Każde spotkanie z poszukiwanym niesie ryzyko. Apelujemy przede wszystkim że mężczyzna jest uzbrojony. Prosimy jeżeli ktoś zauważy o przekazanie takiej informacji. Obława za zabójcą trwa. Jarosław Kaczyński ponownie prezesem PiS, tak zdecydował wczorajszy kongres. To sytuacja, która w największej partii opozycyjnej jest niezmienna od lat. PiS ma też bardzo wyraźną wizję przyszłości Polski, ale coraz głośniej wybrzmiewa też pytanie o ewentualną koalicję z formacjami, które na prawicy rosną w siłę, czyli Konfederacją i ugrupowaniem Grzegorza Brauna. O możliwych scenariuszach na partyjne sojusze Daniel Chaliński. Powrót PiS do władzy to jest katastrofa dla Polski. Tak rządzący reagują na słowa Jarosława Kaczyńskiego, który chce zmiany ustroju państwa. Chcemy ten zły system, który powstał w Polsce po '89 roku, ostatecznie w głębokim grobie zakopać i przebić osinowym kołkiem. Wszystko przez praworządność, która zdaniem prezesa jest deptana, podważana, a nawet niszczona. Podobnie z demokracją i dlatego PiS chce ją po swojemu zabezpieczyć. Jeśli jest to zamach na demokrację, na zmiany, które po '89 roku nastąpiły, to jest bardzo niebezpieczne, bo to jest to cofanie się w rozwoju, to jest cofanie się z europejskości. Nie znamy żadnych szczegółów, a to co robiło PiS przez osiem lat swoich rządów, czyli chociażby podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości, czyli tej trzeciej niezależnej władzy innym, jest szkodliwe dla państwa. Tu, na kongresie partii, Jarosław Kaczyński przekonywał, że zmiana konstytucji łatwa nie jest i potrzeba sporej większości. Pomóc ma Konfederacja. Musimy wygrać kolejne wybory. Bardzo przestrzegam przed tym myśleniem, że mamy 30%, razem z Konfederacją to już jest większość. Prezes PiS, jak widać, liczy na skrajnie prawicowe ugrupowania, zapominając, że swoich wyborców przed nimi przestrzegał. W jedno nie wierzcie, że my będziemy rządzić z Konfederacją. Ich program doprowadzi was do nędzy. Dla Konfederacji takie słowa dziś nie są problemem. Nie wykluczacie takiej współpracy, wspólnego rządu? Żadnego scenariusza nie wykluczamy. A jeszcze kilka lat temu prezes przestrzegał przed wami i waszym programem. Być może zmienił zdanie, bo poznał nas jako pracowitych posłów. Oczekiwania polityków PiS idą dalej, bo widzą współpracę, a nawet wspólny rząd z tym politykiem, Grzegorzem Braunem, o którym jeszcze kilka lat temu wicemarszałkini z PiS mówiła tak... A pan to jeszcze modli się po polsku czy już po rosyjsku? I największy cham RP, ruska onuca, do Moskwy! Sam prezes, co do przyszłej współpracy, miał kiedyś jednoznaczne stanowisko. Z Braunem i Korwin-Mikke na pewno nie. Z tymi prorosyjskimi na pewno nie. Ostatecznie, kto z kim wjedzie w koalicję, pokażą wybory. Te wewnętrzne w PiS odbyły się wczoraj. Prezesem partii na kolejną kadencję został, tu zaskoczenia nie ma, bo i kontrkandydata nie było, Jarosław Kaczyński, choć ten miał już przejść na polityczną emeryturę. Po raz ostatni staję na czele PiS. Już kandydować nie będę na szefa partii. Dlaczego mielibyśmy zmieniać lidera, który prowadzi nas do zwycięstwa. Nawet w tych najtrudniejszych sytuacjach. Może dlatego, że sam mówił, że kandydować nie będzie. To były tylko rozważania, to nie było jasne stwierdzenie. Na prezesa Kaczyńskiego głos oddało 80% delegatów. Wydaje mi się, że Polska nie potrzebuje dzisiaj zbawców, ale polityków, którzy potrafią budować dobre relacje też ze światem, z UE. W jego przypadku jest dokładnie odwrotnie. Ale jak słyszymy na sejmowym korytarzu, problem w partii jest taki, że Jarosław Kaczyński nie ma komu oddać fotela prezesa. W ugrupowaniu są liczne podziały i frakcje. To jest 19.30 w niedzielę 29 czerwca, za chwilę o tym brutalnym stłumieniu przez policję demonstracji w Belgradzie. A potem... Za gorąco! Ma być jeszcze cieplej, mam wrażenie jakbym umierała. Cały czas szukam zacienionych miejsc. Polska nauka w odwrocie? W szkolnictwie wyższym pokutuje taki system feudalny. Nie zawsze ci młodzi ludzie są docenieni u nas na miejscu. Pracownicy sezonowi poszukiwani. Brak rąk do pracy, żeby to zebrać z pola. Dzwonimy po znajomych, rodzinie, lokalnie szukamy. Domagają się przyśpieszonych wyborów i dymisji prezydenta. Na ulice Belgradu wyszło około 140 tys. osób. Protesty w Serbii trwają od listopada, gdy według organizatorów władze nie wzięły odpowiedzialności za katastrofę budowlaną w Nowym Sadzie. Wczorajsze, najbardziej gwałtowne protesty, spotkały się z odpowiedzią władzy, która wobec demonstrantów używa siły i zatrzymuje działaczy. Oskarżają władze o korupcję, represje i bezprecedensową przemoc. Teraz, w centrum Belgradu, doświadczyli jej sami. Służby pacyfikowały protestujących, pałkami i gazem. Dokonywały masowych aresztowań. Noc za kratami spędziło niemal 80 osób. Takiej brutalnej demonstracji siły nie widziano na ulicach serbskiej stolicy od lat. Mimo tego, co się dzieje, nie poddamy się. Chcemy obalić prezydenta Vucicia. Jeszcze przed tą demonstracją, policja zatrzymała kilku działaczy opozycyjnych, oskarżając ich o podważanie konstytucji oraz terroryzm. Pięć osób ma zarzuty organizowania spisku w celu obalenia rządu. Policja we współpracy ze służbami bezpieczeństwa, przeprowadziła kilka akcji operacyjnych i aresztowała kilka osób, które zamierzały zagrozić bezpieczeństwu Serbii. Sobotnie protesty były jednymi z największych. Choć trwają już osiem miesięcy. I są to zarazem największe demonstracje antyrządowe w Europie. Uwidoczniają skalę społecznej frustracji wywołanej sposobem sprawowania władzy przez prezydenta Aleksandra Vucicia. Jesteśmy tutaj, aby zmienić Serbię i wreszcie położyć kres temu rządowi. Oczekujemy, że Vucic w końcu rozpisze przyspieszone wybory. Stanie twarzą w twarz z ludźmi. 12 lat rządów wystarczy. To trwa już zbyt długo. Jesteśmy pogrążeni w korupcji i złu. Sądzę, że nadszedł czas, aby wreszcie to wszystko przerwać. Główną rolę w protestach odgrywają ruchy studenckie. Te zapowiadają dalsze demonstracje, dopóki ich postulaty nie zostaną spełnione. Tyle że Vucic władzy oddawać nie zamierza. Jestem dumny z profesjonalizmu serbskiej policji, która ostatniej nocy świeciła jaśniej niż kiedykolwiek. A teraz zobaczymy, co zrobią inni. Będzie więcej aresztowań za atak na policję. To jeszcze nie koniec. Trwa identyfikacja wszystkich napastników. Kadencja Vucica upływa za dwa lata. Wtedy mają się też odbyć wybory parlamentarne. Kopuła ciepła, czyli rozległy obszar wysokiego ciśnienia nad znaczną częścią Europy. A efekt to mordercze upały z temperaturą nawet bliską 50 stopni. W wielu miastach w południowej Europie ogłoszono czerwone alerty. Służby ostrzegają przed przebywaniem na słońcu i apelują o ostrożność. O afrykańskim żarze nad Europą. To może być najgorętszy początek Wimbledonu w historii... Ale nie ze względu na sportowe emocje. Do Wielkiej Brytanii dotarła fala upałów, a temperatura sięga nawet 30 stopni. Ma być jeszcze cieplej. Mam wrażenie, jakbym umierała. Według prognoz, słupki rtęci mogą sięgnąć nawet 35 stopni. Władze ogłosiły bursztynowy alert pogodowy w znacznej części kraju. Oznacza to, że skutki wysokich temperatur prawdopodobnie będą odczuwalne w całym systemie opieki zdrowotnej. Podobnie we Francji, gdzie termometry pokazują od 37 do nawet 42 stopni Celsjusza. Pomarańczowy, przedostatni w skali, alert pogodowy obowiązuje w ponad połowie kraju. Jest tak bardzo gorąco. Za gorąco. W wielu regionach władze rozdają butelki z wodą i przygotowują ogólnodostępne klimatyzowane pomieszczenia. W Marsylii można za darmo korzystać z miejskich pływalni, a strażacy przygotowują się na najgorsze. Na razie to tylko ćwiczenia, ale ze względu na zagrożenie pożarowe w regionie wprowadzono zakaz wstępu do lasów. Jeśli się nie ma wentylatora lub klimatyzacji, trudno normalnie żyć. Władze Włoch wydały tak zwane "czerwone alerty pogodowe" dla ponad 20 miast, w tym Rzymu. Słupki rtęci sięgają tam 35 stopni Celsjusza. Na Sycylii i w Ligurii obowiązuje zakaz pracy na zewnątrz w najgorętszych porach dnia. Cały czas szukam zacienionych miejsc. Na szczęście w Rzymie nie brakuje fontann. Kąpielą w fontannach ratują się także mieszkańcy Hiszpanii, gdzie temperatury sięgają 42 stopni. Władze apelują: unikajcie słońca, dbajcie o nawodnienie organizmu, zwracajcie uwagę na osoby starsze i kobiety w ciąży. Ten rok jest ekstremalny. W zeszłym roku można było wyjść o tej porze, ale teraz? Nie ma mowy. Za to ekstremum odpowiada kopuła ciepła, czyli układ wysokiego ciśnienia zatrzymujący gorące powietrze nad Europą. Naukowcy nie mają wątpliwości: to efekt nagrzewania się Ziemi. Polski naukowiec, a przy okazji astronauta Sławosz Uznański-Wiśniewski aktualnie pracuje tam, czyli bardzo daleko. A my w "19.30" powiemy teraz o sytuacji innych młodych ludzi, którzy chcieliby poświęcić się nauce, ale lekko nie mają. Potwierdza to raport Młodych Naukowców. Wielu z nich rezygnuje i woli odejść, bo nie widzi perspektyw ani szans na godziwe zarobki. Dlaczego? Sprawdzamy. Niech ta misja będzie początkiem epoki, w której nasza odwaga i nieustępliwość kształtują nowoczesną Polskę. Wszyscy mają nadzieję na przełom. Jednak na razie rzeczywistość polskiej nauki jest zupełnie inna. Rada Młodych Naukowców opracowała raport o tym dlaczego młodzi odchodzą z pracy. W szkolnictwie wyższym pokutuje taki system feudalny. Przez co młodzi naukowcy nie widzą perspektyw rozwoju. Ten wykres pokazuje, że większość ankietowanych swój poziom wypalenia zawodowego określiła jako maksymalny. Odczuwane niezadowolenie jest ogromne. Mamy do czynienia i z wypaleniem zawodowym, z przeciążeniem organizacyjnym przede wszystkim, także dydaktycznym. Potwierdza to Rafał Skopek, biolog molekularny badający nowotwory, który właśnie kończy stypendium badawcze na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii. W Polsce młodzi badacze są na tyle obciążeni biurokracją i różnymi obowiązkami, które nie są do końca z nauką związane, że obowiązki te stanowią bardzo często około 40, 50% ich czasu pracy. Oprócz tego zarobki, jedne z najniższych w całej UE, problem z awansem i brak wpływu młodych naukowców na politykę instytutu czy uczelni. Te aspekty wpływają na to, że jednak jak to wszystko się skumuluje, to młodzi naukowcy żegnają się z akademią i poszukują kariery w innych filarach. Uciekają do prywatnych firm albo na zagranicznie uczelnie, gdzie, jak mówi Rafał Skopek, profesorowie częściej niż w Polsce zamiast pracy odtwórczej promują innowacje. To, co nauczyłem się tutaj, to był mój mentor, który mówi: nie róbmy tego tak jak wszyscy, zróbmy to tak, jak nikt do tej pory tego jeszcze nie robił. I myślę, że tutaj jest taka dość mocna różnica. To powoduje ryzyko, że niebawem nie będzie komu wykładać na polskich uczelniach. Czy pracować w laboratoriach. W tej chwili mamy najmniej doktorantów w Europie. Poza tym nie wszyscy kończą te doktoraty. Zaczyna nam się robić bardzo duża luka pokoleniowa w niektórych obszarach nauki i musimy temu przeciwdziałać. Na przykład poprzez większe inwestycje. Polska jest w pierwszej trójce krajów, gdzie ten wzrost wydatków na badania i rozwój jest najwyższy w Unii. Mamy jednak sporo do nadrobienia. Bo podczas, gdy my wydajemy na ten cel ponad 1,5% PKB, Szwecja, Belgia, Austria, Niemcy i Finlandia dwukrotnie więcej. Rozpoczęły się wakacje. Tym, którzy jeszcze nie mają konkretnych planów, podpowiadamy. Warto na przykład obrać kierunek Dolny Śląsk. A odwiedzając chociażby Kotlinę Kłodzką, która jest niezaprzeczalnie piękna, możemy także wspomóc tych, którzy ciągle walczą ze skutkami katastrofalnych powodzi z ubiegłego roku. O tym dlaczego to się opłaca. Na horyzoncie widać już wakacje, ale gdy jedni marzą o wypoczynku, inni chcieliby mieć ręce pełne roboty. Zwłaszcza tam, gdzie od zawsze żyje się z turystyki, ale powódź na wiele miesięcy skutecznie zniechęciła odwiedzających. Jak tu w Laskach niedaleko Złotego Stoku. Na wakacje w zasadzie prawie że nie mamy rezerwacji, z niewiadomej przyczyny. Trochę lepiej jest w Trzebieszowicach, koło Kłodzka. Po powodzi bardzo mało osób nas odwiedzało, praktycznie nikt. Zima przyniosła lekką poprawę, od wiosny ruch jest na poziomie 50% tego, co w tym samym okresie ubiegłego roku. I to już powód do radości. Widzimy już bardzo dużą poprawę, jeżeli chodzi o gości, o klientów, którzy nas odwiedzają. Poprawić sytuację ma wspólna inicjatywa gmin, miasteczek, wsi i lokalnych przedsiębiorców z dotkniętej powodzią części Dolnego Śląska. Jedyna taka szansa na przyciągnięcie turystów to jest wspólne działanie branży turystycznej, wymiana turystów, jeśli ktoś ma na przykład nadwyżkę, to żeby wysyłał do innych obiektów, które w tym momencie nie mają. Porozumienie ponad podziałami zaowocowało utworzeniem Lokalnej Organizacji Turystycznej Dolnośląskie Poza Utartym Szlakiem. Cel samorządów i przedsiębiorców z Barda, Złotego Stoku, Kamieńca Ząbkowickiego czy Lewina Kłodzkiego jest jasny. Pokazać, że po powodzi żyjemy, potrzebujemy turystów, że ten Dolny Śląsk poza utartym szlakiem też jest. To dobry pomysł - ocenia Jakub Feiga z Dolnośląskiej Organizacji Turystycznej. Jednocześnie oferty turystycznej pozwala dotrzeć do większej liczby odbiorców, zaciekawić ich, a przede wszystkim utrzymać ich na dłużej na danym terenie. Jak pokazują dane Głównego Urzędu Statystycznego dotychczasowe akcje promujące turystykę na terenach powodziowych odniosły skutek. Bo w pierwszym kwartale tego roku ruch turystyczny w powiecie kłodzkim zwiększył się o ponad 13% w stosunku do roku ubiegłego. Ferie były więc udane. Pytanie co z wakacjami? Na wiosnę ten ruch zaczął się powoli odradzać, no i teraz myślę, że będzie się to nakręcać. Według danych agencji Pollster, w tym roku ponad połowa Polaków wyjedzie na wakacje, z czego blisko 70% w Polsce. O tych turystów walczą dziś hotelarze z terenów powodziowych. Jak ludzie do nas przyjadą to ci, którzy ucierpieli będą mieli większą szansę na odbudowanie się. To praca na kilka tygodni lub miesięcy. A lato - większy ruch turystyczny, czy czas zbiorów w rolnictwie sprzyja okazji by taką pracę znaleźć. Pracują najczęściej studenci, cudzoziemcy. To okazja by dorobić. Jednak choć wiele firm płaci całkiem nieźle, a nawet więcej niż w poprzednich sezonach, to chętnych do pracy brak. Dlaczego? Pełno truskawek na krzakach, niewiele osób jednak pali się do tego, by je zrywać. dzwonimy po znajomych, po rodzinie, lokalnie szukamy, pytamy innych plantatorów, którzy pokończyli pracę. Plantatorzy płacą coraz więcej a na rynku brakuje nawet 30% pracowników sezonowych. Na dojrzewające czereśnie z niepokojem spoglądają właściciele sadów. W niemal w co trzecim gospodarstwie nie ma komu ich zrywać. Młodzież dzisiaj nie garnie się do tej pracy w ogóle, ma inne lepsze zajęcia, a już rodzice dbają o to, żeby dzieci nie musiały pracować. Wybierają lżejsze lub lepiej płatne zajęcia. Niektóre z nich pozwalają zarobić dwa razy więcej niż na plantacjach. Potrzebujemy co roku około 300 tys. pracowników tymczasowych, jeśli ich nie będzie, pracodawcy mniej wytworzą, a my więcej zapłacimy. Przy zbiorach nie chcą też pracować już obcokrajowcy. Część wyjechała na zachód, dla innych to nieopłacalne. Ci cudzoziemcy, którzy przyjechali tu w zimie, znaleźli pracę i nie porzucą jej, żeby zbierać truskawki czy być kelnerami. A to wszystko powoduje, że za słodkie owoce, przyjdzie nam słono zapłacić. Bardzo drogie. Kupuję, bo smaczne i zdrowe. O pracownika na lato zdecydowanie łatwiej jest w gastronomii. Dla wielu - zwłaszcza młodych, ważny jest jednak komfort wakacyjnej pracy. Chcemy, żeby oni byli wypoczęci, uśmiechnięci, żeby ta praca była dla nich, jeśli to możliwe, maksymalnie przyjemna. Praca za barem, zwłaszcza w weekendy, bywa męcząca. Wielu młodych ludzi widzi jednak szklankę do połowy pełną. Przy takiej pracy sezonowej fajnie sobie odłożyć trochę pieniędzy na resztę roku. Barman czy kelner mogą latem zarobić nawet 5 tys. zł plus napiwki. Lato to czas wytężonej pracy w kurortach. Ci instruktorzy zimę spędzają na stoku narciarskim, teraz szkolą nad Bałtykiem. Ja jestem osobą, która by nie wytrzymała przy biurku 8 godzin. Tu mogę szkolić 12 godzin. Wakacyjną pracę mogą zacząć osoby, które skończyły 15 lat. Anna Dymna i Jerzy Radziwiłowicz, najlepsi z najlepszych. Właśnie otrzymali Wielka Nagrodę za wybitne osiągnięcia aktorskie w Teatrze Polskiego Radia i Telewizji Polskiej. A to w ramach Festiwalu Dwa Teatry, który trwa w Sopocie. To wielkie święto polskiej kultury. Dzieje się bardzo wiele, ale najlepiej z aktualnej stolicy polskiego teatru opowie o tym Maciej Gąsiorowski. 16 najlepszych słuchowisk, aż 17 wybitnych przedstawień teatralnych w ramach konkursu Festiwalu "Dwa Teatry". Ale są też wystawy, spotkania z gwiazdami i wiele innych atrakcji. Sopot przez cztery dni jest teatralną stolicą Polski. Konkursowe prezentacje otworzył spektakl Teatru Wybrzeże "Piękna Zośka". To studium przemocy w rodzinie chłopskiej. Te traumy tamtego czasu bardzo są w nas i ten spektakl to pokazuje, że widzowie naprawdę to przeżywają, rodzaj teatralnego katharsis, oglądając tę historię, która jest zaskakująco bliska. Festiwal to prezentacja najlepszych premier mijającego sezonu w Teatrze Polskiego Radia i Teatrze Telewizji. To był bardzo dobry rok. Zrobiliśmy o wiele więcej przedstawień, zarówno oryginalnych jak i rejestracji. Udało nam się zrobić spektakle, które są spektaklami rozrywkowymi, spektakle, które mierzą się z rzeczywistością. Teatr Telewizji, nazywany "największą sceną świata", w tym roku średnio oglądało ponad 300 tys. widzów, niemal dwukrotnie więcej niż przed rokiem. Jesteśmy szczęściarzami, że mamy taki jeszcze inny środek wyrazu. Jak zapewnia Agata Buzek, wśród rosnącej liczby fanów Festiwalu "Dwa Teatry" jest też Hela, która pilnuje obrad jury. Wybór jest tak trudny, że nie wiemy, jak to się potoczy. Jest bardzo wysoki poziom. Ja nie lubię teatru, nie rozumiem teatru, dlatego jestem w jury jako "ciało obce", bo jak się zakocham w spektaklu, to walczę do upadłego. A to już jedna z najgłośniejszych premier mijającego sezonu, "Mianujom mie Hanka". Monodram o śląskiej tożsamości miał prawie pół miliona widzów w telewizji i owacje publiczności w Sopocie. A o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno przekonuje Jan Peszek. W duecie z Anną Polony stworzył przedstawienie, które pokochała festiwalowa publiczność. Jak tekst Bukowskiego informuje nas, jest możliwa. Nawet możliwe jest jej skonsumowanie, co może wydawać się dość rzadkie, a przynajmniej nie częste. Smarzowski, Zanussi, Holoubek, Dymna, Radziwiłowicz to tylko niektóre z nazwisk twórców obecnych na festiwalu. Sopot udowadnia, że teatr żyje i ma się bardzo dobrze. Życie to nie teatr, a może jednak trochę? Oto jest pytanie. A konkretnie "Pytanie Dnia", które już za moment, Aleksandra Pawlicka w rozmowie z europosłem Michałem Wawrykiewiczem. "19.30" wraca jutro. Do zobaczenia.