AfD. I oskarża nie tylko pokolenie swojego ojca, ale także całe niemieckie społeczeństwo. Najpierw byli posłuszni wobec Hitlera, potem przyszli alianci i powiedzieli: teraz będzie demokracja, więc Niemcy stwierdzili: aha, to będziemy posłuszni demokracji. Nie zrobili tego z potrzeby serca. Niklas Frank rozliczył się z przeszłością swojej rodziny. U Topfów wiele lat po wojnie robi to prawnuk jednego z założycieli firmy. Stworzył miejsce pamięci otwarte dla każdego. Nauczyciele, którzy przychodzą do nas z klasami, coraz częściej mówią: przyszliśmy, bo mamy coraz więcej uczniów, którzy popierają AfD. Popularność skrajnej prawicy rośnie, ale problemu nie można redukować do AfD. Wydaje mi się, że w Niemczech zanika poczucie odpowiedzialności za to, że historia nie może się powtórzyć. Powodem na pewno jest zmiana pokoleń, upływ czasu i fakt, że świadkowie historii odchodzą. Mówi nam też o mnożących się atakach na były obóz, "Auschwitz nie spadło z nieba" - powiedział pięć lat temu były więzień obozu Marian Turski. Mówił wtedy o złu, które zakiełkowało, bo trafiło na podatną glebę, o klimacie wrogości, który wypielęgnowano, o obojętności, która była wygodna, i o egoizmach, których użyli demagodzy i zbrodniarze. Apelował wtedy, by nie być obojętnym, bo obojętność potrafi ze zbrodni zrobić ideę. Pięć lat temu ta mowa wywołała echa na świecie. A jakie słychać dziś? Te zdjęcia z Niemiec mówią więcej niż niejedna analiza. Na jednym wiecu liderka populistycznej partii AFD, która dzięki antyimigranckiej i antyunijnej retoryce stała się drugą polityczną siłą w kraju. I prawa ręka Donalda Trumpa z takim przedwyborczym wsparciem. AfD jest największą nadzieją dla Niemiec. O Elonie Musku było głośno tydzień temu z powodu tego gestu, odczytanego jako nazistowskie pozdrowienie. Miliarder zaprzeczał. Ale w sobotę na wiecu niemieckiej skrajnej prawicy powiedział to: W Niemczech zbyt wiele uwagi poświęca się winom z przeszłości. Trzeba iść naprzód. Dzieci nie odpowiadają za winy swoich rodziców, dziadków czy pradziadków. Ludzie, słyszeliście to? Amerykanie znów czynią swój kraj wielkim i my znów czynimy nasz kraj wielkim. Na taki przekaz natychmiast zareagował premier. Na populizm w Niemczech patrzymy inaczej. Według germanisty profesora Waldemara Czachura rosnące w siłę AfD to jeszcze nie powód do alarmu, ale do czujności - już tak. W Niemczech nie jest dobrze. Bo tam burzy się pewna jedność społeczeństwa, burzy się pewien konsensus co do pozycji Niemiec w UE, a to jest zawsze zagrożenie dla Europy, a przede wszystkim zagrożenie dla Polski. Zwłaszcza teraz. Kiedy za naszą wschodnią granicą Ukraina walczy z rosyjską agresją. A fala populizmu rozlewa się na kolejne kraje. Skrajna prawica rządzi samodzielnie lub w koalicji na Węgrzech, Słowacji, Włoszech, Holandii i Austrii, gdzie właśnie kompletuje gabinet. W Niemczech, Francji i Czechach jest drugą siłą polityczną. Mamy katastrofę klimatyczną, mamy niestabilność polityczną, liczne wojny w okolicach krajów bogatych i to powoduje, że napływają do tych krajów migranci i najłatwiej podzielić społeczeństwo, mówiąc: my kontra oni, nasi kontra ci zewnętrzni. Ale migranci robią coś dobrego też. Mówi Husejn Czelik, emigrant z Turcji, który działając w fundacji, między innymi w taki sposób stara się przybliżać to, co wydaje się obce. Pytany o antyimigranckie nastroje przedstawia receptę. Edukacja jest najważniejsza. Nie tylko ta szkolna. Jeśli będziecie obojętni, jakieś Auschwitz spadnie wam z nieba. Zbrodnie z Auschwitz przez długie lata szokowały nawet naukowców, bo ich przemysłowy charakter i rozmiar nie miały precedensu. Szokowało także zwyrodnienie systemu. Za murem obozu jego komendant Rudolf Hess stworzył idylliczny świat dla swojej rodziny. Miejsce, gdzie snuje się wakacyjne plany, je rodzinne obiady i pielęgnuje ogród. O makabrycznej prawdzie czasu, trudnej prawdzie ekranu, o filmie i o scenariuszu, w który trudno uwierzyć. Idylla w cieniu zagłady. Posiadłość z pięknym ogrodem - po drugiej stronie obozowego muru. Dom, w którym z rodziną żył zbrodniarz i ludobójca Rudolf Hoess. Dwa bieguny - życie więźnia i kilkadziesiąt metrów stąd sielankowe życie rodziny. Po jednej stronie przyjęcia, po drugiej - egzekucje. Budynek został ogrodzony 3-metrowym murem z betonu, ale ta wielka konstrukcja nie była w stanie zatrzymać swądu palących się ciał z krematorium znajdującego się około 100 m od domu Rudolfa Hoessa ani zagłuszyć dźwięków dobiegających z bloków więziennych, które znajdowały się około 40 m od tego miejsca. Pomiędzy willą komendanta a krematorium znajdował się taki podest, gdzie w niedzielę występowała orkiestra więźniarska. Ten dym z komina krematorium opadał tutaj - zarówno na ten plac, jak i ogród komendanta. Banalność zła. Oswojone okrucieństwo. Nie chciałem odtwarzać zbrodni ani pokazywać w tym filmie cierpienia ofiar. Choć taka była prawda obozu. Jako reżyser uznałem, że są pewne granice, których nie powinienem i nie chcę przekraczać. Obiekt, w którym kręcono sceny filmu Jonathana Glaera, znajduje się kilkaset metrów od oryginalnej posiadłości. Ta, choć po wojnie trafiła w prywatne ręce, nadal nosi ślady przeszłości. Pierwszym właścicielem był sierżant Wojska Polskiego Józef Soja, który w '39 wyruszył na wojnę. Rodzina Hoessa przerobiła willę. Do dziś zachowały się jej plany. Z poziomu piwnicy można zejść jeszcze niżej. Prosto do schronu przeciwlotniczego. Ale to nie koniec. Dalej znajdował się jeszcze tunel, który prowadził prosto do obozu. W tej chwili jest już zasypany. Symbolicznie, bo choć nie da się wymazać bólu, to w budynku, w którym żył zbrodniarz, powstaje ośrodek badawczy. Zajmujący się problemem radykalizacji i ekstremizmu. To może świadczyć o tym, że była to osoba bardzo mocno wygłodzona, która musiała związać spodnie, żeby się utrzymywały, drutem. Spodnie wetknięte w dach. Jeden z wielu dowodów zbrodni znalezionych w willi. Odpowiedzialnością naszą jest, by reagować na wszelkie przejawy radykalizacji w naszym otoczeniu. By nie być biernym. I nigdy nie doszło do powtórki. Jest taka gablota w oświęcimskim muzeum. Są w niej włosy tysięcy osób. To tak jakby zamknąć tam makabryczne wspomnienie o całym wymordowanym mieście. Takich gablot jest tam więcej. Są w nich okulary, grzebienie, rzeczy osobiste. Najbardziej wstrząsające świadectwo zbrodni, bo każdy z tych przedmiotów należał do żywych ludzi. Mieli emocje, plany, rodziny, wspomnienia. Nie mają nawet grobu. Takie ma ludzkość dziedzictwo po katastrofie nazizmu. Literatura i sztuka długo szukały śmiałości, by zabrać tu głos. Znalazły. Dziecięcy bucik i walizka to wszystko, co dziś przypomina o rodzinie Steinbergów. 6-letniego Amosa i jego mamę Idę zamordowano w komorze gazowej od razu po selekcji. Był 1944 rok. Piekło Auschwitz przeżył tylko ojciec rodziny Ludwig. Dziesiątki tysięcy walizek, okulary, grzebienie, osobiste drobiazgi - to one opowiadają historie wymordowanych przez niemiecką machinę śmierci. Materialne dziedzictwo tych obozów, które istnieje, które możemy zobaczyć na własne oczy, nabiera jeszcze większego znaczenia w momencie, kiedy już ze względu na upływający czas odchodzą ostatni świadkowie tamtych wydarzeń. Wydarzeń, których nie sposób zrozumieć. Te przedmioty były ich niemymi świadkami. Dla nas to są dowody zbrodni. Materiały, które są też pewną formą upamiętnienia. Sama idea pokazywania tych obiektów w dużej ilości nie straciła na wymowie. To był pomysł byłych więźniów, którzy budowali muzeum. Wymownie przypomina o ofiarach i ogromie zbrodni odwiedzającym ze wszystkich zakątków świata i w każdym wieku. To jest uniwersalne. Tak jak np. młodzież na całym świecie, czytając pamiętnik Anny Frank, może się do niego odnieść. Bo Anna Frank przeżywała to samo co każda 14- czy 15-latka, ale jednocześnie była w tak okropnej sytuacji. Pozostały wspomnienia spisane przez więźniów, są też obrazy, szkice, rzeźby, są wiersze. To świadectwo walki człowieka o godność w miejscu, w którym tej godności człowieka całkowicie pozbawiono. Dzięki temu ta sztuka ma olbrzymi wymiar, nie tylko historyczny, ale i emocjonalny. Sztuka i wszelka twórczość były w Auschwitz surowo zabronione. Dokumentowanie rzeczywistości obozowej groziło śmiercią. Mimo to więźniowie podejmowali próby pozostawienia po sobie śladu. Co to znaczy znaleźć się na rampie w Auschwitz? Co to znaczy być wybranym, iść do komory? Sztuka potrafi dawać na to odpowiedzi. Odpowiedzi, które często tak trudno jest usłyszeć. Szanowni państwo, kończymy specjalne wydanie "19.30". Dobiegają końca obchody 80. rocznicy wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz Birkenau. Za chwilę Pytanie Dnia, gościem Joanny Dunikowskiej-Paź będzie były więzień obozu Auschwitz-Birkenau Bogdan Bartnikowski. Dobranoc państwu.